Inspiracja

"Inspiracja"

Uniosłem wzrok do góry i spojrzałem na zegar. Dochodziła pierwsza, a ja wciąż ślęczałem nad kartką papieru, na której pokreślonymi gdzieniegdzie znakami zapisane było moje nowe dzieło. Słowa, które zawsze zdawały się być w mojej głowie i zawsze pod ręką umknęły, pozostawiając mnie samego i zdanego na pastwę losu. Brawo Bang. Możesz gratulować tylko sobie.
Prawda jest taka, że zabrałem się za nią tuż przed dniem, w którym powinienem był pokazać ją reszcie. Zabawne jest również to, że zwykle strategia ta wypalała i w dwie godziny mieliśmy nową piosenkę, która być może wymagała kilku poprawek, ale zdobywała aprobatę u chłopaków. Jednak nie tym razem. Miałem dość piosenek o miłości, o zdradzie, o samotności, o walce o lepsze jutro, czy lepszą przyszłość. Miałem dość smętów tak samo zresztą jak radosnych piosenek. Jednym słowem miałem dość odpowiedzialności za tworzenie dla nas utworów i narzucaniem im ich tematów.
            Westchnąłem i oparłem się na krześle przymykając oczy. Nie mogę iść spać dopóki nie napiszę piosenki. Ale nie napiszę jej dopóki się nie zdrzemnę. Warknąłem cicho pod nosem i odepchnąłem gwałtownie swoje ciało wraz z krzesłem od biurka, przy którym siedziałem. Poderwałem się z miejsca, chwyciłem notes i ołówek, po czym starając się być cicho wyślizgnąłem się ze swojego pokoju. Przechodząc przez kuchnię i kierując się w stronę balkonu przystanąłem. Drzwi na taras były otwarte, stąd dało się słyszeć szum gwarnego nawet w nocy Seoul’u. Księżyc wisiał wysoko na niebie, ale był ledwie widoczny przez światło ulicznych latarni. Dostrzegłem sylwetkę, która skulona siedziała w kącie balkonu i wpatrywała się w niebo. Jego srebrna, nawet w tym świetle, czupryna od razu powiedziała mi kim jest.
Podszedłem cicho do drzwi i zrobiłem krok w stronę Zelo. Najwyraźniej nie usłyszał mnie albo po prostu nie dał po sobie znać, że czuje moją obecność. Zerknąłem na jego ramiona. Miał na sobie jedynie cienki podkoszulek, długie dresowe spodnie, a stopy miał gołe. Zacisnąłem zęby. Nie powinien pozwalać sobie na takie zaniedbywanie swojego ciała, zwłaszcza na chwilę przed debiutem z nowym albumem. Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego pokoju by wziąć koc z mojego łóżka. Gdy wróciłem on nadal siedział w takiej pozycji, w jakiej go wcześniej zastałem. Było chłodno. Musiałem przyznać, że i mnie zrobiło się zimno, gdy tak na niego spojrzałem. Zarzuciłem koc na jego gołe ramiona i przysiadłem się obok. Podłoga była przeraźliwie zimna. Zesztywniałem i zacząłem żałować, że sam nie ubrałem się w nic cieplejszego. Mój wzrok padł na chłopaka. Nie odezwał się, nie poruszył, nie zareagował w żaden sposób. Położyłem mu rękę na ramieniu. Zesztywniał.
- Junhong-ah? – Zapytałem się cicho. Nie zareagował tylko obrócił swoją twarz dalej ode mnie. – Wszystko w porządku? Czemu tu siedzisz? Jest już późno. Jutro czeka nas ciężki dzień. Trzeba się wyrobić przed ostatecznym terminem… - Ostatnie wymamrotałem już raczej do siebie niż do niego. Nawet nie drgnął. Uniosłem rękę do jego włosów z zamiarem poczochrania ich – jak to miałem w zwyczaju – ale z jego ust dało się słyszeć:
- Nie dotykaj mnie. – Wycedził przez zęby. Natychmiast cofnąłem rękę.
- Wszystko w porządku? Co się stało? – Byłem w szoku. Nigdy tak na mnie nie reagował. Co więcej myślałem, że kto jak kto, ale on lubi jak czochram mu włosy. Albo jak go przytulam, czy trącam ramieniem. Jesteśmy ze sobą zżyci. Jak bracia. Nie rozumiem jego zmiany nastawienia. Może po prostu źle się czuje? – Źle się czujesz? Pomóc Ci jakoś?
- Idź sobie. Zostaw mnie w spokoju. – Wywarczał.
- Ha? Czy zrobiłem coś nie tak? – Zapytałem z wahaniem. Nie przypominam sobie, żebym w ogóle dziś z nim rozmawiał. – Junhong porozmawiaj ze mną. Błagam. Zrobiłem coś nie tak? – Chłopak sarknął.
- Oczywiście, że nie. – Zaśmiał się szyderczo. – To i tak moja wina. To zawsze jest moja wina.
- Spójrz na mnie. – Zaśmiał się. – Powiedziałem spójrz na mnie do cholery! – Złapałem go za podbródek i obróciłem przodem do siebie. Miał spuchnięte oczy, fioletowe cienie i co najważniejsze podbite oko. A z nosa leciała mu krew. – Co Ci się stało?! – Odtrącił moja rękę i poderwał się gwałtownie z miejsca.
- Powiedziałem, żebyś mnie nie dotykał! – Krzyknął, po czym odepchnął mnie i wybiegł z balkonu w stronę swojego pokoju. Parę sekund później usłyszałem trzask zamykanych drzwi i szczęk przekręcanego zamka. Poderwałem się z podłogi i ruszyłem do przodu z zamiarem pobiegnięcia za nim, ale nagle coś do mnie dotarło. To pewne. Zelo chciał być teraz sam. Przeszkodziłem mu w tym. Nawet jeśli muszę się dowiedzieć co się stało i tak nie dowiem się teraz. Mimo wszystko on jest najmłodszy, więc najtrudniej mu jest pozbierać myśli i uporać się z tym wszystkim co go otacza. Westchnąłem cicho.
            Wróciłem do swojego pokoju wciąż mając przed oczami krwawiącego Junhong’a. Tak bardzo pragnąłem wiedzieć co mu się stało. Ale nie chciałem naruszać jego prywatności. Byliśmy jak bracia. Nie mogłem sobie pozwolić na więcej niż to, co należało do moich obowiązków jako lidera. Nie wiem nawet czy byłem dla niego przyjacielem. Warknąłem pod nosem i usiadłem przy biurku. Nagle dotarło do mnie, że zostawiłem na balkonie swój notes z niedokończoną piosenką i ołówek.
Wracając z tarasu przystanąłem koło drzwi Jongup’a. Jeśli coś działo się z Zelo to Jongup był jedyną osobą, która mogła wiedzieć więcej niż ja. Nawet jeśli dochodziła druga ta sprawa była na tyle poważna, że byłem gotów obudzić nawet cały dorm by dowiedzieć się co się stało. Zapukałem do drzwi, ale nie usłyszałem żadnego dźwięku. Pewnie śpi. Nacisnąłem klamkę. Ustąpiła bez oporów i uchyliłem lekko drzwi, by zajrzeć do środka. Na pierwszy rzut oka łóżko, które stało na środku zdawało się być puste. Było zasłane, ale dla pewności zapaliłem światło. Po Jongup’ie nie było śladu. Rozejrzałem się dookoła. Spojrzałem na zegar. Tak jak myślałem dochodziła druga. Zgasiłem światło i zamknąłem za sobą drzwi. Znałem jeszcze jedno miejsce, w którym mogłem go zastać. Zrzuciłem notatnikiem przez kuchnię tak, że wylądował na blacie. Ma się tego cela. Zaśmiałem się pod nosem. Ruszyłem korytarzem i dotarłem do drzwi, które były lekko uchylone i dało się ujrzeć lekkie światło. Powoli zajrzałem do środka. Tak jak myślałem zastałem tam osobę, której szukałem. Jongup leżał zwinięty w kłębek na brzuchu…któżby pomyślał, że nasza kochana Diva może mieć jednak jakiekolwiek uczucia. Himchan głaskał młodszego delikatnie po głowie, a drugą rękę splecioną miał z jego palcami. Nie chciałem im przeszkadzać. Naprawdę nie chciałem, ale nie miałem wyboru. Zapukałem więc lekko w drzwi. Młodszy poderwał się gwałtownie i dopiero teraz dostrzegłem, że jest zalany łzami. Czyli jednak do czegoś doszło. Zobaczyłem panikę w jego oczach. Natomiast Himchan tylko uniósł wzrok i spojrzał się na mnie pytająco.
- Gukkie, co się stało? – Zapytał cicho. Jongup wyprostował się z zamiarem wstania, ale Kim powstrzymał go ciągnąc go za rękę z powrotem. Tym razem w swoje ramiona. Złapał go opiekuńczo w pasie i położył mu brodę na ramieniu. A więc jednak. Tak myślałem. Nie byłem pewien przez długi czas, bo żaden z nich nie chciał się przyznać.
- My…to nie tak jak… - Uciszyłem chłopaka gestem ręki.
- Nie jestem ślepy, ok? Ale nie po to przyszedłem. – Moon odetchnął z lekką ulgą, ale nadal wpatrywał się we mnie z lękiem.
- Chodzi o Zelo, nieprawdaż? – Mruknął cicho Himchan. – Wejdź do środka. Nie chcę rozmawiać z tobą przez drzwi. – Zaprosił mnie gestem ręki. Wszedłem do pokoju zamykając za sobą drzwi. Moon rozluźnił się w jego ramionach.
- Skąd o nim wiesz? – Nie odezwał się, a jedynie wskazał głową młodszego.
- Kłócili się. – Westchnął.
- O co poszło? – Przysiadłem na krześle przy stoliku i oparłem się o nie plecami.
- No cóż…Powiedzmy, że znamy już czuły punkt naszego uroczego maknae. – Spojrzałem na niego z uniesioną brwią. O czym on mówi? – Mój drogi Jongup… - Wspominany wszedł mu w półsłowa.
- Nie mów o mnie w trzeciej osobie Him. – Zmarszczyłem brwi. Na jakim etapie znajomości są? Intrygujące.
- Więc opowiedz mi sam. Proszę. To ważne. – Spojrzałem na niego i westchnąłem.
- A co się tak w ogóle stało? – Zapytał.
- Siedział na balkonie w samej piżamie wpatrzony w niebo o drugiej nad ranem, z zapłakanymi oczami, krwawiącym nosem i podbitym okiem… - Mruknąłem.
- Umm…to niestety moja wina. – Jongup zasłonił twarz rękoma. – Nie chciałem. Naprawdę nie chciałem tak na niego nawrzeszczeć…
- To nie jest teraz ważne. Powiedz mi co się stało. – Mój głos zadrżał. Niedobrze. Zdradzałem sobą zbyt wiele emocji. Muszę się uspokoić. Wziąłem głęboki wdech i spojrzałem z wyczekiwaniem na chłopaka.
- Wszystko miało miejsce dziś wieczorem. Zaraz po tym jak poszedłeś pisać piosenkę, tak jak zawsze, na ostatnią chwilę… - Oburzyłem się i przerwałem mu.
- Nigdy nie piszę piosenek na…
- Piszesz. Koniec tematu. – Wpadł mi w słowo Himchan. Burknąłem pod nosem doskonale wiedząc, że miał rację.
- Tak więc jak już mówiłem udałeś się do swojego pokoju. Dzisiaj była nasza kolej zmywania naczyń. Znaczy się moja i Him’a. – Wskazał głową na swojego chłopaka, który leżał głową na jego ramieniu z przymkniętymi oczami. Uśmiechnąłem się w duchu.
- Jakby co nie śpię. – Mruknął cicho. Zaśmialiśmy się z Jongup’em, po czym on kontynuował.
- Trochę nas poniosło, bo…hmm no cóż. Jakby to powiedzieć… - Zarumienił się. Oh. Czemu mnie tam wtedy nie było? Spojrzałem się wyzywająco na Himchan’a, który przejął teraz pałeczkę.
- Posadziłem go na blacie i zacząłem namiętnie całować. Taka mi historia no. Nie przyszyło mi do głowy, że Zelo będzie się szwędał po kuchni. – Burknął. Jongup spuścił głowę, a na jego twarzy dostrzegłem zażenowanie. Zaśmiałem się cicho. Jednak nagle coś do mnie dotarło. Skoro Junhong kłócił się z Jongup’em, czy mogło to oznaczać, że miał on jakiś problem z ich związkiem? To znaczy, że on może być homofobem? Nie. To nie możliwe…
- Tak więc Zelo nas widział. Wybiegł z kuchni i trzasnął za sobą drzwiami. Pobiegłem za nim. Kłóciliśmy się. – Zamilkł na chwilę. – On…on powiedział, że w ten sposób rozwalimy zespół. Że wszystko zepsuliśmy i B.A.P się rozpadnie. Że zniszczyliśmy braterską przyjaźń, która utrzymywała się między nami. – Himchan przerwał mu.
- Moim skromnym zdaniem to chłopak ma ból dupy. – Ha?
- Z jakiego powodu? – Wpatrywałem się w niego ze zwątpieniem.
- Mogę kontynuować? – Burknął młody. Skinąłem głową.
- Wyśmiał mnie jak powiedziałem, że kocham… - Głos mu się załamał, ale szybko odzyskał rezon. – że kocham Him’a. I stwierdził, że ktoś taki jak on nigdy go nie pokocha. Że jestem za młody na taką miłość. Że tak doświadczona i dobra osoba jak on nigdy nie pokocha kogoś takiego jak ja. Problem w tym, że nie mówił tego o mnie. Widziałem w jego oczach rozpacz. Tak jakby mówił o sobie. To nie była zazdrość, zażenowanie, niedowierzanie, czy szyderstwo. To była rozpacz… - Jongup przełknął ślinę.
- Nie rozumiem… - Westchnąłem. – Zelo jest w kimś zakochany, tak? – Obaj skinęli głową. – I ten ktoś go nie kocha.
- Tego nie wiem. Myślę, że jednak tak, tylko sam nie zdaje sobie z tego sprawy. – Ktoś kocha Junhong’a? Z wzajemnością? Tak nie może być…mojego Junhong’a?! Nagle zrobiłem się wściekły, lecz ona bardzo szybko wyparowała, gdy uświadomiłem sobie co ją powoduje. Jestem zazdrosny? Otworzyłem szeroko usta. Nie może być…nie mogę być zazdrosny o własnego brata. Zaśmiałem się z zażenowaniem we własnej głowie. – Myślę, że osoba, w której kocha się maknae jest starsza od niego. Uważa ją za perfekcję, na którą on nie zasługuje. – Zamilkł.
- Dlaczego go uderzyłeś? – Zaskoczyłem go tym pytaniem.
- To nie tak… - Zmieszał się.
- To ja go uderzyłem. – Wtrącił się Himchan.
- Ty? Dlaczego? – Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem.
- Bo nazwał mojego chłopaka „zdesperowaną dziwką”. – Niemożliwe. To niemożliwe.
- Niemożliwe… - Sapnąłem.
- Teraz wiem dlaczego to powiedział. Ale zareagowałem instynktownie. Obserwowałem całą sytuację z boku…gdybym wiedział, że wtedy płakał nie wyciągnął bym do niego pięści. – Westchnął cicho.
- Czy powiedział coś jeszcze? – W tym momencie mój wzrok utkwił w ścianie. Nie czułem już nic. Wszystkie emocje wyparowały. Nie wiedziałem co mam zrobić.
- Padło dużo oszczerstw. Z obydwu stron. – Wtrącił nieśmiało Jongup. – Nigdy się jeszcze tak nie kłóciliśmy.
- „Nawet jeśli go kochasz to nie znaczy, że możesz sobie pozwalać! On nigdy nie będzie Cię kochał!” to powiedział nim się rozpłakał. Po czym zaczął wyzywać Jongup’a. Uderzyłem go w twarz. Spojrzał na mnie psimi oczami i wyszeptał „on nigdy nie będzie mnie kochał…”, po czym uciekł do swojego pokoju. – Skończył Himchan. Spuściłem głowę wpatrując się w podłogę.
- On nigdy nie będzie mnie kochał… - Powtórzyłem po nim bezmyślnie.
- On się myli. On już go kocha. Czyż nie mam racji…Bang? – Poderwałem głowę i spojrzałem na niego.
- Skąd mam wiedzieć? – Zapytałem niepewnie.
- Idź. Porozmawiaj z nim. Wyjaśnij mu, że się myli. – Powiedział z naciskiem Himchan.
- A jeśli się nie myli? – Wyszeptałem. Nie wiedziałem co czułem w tej chwili.
- Jeśli się myli to jesteś skończonym idiotą. – Ja? O co mu chodzi? Czy to możliwe, żeby Junhong kochał mnie? To głupota…To jakiś żart! To głupota…zaśmiałem się w duchu. To żart? W takim razie czemu chciałbym....by była to prawda?
- Powodzenia. – Powiedzieli jednocześnie. Wstałem z krzesła i wycofałem się pospiesznie z pokoju zamykając za sobą drzwi.
           
Szedłem powoli korytarzem próbując poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą usłyszałem. Nie bardzo wiem co mam z tym zrobić. Jak mam zareagować? Co tak naprawdę czuję? Czy oni mieli rację? Czy rzeczywiście coś do niego czuję?
Moje rozważania przerwały drzwi Zelo, na które o mały włos nie wszedłem. Uniosłem rękę i z wahaniem zapukałem. Zero odzewu. Wziąłem głęboki oddech i zebrałem w sobie całą odwagę jaką miałem. A miałem jej niewiele. Po tym co się stało niczego nie byłem już pewny.
- Junhong? Junhong-ah to ja. Bang. Junhong-ah, to ja twój Gukkie…Proszę otwórz. – Zapukałem raz jeszcze. Ponownie żadnej reakcji. – Wiem, że nie śpisz. Otwórz mi. Porozmawiajmy. Proszę. – Zapukałem raz jeszcze. Tym razem głośniej. – Wiem co się stało. Rozmawiałem z Jongup’em. Proszę otwórz mi…Musimy sobie coś wyjaśnić. Junhong… - Uniosłem pięść jeszcze raz z zamiarem uderzenie w drzwi, ale dobiegł mnie głos ze środka pokoju.
- Otwarte. – Był zachrypnięty i zmęczony. Nacisnąłem klamkę i nie napotkawszy oporu uchyliłem delikatnie drzwi. Zajrzałem do środka. Zelo stał odwrócony tyłem do mnie a przodem do okna. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Wstrzymałem oddech. Zupełnie nie wiedziałem co mam powiedzieć. – Przyszedłeś mnie zgnębić? – Zapytał i zaśmiał się szyderczo. – Chcesz mi powiedzieć, że powinienem sobie odpuścić, bo jestem tylko głupim dzieciakiem z marzeniami, prawda? Że cieszysz się, że Himchan-hyung dał mi w twarz, bo masz nadzieję, że doprowadził mnie do porządku. Że masz nadzieję, iż sobie odpuściłem, bo i tak nie mam szans? Że Ci przykro, bo nigdy nie będziesz mógł nic z tym zrobić? A może… - Zamilkł na chwilę. Stałem jak sparaliżowany. Jego słowa…jego słowa nie były dyktowane wściekłością. Tak jak mówił Jongup. Brzmiał na rozwścieczonego, ale tak naprawdę przemawiała przez niego rozpacz. Tak jak człowiek, który utracił nadzieję, ale nie chce się z tym pogodzić. – A może się mną brzydzisz? – Te słowa uderzyły we mnie jak cios w policzek. Jak może mieć o mnie takie zdanie?! Ale zaraz…ja też pomyślałem o tym, że Junhong może być homofobem…No cóż. Jak widać nie znamy się tak dobrze jak myślałem. Postanowiłem się ruszyć. Podszedłem do niego powoli i przystanąłem tuż zaraz za jego plecami. Usłyszałem, że płacze. – Może uważasz, że jestem obrzydliwy, bo zakochałem się w osobie, która jest ode mnie starsza, jest tej samej płci i jest liderem pieprzonego zespołu, w którym śpiewam?! – Obrócił się gwałtownie i wywrzeszczał mi to w twarz. Dostrzegłszy mogą obecność cofnął się z przerażeniem, najprawdopodobniej nie zdając sobie sprawy, że jestem tuż za nim. Oczy miał czerwone, z nosa nie leciała mu już krew, ale oko nadal było spuchnięte. Na policzkach miał ślady starych łez i tych nowych, które spływały po nich teraz.
- Co powiedziałeś? – Warknąłem. Skulił się. – Masz mnie za osobę, która mogłaby się brzydzić własnego przyjaciela, członka własnego zespołu, która mogłaby go potraktować w ten sposób?! Masz o mnie takie zdanie? Naprawdę?! Naprawdę uważasz, że byłbym zdolny do takiego czegoś? Czy ty w ogóle mnie znasz?! – Teraz już krzyczałem. Byłem wściekły. Przerażająco wściekły. Zelo wyprostował się.
- Pomyliłem się? Wątpię. Może nie jesteś zdegustowany i nie potraktujesz mnie w sposób jaki to przedstawiłem. Ale ktoś taki jak ty nigdy mnie nie pokocha. – Zaśmiał się z politowaniem. – Po co przyszedłeś? Żeby mi udowodnić, że nie jesteś obrzydzony? Żeby powiedzieć mi, że nic do mnie nie czujesz? Żeby raz na zawsze dać mi kosza? Mogłeś poczekać do jutra…albo nic nie mówić. Naprawdę. Może wtedy jakoś bym sobie to wszystko poukładał. Ale ty chciałeś powiedzieć mi to w twarz. To okrutne z twojej strony… - Złapałem go brutalnie za podbródek.
- Oh zamknij się już! – Warknąłem mu w twarz. Spojrzał na mnie spłoszonym wzrokiem. – Myślisz, że wszystko wiesz najlepiej? Że jesteś wszechwiedzący?! Jesteś idiotą! Jesteś takim samym idiotą jak ja… - Wpatrywał się we mnie z obłędem w oczach. Nic nie rozumiał. Tak jak ja. Dopóki nie zobaczyłem jak płacze i dopóki moje serce nie rozpadło się na miliony kawałeczków. – Jak długo? – Zapytałem szeptem.
- Jak długo co? – Wydukał.
- Jak długo mnie kochasz? – Mój głos drżał.
- Wystarczająco długo… - Wyszeptał. Moje dłonie zadziałały błyskawicznie. Przyciągnąłem go do siebie i wpiłem swoje usta w jego. Na wstępie drgnął zaskoczony, lecz chwilę później poddał się. Rozchylił usta, tym samym dając mi do nich dostęp. Smakował słodyczą, czymś niepowtarzalnym. Ręką powędrowałem na jego kark, a drugą wplotłem mu we włosy, przyciągając go jeszcze bliżej do siebie. Jego dłonie spoczęły na mojej szyi oplatając ją w zaborczym uścisku. Moje serce biło mocno, a wszystkie uczucia, z których nie zdawałem sobie sprawy obudziły się i rozgrzały mnie od środka tworząc burzę w mojej głowie. Nie wiem już sam co czułem podczas tego pocałunku. Niby tak prosty gest, a jednak tak niesamowicie intymny i pełen pasji. Całowałem się wiele razy, ale zawsze były to modelki, czy inne osoby, do których nic nigdy nie czułem. To był pierwszy pocałunek z osobą, którą kocham. Tak właśnie. Kocham go. Ale uświadomienie sobie tego zabrało mi zbyt dużo czasu.
Gdy oderwaliśmy się od siebie obaj oddychaliśmy ciężko. Przycisnąłem jego czoło do swojego i uśmiechnąłem się szeroko.
- Nadal myślisz, że jestem okrutny? – Mruknąłem szyderczo. Nie odezwał się. – Junhong-ah? – Oderwałem się od niego i uniosłem jego podbródek do góry. Wpatrywał się we mnie z nieznaną mi mieszaniną emocji. Gdyby przyjrzeć się lepiej można było dostrzec strach, zwątpienie, niepewność, namiętność, miłość i wreszcie rozpacz.
- Dlaczego? – Zapytał zachrypniętym głosem.
- Dlaczego co? – Wahał się?
- Dlaczego mnie pocałowałeś? – Czy on naprawdę nie rozumie?
- Bo Cię kocham. – Powiedział najspokojniej jak tylko mogłem. Spojrzał na mnie z szokiem.
- K-kochasz? Ale to niemożliwe…taka osoba jak ty…nie może mnie kochać. To nie ma sensu. – Wyjąkał.
- Obydwaj jesteśmy idiotami. Pasujemy do siebie Junhongie. – Objąłem go w pasie i przyciągnąłem do siebie. Powoli acz z lekkim wahaniem wtulił się głową w mój obojczyk. Nawet jeśli był ode mnie wyższy, to i tak idealnie pasował do moich ramion. Wyciągnął nieśmiało ręce i objął mnie. I nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Tak jak miało wyglądać od samego początku.

            Gotowe. Pomyślałem i odłożyłem notes na stoliku nocnym po swojej prawej stronie. Przeciągnąłem się lekko i pogłaskałem po głowie mojego towarzysza.
- Skończyłeś? – Zapytał sennie.
- Chcesz iść spać, prawda? – Zaśmiałem się cicho.
- Muszę mieć siłę na zmierzenie się z naszym menagerem… - Westchnął cicho.
- Nasze makijażystki sobie poradzą, kochanie. – To był pierwszy raz kiedy go tak nazwałem. Muszę powiedzieć, że z chęcią sprawię, iż stanie się to rutyną. Jemu chyba też się to spodobało, bo wtulił się mocniej w moją klatkę piersiową i splótł swoje palce z moimi.
- Mam nadzieję. – Szepnął sennie i zaśmiał się cicho.  – Przeczytaj mi proszę fragment piosenki, którą napisałeś. Tak na dobranoc. – Uśmiechnąłem się pod nosem.

„Tak bardzo za tobą tęsknię (myślę o Tobie)
I potrzebuję Cię (Codziennie, ja)
Jestem żałosny
Trzymaj mnie (mam tylko ciebie)
Obejmij mnie
Jesteś niczym anioł

Pośpiesz się i mnie uratuj!
Proszę skończ i zostań ze mną
Nie odchodź dalej (nie oddzielaj się ode mnie)
Nigdy Cię nie puszczę”*

- To takie przesłodzone. – Zachichotał. – Kocham Cię. – Wyszeptał. Przytuliłem go mocniej do swojej piersi i okryłem szczelniej kołdrą. Pocałowałem go w czoło, a on zamruczał, po czym parę chwil później zasnął, a jego oddech stał się spokojny.
- Ale za to jakie prawdziwie. – Westchnąłem cicho. – Też Cię kocham. – Zgasiłem lampę i zasnąłem. Czasem nasza inspiracja istnieje przy nas, ale jesteśmy zbyt ślepi, by móc to dostrzec. Dobranoc…

The End


*piosenka B.A.P ~ 1004 Angel

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz