Gońce Capricorna

W razie jakichkolwiek pytań odnośnie fabuły, czy mojego zdrowia psychicznego, proszę kierować na maila (kyuu-sama@wp.pl) albo bezpośrednio na aska XD
Miłej lektury kochani
wasza Kyuu

Opowiadanie dedykuje wszystkim tym, którzy nie raz zostali uważani za dziwaków przez swoją wyobraźnię....pamiętajcie nie jesteście sami


Gońce Capricorna


Pamiętnik Alice:

Tak jak każdego dnia wstajesz rankiem, gdy wschodzi słońce. Budząc się masz uczucie, że nowy czas nadszedł. Dopóki szare wspomnienia nie powrócą z dni wcześniejszych cieszysz się czasem, który nastał zanim pomyślałeś jak bardzo ciężkie jest teraz twoje życie. Wiem, że tak jest. Wiem, że tak myślisz każdego dnia. Codziennie budzisz się z nadzieją, że będzie lepiej, a z minuty na minutę czas uświadamia Cię coraz bardziej o pomyłce, której właśnie dokonałeś. Powracają wspomnienia, gdy już wystarczająco otworzysz oczy i zrozumiesz jak wielki popełniłeś błąd budząc się dziś ponownie z ulgą. Tak właśnie jest. Zaprzeczając tym słowom zaprzeczasz sam sobie. Niewygodne sentencje nie chcą przejść przez usta, prawda? Z jakiej racji uważasz, że twoje życie jest ciężkie? Czy tak naprawdę wiesz, jak ciężkie może być życie? Nie? Ja też nie wiem. Przeszłość próbowała mi udowodnić w jak trudnej sytuacji się teraz znalazłam. Nie rozumiem w czym rzecz. Katastrofy, głód, śmierć, bezduszność, brutalność. To jest coś czego mogłabym się obawiać. To nie tak, że moje życie w jednej chwili stało się tragedią nie do opisania. Wręcz przeciwnie. Nie traktuje swojej przeszłości jako coś czego nie cierpię. Tak żyłam i tak żyć będę. Dla mnie to co się dzieje jest normalnością, dlatego codziennie wstaje z uśmiechem mówiąc z przekonaniem, że moje życie jest wspaniałe. Ach wybaczcie. Nie przedstawiłam się jeszcze. Nazywam się Alice Annabelle Doyle, mam szesnaście lat i mieszkam w małym miasteczku nazwanym od jedynego pobliskiego jeziora „Capricorn Lake City”. Mieszkam, to stanowczo za dużo powiedziane. Bywam tam codziennie i zostaję na rok. Oczywiście mówię teraz o realnym świecie. W nim spędzam większość czasu pomijając fakt, iż każda podróż do równoległego świata gońców nie jest krótsza niż rok. Podczas, gdy spędzamy tam aż rok czasu, w naszym świecie mija jeden dzień. Zabawne, prawda? Razem z moimi kompanami przemierzamy okolicę w świecie gońców starając rozwiązać zagadkę naszego miasteczka. Może brzmi to dziecinnie i nad wyraz niemądrze, ale tak właśnie jest. Takich ludzi jak ja w Capricornie (tak nazywamy w skrócie nasz ‘dom’) powszechnie nazywa się gońcami. Czyli osobami, które podążają za wiadomościami o śmierci ludzi i próbują dowiedzieć się wszystkiego na ich temat, nawet za cenę utraty życia. Pracujemy dla jednego człowieka, którego nikt jeszcze nigdy nie widział. Rozkazy przekazuje nam niejaka Natasha. Wielokrotnie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest to jej pseudonim. Natasha pracuje w miasteczku jako aptekarka przy wschodnim wybrzeżu północnego skraju półwyspu, na którym leży Capricorn.
Zgubiliście się? Przepraszam. Chyba powinnam była zacząć od początku.

Akt zgonu – Weronica Bergstein
Data i godzina zgonu – 13:04, 16 lipiec 1850r.
Miejsce zgonu – wzgórze nad jeziorem
Przyczyna zgonu – nieznana/niewyjaśniona

-      To wszystko? To wszystko co mamy? – Chłopak przysiadł w trawie zamyślony. Zawinął swojego loka na palec i w zamyśleniu bawił się włosami.
-      Tak Panie. – Dziewczyna uklęknęła przed chłopakiem i pochyliła czoło do ziemi. – Przepraszam Panie. Nie zdołałam zdobyć więcej informacji na temat zgonu tej szlachcianki. – Otworzył oczy i spojrzał gniewnie na klęczącą dziewczynę. Czarne loki opadły mu na czoło kiedy złapał ją za włosy i uniósł jej twarz do góry.
-      Jesteś bezużyteczna. – Wycedził przez zęby.
-      Wiem Panie. Racz mi wybaczyć Panie moje haniebne zachowanie. – Pokornie ucałowała ręce chłopaka.
-      Nie dotykaj mnie, łachmaniarko. – Warknął odpychając dziewczynę. Zatoczyła się do tyłu i uderzyła tyłem głowy w kamień. Z rozcięcia na jej głowie powoli sączyła się krew.
-      Panie pomocy! Błagam! – Jej usta wykrzywiły się z bólu.
-      Śmiesz mnie prosić o pomoc? Po czymś takim? – Zgromił ją spojrzeniem i dobył miecza. – Nie będziesz musiała już cierpieć.
-      Nie! Proszę! – Za nim zdołała wydobyć z siebie jeszcze jedne słowo płomień życia zgasł w jej oczach, pozostawiając jedynie pustą skorupę człowieka. Sukienka, w którą była odziana zabarwiła się prawie natychmiast na czerwono. Chłopak wyciągnął miecz z jej piersi, ocierając go o sukienkę dziewczyny i schował go do pochwy.
-      Bezużyteczna. Mam nadzieję, że następna nie okaże się taką samą nędzarką. – Prychnął i ruszył w kierunku miasta.

Przedstawiam wam Cloudea. Cloude dowodzi odziałem gońców, w którym pracuje. Patrz: odwalam robotę na czarno u psychola – Capricorna. Nie sugerujcie się datą. Każda osoba z naszego zespołu pochodzi z innego wieku, mimo wszystko pochodzimy z tego samego miejsca. Z tym, że wszyscy przed wcieleniem do grupy zajmowaliśmy się tym samym. Życiowym zajęciem Cloudea jest zabijanie ludzi z własnego kaprysu.

Akt zgonu – Felicia Fallange
Data i godzina zgonu – 14:05, 17 lipiec 1900r.
Miejsce zgonu – nieznane (ciało znalezione w innym miejscu)
Przyczyna zgonu – rana kłuta zadana tępym narzędziem

-      Nowa? – Dziewczyna skinęła lekko głową. – Więcej roboty. Znowu. – Wysoka blondynka prychnęła i powróciła do bawienia się nożem. – Wiesz coś jeszcze? – Dziewczynka pokręciła głową. – Szlag. Dałabyś wreszcie coś konkretnego, a nie. A Ciebie zatkało, czy co? – Spojrzała na towarzyszkę po czym jej usta wykrzywiły się w sadystycznym uśmiechu. – A tak. Zapomniałam. Ehh oddam Ci kiedyś język. Spokojnie. – Zaśmiała się cicho po czym mruknęła pod nosem: I tak Ci już nie będzie potrzebny.

To jest Beatrice. Beatrice uwielbia mówić, w związku z tym często karze swoich podwładnych za przerywanie jej tudzież wtrącenie zbyt wielu słów za jednym razem. Jest dość zrównoważona pod warunkiem, że nie ma się jej nic do zarzucenia. Powiedzenie jej, że za dużo mówi skończyłoby się ni mniej ni więcej tym, że straciłoby się język (albo gorzej).

Akt zgonu – Norman Hellsteer
Data i godzina zgonu – 15:05, 18 lipiec 1950r.
Miejsce zgonu – rzeka karpia przy wschodnim wybrzeżu
Przyczyna zgonu – utopienie

-      Mógł się sam utopić, niekoniecznie było to morderstwo. – Czarnowłosa dziewczyna przysiadła na kamieniu i zlustrowała swojego towarzysza.
-      Mógł. Mimo wszystko Natasha zleciła nam to zadanie i musimy się go trzymać. – Chłopak zamyślił się. – Sądzisz, że lepiej byłoby gdybyś zleciła to komuś innemu?
-      Zamilcz. Nie powinieneś się wtrącać w nie swoje sprawy, Luca.
-      Przepraszam o Pani. – Zaszydził pod nosem.
-      Luca, mam Ci przypomnieć twoje miejsce? – Wzdrygnął się i zaraz skłonił uniżenie.
-      Nie trzeba, Pani. – Dziewczyna westchnęła i przeczesała palcami włosy. –To co robimy?
-      Poszukajmy wskazówek nad brzegiem. Najwyżej powiemy Capricornowi, że nie dało się spełnić jego żądania. – Czarnowłosa zaśmiała się z politowaniem.
-      O tak. A potem będziemy martwi.

To ja. Alice. Jestem wyrachowana i skupiona na sobie i na swoim celu. W dążeniu do prawdy idę po trupach. Jestem zdeterminowana, skupiona dość bystra, myślę strategicznie i logicznie, a także zwykle mam rację. Ale dość już o mnie. Dziś przyjdzie moment, w którym przekonamy się kto dołączy do nas po moich pięćdziesięciu latach pracy dla Caprysia. Od dziś stanowić będziemy czteroosobowy zespół. Od tej chwili swoją historię będę poznawała sama. Życzcie mi powodzenia. Wasza Alice.

~.~.~

-      Alice jesteś gotowa na rozmowę z doktorem? – Pielęgniarka popatrzyła się na mnie z powagą.
-      Muszę się spieszyć. Dziś przyjedzie nowy członek naszej grupy. Pan Capricorn specjalnie wysyła Natashę by nam go przestawiła. Muszę się spieszyć! – Kobieta uśmiechnęła się do mnie ze smutkiem. Ciekawe co takiego ją trapiło.
-      Oczywiście Alice. Będziesz mogła iść jak tylko dostaniesz leki i porozmawiasz z doktorem. – Uśmiechnęłam się promiennie i weszłam do gabinetu, który tak dobrze znałam.
-      Dzień dobry doktorze. – Ciekawa jestem jaki będzie mój nowy współpracownik?  W końcu mamy razem rozwiązywać zagadki morderstw. Nie mogę się już doczekać.
-      Witaj Alice. Jak się czujesz? Dobrze się odżywiasz? Chyba nie chcesz zachorować, prawda? Bardzo schudłaś ostatnio. – Stwierdził lekarz z ledwo wyczuwalną dla mnie nutą rozżalenia. Ale głupek. Przecież jestem nieśmiertelna. Powinni to już dawno wiedzieć. W końcu kto jak to, ale to ja przez ostatnie pięćdziesiąt lat pomagałam rozwiązywać śledztwa.
-      Dobrze się czuje, a teraz przepraszam, ale pójdę już, dobrze? – Lekarz z niepokojem skinął głową. Ciekawe co oni dzisiaj mają.
Wyszłam z gabinetu i podążyłam do swojego pokoju. Spojrzałam porozumiewawczo na moją towarzyszkę, która uśmiechnęła i skinęła mi głową w geście zrozumienia. Musimy jeszcze przejść przez portal i będziemy w domu. Znaczy w równoległym wszechświecie. To takie zabawne, że niektórzy ludzie nie mają o tym pojęcia. Położyłam się na łóżku i zamknęłam powieki. Wiedziałam, że ona zrobiła to samo. No to zaczynamy.


{18 lipca 2000r. Dzień Wyzwania

Nad Capricorn Lake City wstało słońce. Ciche szmery wiatru odbijały się echem po poddaszu, w którym spały trzy osoby. Czarnowłosy osiemnastolatek, dwudziestoletnia blondynka i szesnastoletnia brunetka. Wszystkie te osoby w jakiś sposób połączył jeden człowiek. Pracowały one razem przeszło pięćdziesiąt lat. Czarnowłosy chłopak miał na imię Cloude. Jego historia rozpoczyna się w roku 1850, w którym zlecono mu pierwsze śledztwo. Od tamtej pory sukcesywnie rozwiązywał zagadki i zbierał morderców z całego świata. Blondynka nazywała się Beatrice i od roku 1900 współpracowała z Cloude’m podczas śledztw. Pięćdziesiąt lat później dołączyła do nich brunetka, Alice, z którą obydwoje współpracowali aż do tego dnia. Do dnia, w którym mieli dostać żółtodzioba pod swoje skrzydła. Zespół nie dogadywał się najlepiej z racji tego, że każdy miał inne doświadczenie.
Jakiś czas po wschodzie słońca pierwsze jego promienie obudziły Alice, która przeciągnęła się ziewając. Obudziła towarzyszy, z którymi pospiesznie zeszła z poddasza i udała się w stronę salonu gdzie oczekiwała na nich niejaka Natasha.
-      Cloude, Beatrice, Alice. Witajcie. – Uśmiechnęła się wysoka szatynka. – Przyprowadziłam nowego gońca. Mam nadzieję, że się nim zaopiekujecie. To jest Michael. Ma siedemnaście lat. Ma za sobą jedynie swoje pierwsze śledztwo, więc bądźcie dla niego wyrozumiali. I nie traktujcie go tak jak traktowaliście na początku Alice, dobrze? – Rzeczona skrzywiła się na samą myśl o tym i pokiwała lekko głową. Czarnowłosy chłopak zaśmiał się kpiąco, a blondynka nie zareagowała w żaden sposób.
-      Rozumiemy się, Natasho. Możesz już go zostawić. – Cloude uśmiechnął się bez wyrazu i zlustrował wzrokiem nowoprzybyłego chłopaka. Był od niego trochę niższy. Na oko metr osiemdziesiąt. Miał średniej długości jasne włosy, które opadały mu na kark i czoło oraz szmaragdowe oczy. Był podobny do czarnowłosego z tym, że włosy Cloude’a były trochę krótsze, a oczy miał raczej turkusowe aniżeli zielone. Natasha uśmiechnęła się po raz ostatni i wyszła z domu.
-      Jestem Michael. – Uśmiechnął się przyjaźnie chłopak.
-      To już wiemy. – Beatrice westchnęła. Nagle dało się słyszeć dzwonek, który rozległ się znikąd. – Jesteśmy potrzebni po drugiej stronie. Pospieszmy się. Jak na komendę wszyscy ruszyli na poddasze po czym po kolei przeszli przez lustro.}

~.~.~

Jest całkiem przystojny. Uśmiechnęłam się pod nosem i idąc za Beatrice rozglądałam się w poszukiwaniu Cloude’a i nowego. Tego pierwszego zgarnęłyśmy przy drzwiach na salę. Michaela nadal nigdzie nie było widać.
-      Już czas posiłku? – Westchnęłam.
-      Jak widać. Nie ma co. Dbają o nas w tym sanatorium. – Cloude skarcił ją wzrokiem.
-      Beatrice mówiłem Ci już, że to nie sanatorium. Tak wcale nie wygląda sanatorium. – Zamyślił się.
-      To co to ma być jak nie to? Przecież to nie psychiatryk, idioto. – Psychiatryk? O czym oni mówią.
-      Szpital psychiatryczny? Czym jest właściwie takie miejsce? – Zapytałam. Nagle z za moich pleców odezwał się głos.
-      Szpital psychiatryczny to miejsce, w którym przetrzymuje się osoby, które są w jakiś sposób chore. Np. wyobrażają sobie nierealny świat i żyją w nim przekonani, że on naprawdę istnieje. Mogę mieć tez różne lęki fobie i wyobrażać sobie nieistniejące stany rzeczy. – Czy mogłabym być chora? Skoro też istnieje świat, który znam poza tym, w którym żyje. Nie. Przecież to głupota. Jestem nieśmiertelna i rozwiązuje morderstwa! Tak właśnie.
-      W takim razie to na pewno nie taki szpital. – Zaśmiałam się. – My nie jesteśmy chorzy. Ani trochę. – To Ty jesteś Michael? – Zwróciłam się w stronę mówcy.
-      Tak. A ty to? – No jak to kto? Przecież już mu się przedstawiałam. Jaki on zapominalski.
-      Ja? Przecież jestem Alice! Byłeś u nas w domu przed chwilą. Natasha Cię przyprowadziła. – Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
-      Jaka Natasha? Jaki dom? O czym ty mówisz? – Cloude warknął.
-      Nie udawaj kretyna żółtodziobie. Od dziś jesteś pod moją komendą, czy to jasne? Ja mam największy staż, więc ucz się od bardziej doświadczonych. – Beatrice spoglądała raz na Michaela raz na Cloude’a. Nie wtrąciła się ani razu.
-      Nieważne chodźmy coś zjeść. – Pociągnęłam osłupiałego blondyna za sobą do stołu.

Półgodziny później siedzieliśmy w kręgu w sali bawialnej i omawialiśmy taktykę. A także po części wprowadziliśmy Michaela, który szybko podłapał o co chodziło. Okazało się, że nasze morderstwo do rozwikłania było najtrudniejszym z dotychczasowych.
Za każdym pobytem w drugim świecie, tu w realnym miało zaledwie parę godzin. Ta mijał rok. Więc mieliśmy dokładnie jakieś pięćdziesiąt dni zanim przyjdzie kolejna osoba do grupy. Zabawne kiedy w drugim świecie żyje się dłużej niż w tym docelowym.  Może ten realny jest tylko snem? Mogłabym się nad tym zastanawiać całą wieczność. W końcu mam całą wieczność. Zaśmiałam się. Postanowiliśmy odwiedzić Capricorn Lake City.

{19 lipca 2001r. Pierwsze lato

Grupa była w stanie rozwiązywać jedną zagadkę rocznie. To wymagało tyle trudu i wysiłku, że każde z nich potrafiło tylko i wyłącznie raz dziennie (licząc ze świata realnego) skupić się na jednym morderstwie. Będąc w ‘domu’ omawiali strategię następnego morderstwa i błędy popełnione podczas poprzednich akcji. Nie liczył się czas wykonywania zadania. Mieli na to pełny rok. Liczyła się jakość wykonanego zadania i to czy udało im się je wykonać w całości tak, jak życzył sobie Capricorn.

Akt zgonu – James Elliot
Data i godzina zgonu – 16:05, 19 lipiec 2000r.
Miejsce gonu – plac główny w Capricorn Lake City
Przyczyna zgonu – strzał kulą w potylicę

-      To wszystko co mamy? – Zapytał niewzruszenie Cloude.
-      Na to wychodzi. Mamy dokładnie rok na rozwiązanie zagadki. Z tym, że tutaj dzień trwa trzy godziny i noc trwa tyle samo. Czyli nasz rok trwa zaledwie trzy miesiące. Na rozwiązanie morderstwa to naprawdę niewiele czasu. – Skwitowała Beatrice.
-      Czyli co trzy godziny wschodzi i zachodzi słońce? – Michael wydawał się zszokowany tą informacją.
-      Dokładnie tak. Dziwne, prawda? To znacznie utrudnia nam warunki pracy. Zwłaszcza, że każde z nas potrzebuje około 8 godzin snu. Więc na całą noc składają się czasem nawet dwa dni. – Alice zaśmiała się.
-      To pokręcone. Ale tak jest. Czy się z tym zgadzasz, czy nie. – Cloude warknął.
-      Koniec gadania, zabieramy się za nasze morderstwo. – Michael spojrzał przytomnym wzrokiem na Cloudea i ruszył w kierunku starego tartaku. Ich pierwszej poszlaki.

Szli wolno rozglądając się cały czas. Na samym przedzie szedł Cloude. Zaraz za nim Michael, a Beatrice zamykała ten mały pochód. Doszli do opustoszałego tartaku. Tam czekał na nich pierwszy świadek. Alice jako pierwsza rzuciła się do osłupiałego mężczyzny.
-      Musimy zadać panu parę pytań. – Uśmiechnęła się złowieszczo.
-      Czekaj, Al. Nie tak szybko. – Beatrice zatrzymała ją, chwytając za ramię.
-      Puszczaj gaduło albo pożałujesz. – Warknęła.
-      Jestem gadułą? Żartujesz sobie ze mnie?! Kto tu najwięcej gada?! No chyba Ty głupi bachorze. Poza wszystkim jak ty się odzywasz do starszych? Nie pojmuje tego. Jesteś naiwna jeśli sądzisz, że będę Cię traktowała na równi. Jesteś tylko głupim szczeniakiem, a ja nie jestem tu by się z Tobą użerać. – Za plecami dziewczyn Cloude właśnie zatrzymał gestem ręki Michaela, który próbował się wtrącić.
-      Stracisz język. – Czarnowłosy syknął. Blondyn zdębiał i szybko się wycofał.
-      Nie żartuje sobie! Beze mnie nie dacie rady! Jesteście beznadziejni.
-      Starczy. Mam dość ciągłego gadania. Załatwmy sprawy jak najszybciej. – Warknęła Alice. Beatrice zmierzyła ją zawistnym spojrzeniem, ale jako, że przeciwniczka miała rację szybko się poddała.
-      Zamknijcie się obie. – Brunetka już chciała coś wtrącić, ale uciszył ją gestem ręki. – Stul pysk, smarkata. – Michael stał z tyłu i się wszystkiemu przypatrywał. Patrzenie na bandę idiotów, którzy siedzieli w kole i bawili się w RPG było dla niego nowym doznaniem.

Przesłuchanie poszło gładko. Cała czwórka rozwiązała zagadkę zabójstwa Jamesa szybciej niż się spodziewała. Tak więc bardzo szybko udało im się wrócić do rzeczywistego świata i przygotować do kolejnej walki.}

~.~.~

Przeszliśmy przez lustro w naszym pokoju. Moim i Beatrice i usiedliśmy na łóżkach. Michaela z nami nie było. Dziwne. Dałabym głowę, że był tuż za nami.
-      Może jutro nie pójdziemy to Capricornu, co? – Zapytałam z nadzieją.
-      Jeden dzień odpoczynku, mówisz? – Cloude zamyślił się. – Właściwie czemu nie.


{30 lipca 2002r. Jedenaście dni spokoju

Drużyna gońców odpoczywała od morderstw i zagadek przeszło jedenaście dni. W tym czasie spędzali długie dni w układaniu planu i pogrążaniu się w rozmyślaniach. Jedyną osobą, która się nie udzielała był Michael. On tylko stał z boku i przyglądał się bacznie poczynaniom trójki. Decyzje towarzyszy niekiedy szokowały go i zdegustowany odchodził gdzieś w kąt żeby przemyśleć i poukładać sobie wszystko w głowie. Był nowy, więc trójka gotowa mu była wybaczyć. Jednak nie o to chodziło. Michaelowi zdawało się, że ze światem Capricorna było coś nie tak. Był tak realistyczny i idealny, że wydawał się być niemożliwym. Był on także jedyną osobą, która zdawała sobie sprawę z tego, gdzie akurat się znajdowali.
            Całą czwórką odwiedzali dziś Capricorn Lake City z rozkazu samego Capricorna, który życzył sobie z nimi pilnie porozmawiać. Weszli do sporej wili otoczonej gęstym lasem i zasiedli przy stole, przy którym czekał na nich zakapturzony człowiek. Gdy tylko usiedli postać wstała i zsunęła kaptur. Okazała się być młodym, przystojnym mężczyzną, którego włosy były czarne i lśniące. Fryzurę miał dość krótką i elegancko przystrzyżoną. Staną tuż za samym końcem stołu, przywołując gestem ręki stojącą w kącie Natashę. Cała czwórka patrzyła na niego oczarowana. Nikt nie śmiał się odezwać choćby słowem. W każdej głowie pałętało się pytanie „Czy to on? Czy to TEN sławny Capricorn, którego nigdy nie widzieliśmy?!”. Mężczyzna po chwili ciszy odezwał się przerywając ciszę.
-      Dziękuje za przybycie moi drodzy. Odpowiadając na wasze niezadane pytanie, tak to ja jestem Capricorn. Dla przyjaciół Julius Doyle. A dziewczyna obok mnie, którą zwykliście nazywać Natashą ma na imię Annabelle i jest moją żoną. – Cała czwórka patrzyła osłupiała.
-      Ż-ż-ż-o-n-a? – Wydukała cicho Beatrice.
-      Doyle? – Alice zachłysnęła się.
-      Zbieżność nazwisk. – Powiedział równie przejęty Cloude.
-      Nie sądzę. – Wszyscy spojrzeli się na Michaela jak na ducha. – Kontynuujcie.
-      Dziękuje młodzieńcze. Wytłumaczę wam później kim jestem i co tu robię. Ale przedtem muszę wam coś ogłosić. – Wszyscy wstrzymali oddechy. – Rozwiązuje wszystkie sekcje Gończych oddziałów Capricorna. – Rzekł uroczyście. – Nie jesteście już potrzebni, ba raczej nigdy nie byliście. – Zaśmiał się.
-      Jak to? Co się stanie z Capricornem?! Jak to możliwe?! Zaraz coś jest nie tak…Ja… - Nagle Alice straciła równowagę i upadła na kolana. W jednej chwili przestała słyszeć cokolwiek. Obraz rozmył się, a po sekundzie przestała słyszeć cokolwiek. Parę sekund później ktoś zaświecił jej w oczy latarką…}

-      Obudziła się! – Ktoś krzyknął. Skąd to światło? Boli…bolą mnie oczy. Co się stało? Wróciłam do świata realnego? – Alice! Alice! Słyszysz mnie? – Kto mnie woła? Otworzyłam powoli oczy. Światło zgasło. Podniosłam całkowicie powieki. – Otworzyła oczy! Alice, słyszysz mnie? – Nade mną pochylał się Michael, którego spojrzenie mówiło, że coś się stało.
-      Tak, słyszę. – Odpowiedziałam szeptem. Czułam się taka osłabiona. – Co się dzieje? Co się stało?
-      Chodź to Ci wszystko opowiem. – Widziałam jak Michael skinął na lekarza, a ten wstrzyknął mi coś malutką igłą w ramię.
-      Ej! To bolało… - Stałam się bardzo senna. Tak nagle uspokoiłam się.
-      To środek na uspokojenie. Idziemy. – Wziął mnie pod ramię i zaprowadził do sali, w której zwykłam się spotykać z lekarzem…

Weszli do sali, po czym chłopak posadził dziewczynkę na kozetce. Lekarz przyjrzał się badawczo nowoprzybyłej i zerknął na blondyna.
-      Co się stało? – Zapytał.
-      Miała kolejne urojenia. Znalazłem ją na schodach razem z tą niemą…jak jej tam. Beatrice? – Lekarz skinął głową.
-      Pewnie znów nękały tego biednego Cloude’a. Biedny chłopak. Ma osiemnaście lat, a zachowuje się jak zupełne dziecko. Beatrice była jej koleżanką z sali.
-      Wiem. – Michael przysiadł na kozetce obok Alice i popatrzył się na nią z rozczuleniem. – Myślę, że zamknięcie jej w izolatce nie było najlepszym pomysłem.
-      To akurat sam wywnioskowałem. – Lekarz westchnął. – Dzisiaj przyszli jej rodzice. Chcieli się z nią zobaczyć. Nie poznała ich. Krzyczała coś, że nie mogą rozwiązać Gońców jakiegoś tam Capricorna.
-      A tak. – Przerwał mu Michael. – Obserwując ją i tę drugą zdołałem się dowiedzieć czegoś na ich temat. Mianowicie Alice wymyśliła sobie drugi świat, jeden z objawów schizofrenii. Zamieszała w to także Beatrice, która przez to, że była niemową lubiła słuchać cudzych opowieści. Panna Doyle zakładała, że istnieje drugi świat, do którego udaje się przez lustro. Capricorn Lake City. Kobieta, która się nimi zajmowała nazywała się Natasha. – Michael zamilkł.
-      I co ona robiła w tym świecie?
-      Chodziło głównie o to żeby rozwiązywać morderstwa. Capricorn miał sekcje gońców, którym zlecał rozwiązywanie spraw kryminalnych. Tak to mniej więcej wyglądało.
-      Skąd tyle o tym wiesz? – Lekarz spytał podejrzliwie.
-      Opowiem Panu potem. Najpierw porozmawiajmy z Alice. – Blondyn spojrzał na oniemiałą ze strachu dziewczynę. – Już Ci lepiej?
-      Jak to schizofrenię? Ja-ja-ja nie jestem chora! – Czarnowłosa wierzgnęła i spróbowała uciec z kozetki. Powstrzymały ją mocne ręce Michaela.
-      Alice. Posłuchaj mnie uważnie. Jestem twoim opiekunem. Ty nazywasz się Alice Annabelle Doyle i zamieszkujesz obecnie ośrodek dla umysłowo chorych położony na południowym wschodzie kraju w miasteczku Halflake City. Urodziłaś się w roku 1996, a przebywasz tu od jakichś pięćdziesięciu dni. Wcześniej zamieszkiwałaś w domu pod stałym nadzorem lekarza. Dopiero od roku masz poważne objawy schizofrenii. Twoi rodzice zostali zmuszeni do oddania Cię nam pod opiekę, rozumiesz? – Alice wpatrywała się pustym wzrokiem w ścianę.
-      Moi rodzice? – Wydukała szeptem.
-      Julius i Annabelle Doyle. – Dziewczyna aż się zachłysnęła.
-      Capricorn i Natasha to moi rodzice?! – Alice z przerażeniem wpatrywała się w Michaela. – Czyli to jest szpital psychiatryczny? Ja nie wiedziałam…myślałam, że to sanatorium. A Beatrice i Cloudem?! Co z nimi?! Co się stanie z Capricornem…przecież ten świat nadal istnieje…
-      Spokojnie. Beatrice nic się nie stało. U niej też wykryto objawy schizofrenii, ale nie w tak zaawansowanym stadium jak u Ciebie. A Cloude ma się dobrze. Staramy się go nauczyć zachowywać jak dorosły. – Dziewczyna czuła, że zaraz wybuchnie albo zapadnie się pod ziemie. Podniosła głowę i zapytała cicho:
-      Dostanę szklankę wody? – Michael skinął głową i wstał z kozetki.
-      Przygotuje leki. – Lekarz podszedł do apteczki i zaczął w niej grzebać. Blondyn poszedł do stołówki. Alice korzystając z chwili nieuwagi wyślizgnęła się z pokoju i pobiegła korytarzem do swojego pokoju. Nogi miała jak z waty, a ręce trzęsły jej się ze zdenerwowania i strachu. Chwyciła za klamkę i szarpnęła mocno. Nic się nie stało. Drzwi były zamknięte na klucz.
-      To jedyne lustro! Nie…jak ja teraz wrócę do domu?! – Alice w popłochu poczęła biec przed siebie. Płakała. Nagle zatrzymała się gwałtownie. Przez uchylone drzwi do stołówki dostrzegła swoje odbicie w oknie. – To jest to! Moja szansa…może to nie lustro, ale się nada!

Biegłam ile sił w nogach do wielkiego i pięknego okna. Jedyne na stołówce, które nie miało krat. Było to najpiękniejsze kryształowe okno, zwykle zasłonięte ręcznie wyszywanymi zasłonami. To pod  nim zawsze stało pianino. Tak samo było i tym razem. Wspięłam się na lśniący, czarny instrument i stanęłam oko w oko z przepiękną gładzią moich ‘drzwi do domu’. Widziałam doskonale swoje odbicie…

Pamiętacie to o czym wam mówiłam? Na samym początku o przeszłości. Moja była zwykła. Miałam psa, mamę, tatę, dom. Jedyną wadą to, że od zawsze byłam sama. Jednym słowem miałam wszystko to, o czym marzyłam. Moja przeszłość może i nie była najlepszą z możliwych, ale w tej chwili po tym co przeżyłam teraz wydawała się być najlepszym co mnie spotkało. Mimo wszystko chciałam wrócić do domu. Tam gdzie miałam zajęcie. Byłam potrzebna. Chciałam robić to co kochałam. I chciałam być tam, gdzie naprawdę przynależałam. Jeśli muszę gdzieś żyć to czemu nie tam, gdzie cieszyłam się każdą chwilą i każdym dniem? Wiem, że to właśnie chcę robić. Chcę się cieszyć. Nawet jeśli rzeczywiście mam schizofrenię i nie ma Capricorn Lake City. Nie ma mojego miasteczka, w którym spędziłam całe swoje życie. Muszę iść do przodu.
Zrobiłam krok w stronę szyby. Usłyszałam za sobą brzdęk tłuczonego szkła. Michael upuścił szkalnkę. Ktoś wołał moje imię. Zapewne on. Nie szkodzi. Nie obrazi się przecież na mnie. Do widzenia kochani. Nie odpowiem już na wasze wołania.
Podbiegłam i skoczyłam. W locie zdążyłam tylko zamknąć oczy nim milion małych odłamków szkła przebiło się przez moje ciało. Czyli jednak umieram…Wyobraźnia wygrała z rozsądkiem. Jeśli tak ma być, to wolę umrzeć. Rozpostarłam ręce ostatkami sił i spadłam w dół. A potem już nic nie czułam…

~.~.~

            W miasteczku Halflake City nic nie dzieje się bez przyczyny. Znane jest ono z przeróżnych opowieści. Podobno jeden z autorów wykorzystał je jako główne miejsce rozgrywania akcji. Wszystko opisał dokładnie tak jak można by było obejrzeć w każdej chwili. Oddał realistyczny obraz miasta, które istnieje naprawdę. Książka ta nie stała się bestsellerem, ale zyskała uznanie u wielu osób w młodym wieku. Jeden egzemplarz tej powieści właśnie leżał na jednym z cmentarnych nagrobków położonych na klifie, tuż obok pięknej, czarnej róży. Przed tym konkretnym nagrobkiem siedział pewien samotny chłopak, który wpatrywał się uporczywie w napis wyryty w kamieniu.
-      „Ku pamięci tej, która odważyła się iść za swoją wyobraźnią i sercem.” Bez sensu. Mogli napisać, że miała rozdwojenie jaźni…Alice, Alice. Nie mogłaś poczekać choć chwili? Złapałbym Cię. A tak to będę miał wyrzuty do końca życia. Ehh nie obrażaj się. Żartuje przecież. – Zaśmiał się cicho. – Baw się dobrze w Capricorn Lake City. Mam nadzieje, że pogoda Ci dopisuje. Bo tutaj się strasznie zachmurzyło. A właśnie. Mam coś dla Ciebie. – Blondyn wyciągnął z za pazuchy małe lusterko i ułożył je na kamieniu. – Jeśli kiedyś chciałabyś wrócić. Będę czekał. – Wstał powoli i uśmiechnął się smutno pod nosem. Wracając z cmentarza minął parę idącą najwyraźniej do któregoś z nagrobków. Zanim wyszedł przez bramę usłyszał jeszcze:
-      Co tu robi ta książka? „Gońce Capricorna”? Czy to nie ukochana powieść naszej córki? – Michael przystanął.
-      Autorstwa Blackheaven’a? – Zapytał męski głos.
-      Tak. To na pewno ta. Ach dziecko…widzę, że ktoś Cię znał tak dobrze jak my. – Blondyn uśmiechnął się cierpko pod nosem.
-      Blackeaven, huh? Obyś nigdy więcej nie napisał drugiej takiej książki, ojcze… - Zaśmiał się i ruszył z powrotem do szpitala. Nim przeszedł przez próg spojrzał jeszcze raz na cmentarz. – Może poznasz mojego tatę, Alice…Wierzę, że się dogadacie. – I ruszył przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz