Lonely Hope


Lonely Hope

Nazywam się…nie istotnym jest jak mnie wołają. Nikt jeszcze nie wypowiedział mojego imienia na głos. Można zapomnieć prawda? Czy jestem smutna? Nie wiem, nie czułam żadnego innego uczucia, zwłaszcza radości. Można powiedzieć, że nie. Nie jestem smutna. Po prostu tak żyję i tak odczuwam. Nie jestem również samotna. Towarzyszy mi wszystko co mnie otacza. Wiatr jest bliski memu sercu, a liście szepczą wokoło jakby chciały się ze mną porozumieć. Co dzień witam się i żegnam ze słońcem, wpatrując się w nie z podziwem. Coś tak odległego musi przecież w końcu czuć się samotnie. Rozumiem taką sytuację. Nie mogę powiedzieć, że znalazłam się w takiej samej. Mnie towarzyszą jedynie cudowne historie, powstałe w wyniku ciągłego czytania pięknych i mądrych książek. Słownictwo dzięki nim również mam bogate, ale po co mi one skoro ust do nikogo nie można otworzyć? Słońcu zaś bezustannie towarzyszą inne gwiazdy, które szepczą miłe i ciepłe słowa, zachęcając je do dalszej, wyczerpującej pracy dla ludzi. Myślę, że to co robi dla naszej planety je uszczęśliwia.
Dziś moje urodziny. Minęło siedemnaście lat odkąd zamieszkałam w tym domu. Od jedenastu zaś, nie rozmawiałam z żadnym człowiekiem. Nikt się mną również nie opiekował. Nie chodziłam na miasto czy do parku. Nie spotykałam się z ludźmi, ba nawet nie chodziłam do szkoły. Uczyłam się sama, od zawsze. Jak to jest być samemu? Nie wiem. Ja nie jestem sama. Cały świat żyje koło mnie i życie toczy się obok. Nie uczestniczę w nim co nie znaczy, że jestem sama. Mogę się czuć samotnie, lecz zawsze będzie ktoś kto o mnie pomyśli. A przynajmniej święcie w to wierzyłam. Czy wiecie jak to jest gdy nikt nie zwraca na was uwagi? Gdy jedyną możliwością jest zostać zauważonym przez bezdenne robienie z siebie pośmiewiska i ofiary? Do piątego roku życia gdy zajmowała się mną, jeszcze moja świętej pamięci babcia, chodziłam na plac zabaw i próbowałam nawiązać kontakt z innymi. Z każdym dniem wierzyłam coraz mocniej, że znajdę kogoś kto wreszcie będzie chciał się ze mną pobawić. I z każdym dniem przychodziło coraz to większe rozczarowanie. Babcia mawiała „Wartościowe osoby takie jak ty, nigdy nie znajdą akceptacji u osób, które ograniczone zostały przez własne słabości i niewiedzę.” Wtedy nie wiedziałam jeszcze co to znaczy. Dziś już rozumiem. Dlatego od tamtej pory, od śmierci mojej Babci nie rozmawiałam już nikim. Ponieważ nigdy nie znalazłam osoby, która potrafiła by mnie zaakceptować.
Od maleńkości wszystkie dzieci uciekały przede mną  jakbym była trędowata. Nie chciały się bawić i wytykały mnie palcem. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego. Wielokrotnie przez to płakałam. Matki uciekały ode mnie, tak samo jak to robiły ich dzieci. Pamiętam, że raz w życiu spotkałam osobę skłonną rozmawiać ze mną.
W wieku sześciu lat siedziałam na ławce, na której zwykłam przesiadywać w raz z moją babcią. Poprzedniego dnia odbył się jej pogrzeb, a moje serce zostało zakopane wraz z trumną. Już wtedy niczego nie czułam. Jedynie obojętność. Nie byłam nawet wściekła, a jedynie bezsilna wobec tego co mnie otaczało.
Siedziałam ze spuszczoną głową wpatrzona w moje buty. Odliczałam powoli godziny, które ciągnęły się bezustannie. Od czasu pogrzebu, po którym długo płakałam nad grobem mojej babki, siedziałam cały dzień na ławce. Tej pamiętnej, drewnianej ławce. Nie chciałam wracać do domu, który nie był już tak właściwie moim domem. Mówią, że dom jest tam gdzie rodzina twoja. Czyli ja go nie miałam. Będąc sześciolatką nawet ja to zrozumiałam.
Podszedł do mnie wtedy chłopczyk o kruczoczarnych włosach i siadł się koło mnie. Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Popatrzyłam na niego zdumiona. Wyszeptałam powoli i cicho:
-      Czemu nie uciekasz? Czemu tak jak wszyscy nie wytkniesz mnie palcem i pójdziesz sobie nie odzywając się nawet słowem? – To było coś niesamowitego. Pierwszy raz ktoś spojrzał na mnie bez niechęci w oczach.
-      Czemu? – Chłopak wydawał się być zaskoczony.
-      To ja się pytam.
-      Czuję, że jesteś dobrą osobą. – Ze zdumieniem słuchałam tego co mówił. Byłam malutka, a on był może jedynie dwa lata straszy. Moje oczy, które tak skrzętnie ukrywały uczucia wreszcie się poddały. Uroniłam jedną łzę, a potem drugą. I tak dalej, aż w końcu płakałam rzewnymi łzami. – Nie płacz.
-      Dziękuje.
-      Za co?
-      Za to, że nie patrzysz na mnie tak jak inni. – Znów zwiesiłam głowę.
-      Z pogardą? – Dokładnie. Przytaknęłam z wolna głową. – Muszę iść. Spotkajmy się jutro o tej samej porze, dobrze?
-      Zgoda. – W duchu nie wierzyłam jednak, że przyjdzie.
Jednak ku swojemu zdumieniu przyszedł. I przychodził codziennie. Niewiele rozmawialiśmy. Siedzieliśmy tylko koło Siebie i co jakiś czas wymienialiśmy spojrzenia. To wystarczało bym nareszcie czuła, że jestem przez kogoś akceptowana.
Pewnego dnia jednak nie przyszedł. Czekałam na niego trzy godziny aż wreszcie się poddałam. Z wolna podążałam za zachodzącym słońcem do mojego małego królestwa. Wiedziałam wtedy, że tak to się skończy. Znów zostałam sama. Potem jeszcze przez długi czas przychodziłam na miejsce spotkania, by zastać jedynie pustą ławkę pełną szarych wspomnień.
Od tamtej pory żyłam skromnie, kupując tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Od tamtego czasu już nigdy nie wypowiedziałam ani jednego słowa do człowieka. Nie zastanawiałam się nawet nad faktem, że mając prawie siedem lat nie zainteresowała się mną opieka społeczna. To wyglądało tak jakby nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wtedy czułam się odrzucona, jednak dziś cenię sobie samotność, z którą zaprzyjaźniłam się przez te jedenaście lat.
Nie uczęszczałam do żadnej szkoły, a jedynie uczyłam się sama. Elementarze, książki, przybory do pisania. To wszystko kupiłam za pieniądze, które zostawiła mi babcia. Nie byłam biedna. Miałam dość pieniędzy by wszystko kupić, zważywszy na to, że żyłam bardzo skromnie. Nauczyłam się samowystarczalności i samodzielności.

-      Ach wietrze co mi dziś powiesz? – Uniosłam się na łokciach i spojrzałam w przepięknie błękitne niebo. Wiatr rozwiał moje włosy, a ja się zaśmiałam. Uwielbiałam ‘’rozmawiać” z wiatrem. Był najlepszym towarzyszem to rozmów. Nie krytykował, nie gardził, a jedynie hulał swobodnie i wysłuchiwał moich bezustannych przemyśleń.
Miękka trawa muskała moje gołe ramiona. Dookoła ptaki lecąc, świergotały radośnie zwiastując nadejście wiosny. Szary dwór wybudowany w Wiktoriańskim stylu budził mieszane uczucia. Z jeden strony tu się wychowałam. A z drugiej to tu żyłam sama przez te jedenaście lat. Przyjrzałam się uważniej budynkowi. Szara cegła obrośnięta gdzie nie gdzie bluszczem, wielkie okna z omszałymi szybami, monumentalne drzwi zdobiące wejście do niego, to wszystko przypominało o czasie, który bezustannie płynął. Kochałam to miejsce, choć nie budziło ono żadnych przyjemnych wspomnień. Nigdy tak naprawdę nie odczułam szczęścia.
Znów odwróciłam się w stronę słońca. Zachodziło delikatnie za horyzont, oświetlając ostatnimi promykami, miękko płynące po niebie chmury. Pierzaste, białe, wielkie kłęby wyglądających jak wełna, chmur, sunęło po niebie jak stado owieczek na pastwisku. Drzewa oświetlone ostatnim tchnieniem słońca, łapały łapczywie jego wątłe promyki i wchłaniały, napawając się ciepłem. Młode liście kołysały się w takt ‘’śpiewającego” wiatru. Melodia, którą wygrywał brzmiała zupełnie jak tak, którą umiałam grać na fortepianie. Rozejrzałam się po ogrodzie, którego normalnie tętniące życiem zakamarki, zamarły teraz w oczekiwaniu na powrót dnia. Wstałam powoli i otrzepałam ubrania z ziemi. Co musiałabym zrobić żeby żyć normalnie? Moje nogi same wyczuły rytm. Stąpałam teraz cicho w głąb lasu. Czułam na sobie przerażone tchnienia dzikich zwierząt, uciekających przede mną w popłochu. Nawet one. Nawet one nie chciały mieć ze mną do czynienia. Poddałam się. Uklękłam na kamieniu i schowałam twarz w dłoniach. Moje serce cicho biło w wątłej piersi. Otaczające mnie drzewa zamarły, tak jakby wyczuły moją obecność. Wiatr ustał. Wstałam i przyjrzałam się światu. Zaczęło się robić ciemno, a las gęstniał z minuty na minutę. Radośnie pobłyskujące w światle słońca drzewa, zastygły teraz i posmutniały. Tak jakby noc oznaczała nadejście czegoś smutnego i przerażającego. Przygnębiający mrok powoli wpełzał do lasu, tworząc coś na kształt mrocznej wizji otaczającego mnie świata. Mrocznej? Czy mroczniejszej? Moje wizja nie była aż tak ‘’różowa” jak innych.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam ku budynkowi, w którym zwykłam spać. Nie mogłam go przecież nazwać domem.
Gdy dotarłam wreszcie do pokoju, usiadłam przy fortepianie. Nie pamiętam kiedy ostatnio grałam. Moje palce same muskały klawisze, zupełnie jakby chciały mi pokazać co gra w mojej duszy. I rzeczywiście. Wszystkie moje uczucia wylewały się ze mnie dzięki piosenkom, które komponowałam sama. Wokół fortepianu powstały skrzętnie złożone stosiki papieru nutowego, pokryte w całości utworami mojego autorstwa. Na lewo od instrumentu stało podwójne łóżko zaścielone perfekcyjnie. Stara, Wiktoriańska komoda znajdowała się naprzeciw szafy, która zdobiła wnękę w szarej ścianie. Grałam na nim aż poczułam, że moje oczy same się zamykają.
Rozpadało się. Szare krople deszczu bębniły o szybę wygrywając kolejną melodię, którą osoba wyczulona może jedynie wychwycić. Przyzwyczajona do ciszy podeszłam bliżej okna i usiadłam na parapecie. Wziąwszy koc, otuliłam się nim szczelnie i zamknęłam oczy.
-      Dobranoc wietrze. – Oparłam się czołem o lodowatą szybę i poczułam, że zapadam w sen. Nie było mi potrzebne łóżko. Równie dobrze mogłam w ogóle nie spać. Ale skoro mieszkałam sama, przynajmniej powinnam umieć o siebie zadbać. Chciałam wstać zaraz i przenieść się na łóżko, ale nie zdążyłam. Kojący wiatr, miał bowiem inne plany. Morfeusz wziął mnie w objęcia i w jednej chwili oddałam się mu bez wahania.

Następnego dnia zorientowałam się, że jestem chora. Musiałam wyjść do miasta. Ubrałam się więc i ruszyłam do najbliższej apteki. Po drodze mijałam ludzi, którzy jak zwykle trzymali mnie na dystans. Odetchnęłam z ulgą i jednocześnie zakuło mnie serce. Nadal nikt mnie nie akceptuje. Dlaczego?
Weszłam powoli do apteki. Kasjerka celowo mnie zignorowała. A jakżeby inaczej. Uderzył mnie zapach ziół i lekarstw. Podeszłam to jednej z półek sklepowych i wzięłam wszystko to, co było mi potrzebne. Przez te jedenaście lat, które spędziłam sama w domu, nauczyłam się na pamięć książki homeopatycznej, a także sztuki chirurgii i innych przydatnych, tego typu rzeczy. Moja biblioteka uginała się pod naporem książek. Od zwykłych piśmideł kucharskich, zapisów nutowych, powieści, tomików literackich po książki językowe, podręczniki szkolne i wreszcie książki pozwalające mi rozwijać umiejętności (lekarskie, konstruktorskie, robótki ręczne, itp.).
Zapłaciłam i szybko wyszłam ze sklepu. Odbyło się tak jak zawsze. Bez słów. Dziewczyna za ladą udawała, że mnie nie widzi. A ja nadal nie wiem dlaczego. Czyżbym dla mieszkańców tego miasta, przestała istnieć? Kto mi odpowie na to pytanie?
Miałam dość, więc zamiast iść prosto do posiadłości skierowałam się w stronę parku. Gdy weszłam przez wielką, stalową bramę odetchnęłam świeżym powietrzem. Dokoła rozciągały się kolumnady drzew, galerie klombów, połacie kolorowych kwiatów. Poczułam się niesamowicie swojsko. Skierowałam się w stronę fontanny i usiadłam na jej marmurowym brzegu. Nie wiedziałam do końca czy tak można, ale skoro nikt nie zwracał na mnie uwagi to kto się będzie przejmował takim wybrykiem. Odłożyłam torbę na bok i musnęłam ręką taflę wody. Okazała się być całkiem ciepła i przyjemna. Dzięki słońcu, które wznosiło się wysoko, oświetlona promykami woda, mieniła się tęczowo. Nagle spostrzegłam coś co wywołało u mnie nie małe zaskoczenie. W fontannie pływały karmazynowe ryby. To od nich odbijało się światło i zostawiało tęczowe refleksy. Zauroczona tym widokiem próbowałam dotknąć chociażby jedną z nich. Lecz one rozpierzchły się szybko na wszystkie strony jak tylko zanurzyłam głębiej rękę. Ryby też…wszystkie stworzenia…Tylko wiatr nie ucieka. To miłe wiedzieć, że ktoś jest zawsze przy mnie. Nagle obróciłam głowę i dostrzegłam chłopaka o kruczoczarnych włosach. Wołał mnie. Chyba mnie, ponieważ nie robił tego po imieniu.
-      Hej ty na fontannie! Nie widzisz, że jest zakaz zbliżania się do fontanny? – Chłopak chyba mówił do mnie, ale zapewne mi się wydawało. Odwróciłam się z powrotem do wody. W końcu nie było powodu, dla którego ktoś miałby się do mnie odezwać. – Koleżanko głucha jesteś? – Teraz wstałam i wzięłam swoją torbę.
-      Mówisz do mnie? – Wydobyłam z Siebie głos. Pierwszy raz od tamtego spotkania powiedziałam coś do drugiego człowieka.
-      A do kogo? Nie widzisz zakazu? – Był zły. Widocznie tu pracował. Czemu mnie zauważył? Czemu patrzył na mnie? Mówił do mnie? Do mnie?!
-      Nikt mnie nie zauważa. Nie powinieneś uciekać ode mnie tak jak wszyscy? – nagle znieruchomiał.
-      To ty… - Szepnął pod nosem. – Czemu? – Powiedział teraz nieco głośniej.
-      To ja się pytam czemu… - Osłupiałam. Niemożliwe. To nieprawdopodobne. To on? Ten chłopiec o kruczoczarnych włosach i oczach?
-      Znalazłem Cię. Uwierzysz? Po tylu latach.
-      Zniknąłeś. Zostałam sama. – Wzięłam torbę i skierowałam się w stronę bramy wejściowej do parku. Minąwszy go stanęłam.
-      Ja nie miałem wyboru, ale przecież nie zostałaś sama. A twoi rodzice i babcia? – Z zaskoczeniem patrzył na mnie.
-      Nie żyją. Ludzie wokół również dla mnie nie żyją. A raczej to ja dla nich nie żyje. Jesteś pierwszą osobą, która odezwała się do mnie od tamtego czasu. Od tej pamiętnej chwili gdy zostawiłeś mnie ostatni raz na ławce, dając nadzieję, że wrócisz. – Odwróciłam się w jego stronę. – Czy wiesz, że byłeś jedyną osobą, która nie odnosiła się do mnie wrogo?! Czy wiesz, że zostawiłeś mnie tam samą, bez żadnego wyjaśnienia?! Czy wiesz jak się czułam?!...Nie wiesz, prawda?! – Teraz już krzyczałam. Z oczu lały mi się łzy, których nie byłam w stanie przełknąć.
-      Poczekaj, ja nie wiedziałem… - Podszedł do mnie.
-      Oczywiście, że nie! Nikt nie wie. Przecież ja nie istnieję!! – Próbował mnie złapać za ramię. – Nie dotykaj mnie! Nigdy więcej nie próbuj nawet! – Nie patrząc się za siebie wybiegłam przez bramę i co sił w nogach ruszyłam ku mojej posiadłości. Nie zwracałam uwagi na nic dookoła. Po prostu biegłam przed siebie zalana łzami. Co rusz się potykałam. Jednak nikt nadal nie zwracał na mnie uwagi. Bo po co?! W końcu jestem żałosnym dzieckiem. Tyle razy to słyszałam, że się w końcu przyzwyczaiłam.
Cała zapłakana wpadłam do domu tak szybko, że aż wpadłam na kartonowe pudełko stojące na środku. Czy ja naprawdę użyłam słowa ‘’dom”? Co jest ze mną nie tak? Nagle ktoś się do mnie odezwał i ma mi się zwalić na głowę cały świat? Weź się w garść. Podniosłam się z podłogi i usiadłam na sofie w salonie. Wydawał się on być taki cichy i pusty. Zupełnie jakbym mieszkała w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Słyszałam tylko swój przyspieszony oddech.
Udałam się do pokoju i rzuciłam na łóżko. Muszę go unikać, nie chcę mieć z nim kontaktu. Ale to w końcu jedyna osoba, która się do Ciebie odzywa. Przeturlałam się na drugi bok i dostrzegłam lustro. Może to wina mojego wyglądu? Inni tak nie wyglądają, ale żeby od razu mnie nienawidzić? Miałam długie, białoszare włosy sięgające za biodra. Splecione były teraz w dwa warkocze i związane śnieżnobiałymi kokardami. Oczy miałam ogromne okalane długimi rzęsami. Kolor tęczówek był tak jasno niebieski, że wyglądał z daleka jakby ich wcale nie było, jakby były zupełnie białe. Cerę miałam prawie tak białą, jak śnieg. A usta naturalnie delikatnie zaróżowione. Babcia uważała, że nie dość, że jestem niesamowitą osobą to jeszcze jestem piękna. Nigdy się za piękną nie uważałam więc nie mogłam dokładnie stwierdzić czy miała rację. Z resztą czy to w ogóle miało jakikolwiek sens? Co mnie obchodzi jak wyglądam skoro nikt nie zwraca na mnie szczególnej uwagi. Znaczy nikt nie zwracał aż do tej pory. Co robić? Nikt się do mnie nie odzywał przez te wszystkie lata. Aż tu nagle chłopak, z którym miałam okazję się spotkać jedenaście lat temu, przemówił do mnie raz jeszcze. Znów bez strachu czy obrzydzenia.
Ach Ci ludzie. Gdybym tylko mogła z chęcią bym za kimś zatęskniła, ale nie mogę. Nie pamiętam moich rodziców. Nigdy nie widziałam z nimi zdjęć czy pamiątek rodzinnych. Nie wiem nawet jak to się stało, że zostałam sama z babcią, że wszyscy dokoła mnie unikali, nawet opieka społeczna. Czuję się samotna. Wreszcie to powiedziałam…
-      Tak wietrze, jestem samotna. Słyszysz?! Wreszcie się przyznałam…- Otarłam łzy.
Leżałam na łóżku parę godzin aż zrobiło się ciemno. Potem szybko coś zjadłam i usiadłam do fortepianu. Nie miałam ochoty grać. Jednak mimo oporu musnęłam rękami klawisze. Nawet się nie kontrolując zagrałam prawie wszystkie melodie jakie miałam w swojej pamięci. Gdy oderwałam wreszcie ręce od klawiszy, zorientowałam się, że jest tak wcześnie rano. Słońce wschodziło delikatnie nad horyzont. Ja czułam, że w takiej sytuacji nawet słońce nie będzie w stanie ogrzać mojego skostniałego serca…
            Obudziłam się. Musiałam zasnąć na fortepianie. I rzeczywiście, spojrzałam do lustra i ujrzałam na mojej twarzy odciśnięte klawisze. Ach, a co mi tam…Z resztą czym ja się przejmuje. Zeszłam z taboretu i podążyłam schodami do wielkiej kuchni. Pozapalałam wszędzie światła i stanęłam sama, po środku opustoszałej jadalni. Wiatr ustał i wszystko wokoło ucichło. Stałam bez żadnego szmeru w kuchni. Ta cisza była tak niesamowicie ogłuszająca, że aż upadłam na kolana i zwinęłam się w kłębek. Miałam dość. Oplotłam rękoma kolana i przycisnęłam je sobie do klatki piersiowej. Leżałam tak skulona, zapłakana, sama i samotna. Pierwszy raz tak naprawdę płakałam. Mocno i rzewnie, za wszystkie czasy. Za każdą krzywdę jaką mi wyrządzono. Za każde zło. Za wszystko i za nic. Bo tak naprawdę ja niczego nie doświadczyłam. I tu leżał problem. Wieczne dostrzeganie w ludzkich oczach jedynie pogardy. Ich oczy mówiły, że dla nich nie istnieje. Że nie akceptują mojego życia, tu, na Ziemi. Jak miałam żyć z przeświadczeniem, że nie ma osoby, która mnie zaakceptuje?! Wstrząsał mną spazmatyczny szloch, coraz to głośniejszy i głośniejszy. Wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy jednak krzyczałam ile sił w płucach. Czy życie tutaj ma jakikolwiek sens?! Wstał i ledwo doszłam do pokoju położonego na trzecim piętrze. Z niego wspięłam się na schody prowadzące na strych. Minąwszy po drodze wszystkie moje rzeczy pomyślałam, ze będzie mi ich szkoda, jednak uznałam, że mam dość. Że nie warto zostawać dla czegoś co nie odda Ci twoich uczuć. Otworzyłam na oścież dachowe drzwi, prowadzące na rozległy taras, wychodzący na dziedziniec mojej rezydencji. Wyszłam śmiało na balkon i uniosłam głowę. Zamknęłam oczy i po raz ostatni rozkoszowałam się deszczem. Kocham wodę. Otworzyłam oczy. Gdzieś przede mną uderzył piorun. To już czas. Ruszyłam przed siebie i mocno kopnęłam w, już ułamaną barierkę. Oderwała się i upadła na dół rozbryzgując wodę z kałuż na podjeździe. Podeszłam do samej krawędzi i znów zamknęłam oczy. Wstrzymałam oddech. Na trzy. Jeśli skoczę na pewno zginę. I tym osiągnę mój cel. Spełnię nareszcie oczekiwania wszystkich tych, którzy uważali, że nie żyję. Nareszcie ziszczą się ich marzenia!
-      Słyszycie?! Do was mówię! Do wszystkich tych, którzy chcieli żebym umarła! To jest moja odpowiedź na wasze żądania! RAZ! – Krzyczałam ile sił w płucach, próbując przekrzyczeć burzę. – Jesteście szczęśliwi?!! DWA! Żegnaj wietrze! Żegnaj mój ukochany domie! Fortepianie! Żegnajcie! TRZY! – Moja noga ruszyła do przodu, a potem wskoczyłam w ciemność. Ostatnim tchem w locie wyszeptałam: - Witaj Babciu…

Umarłam? To otaczające mnie zewsząd ciepło…miękkość i dotyk? Skóra? Gdzie jestem? Przecież spadałam! Co się stało? Chciałam umrzeć. Jeśli się wykrwawiam przyniesie mi to tylko ból, a jego już więcej nie zniosę. Ale zaraz. Nie ma bólu.
Otworzyłam oczy i stało się dla mnie jasne, że jednak żyję. Gdzie jestem? Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam po pokoju, w którym się znalazłam. Ciepłe wnętrze wykończone w beżu i bieli, meble jasne z delikatnego drewna. Miękka, satynowa pościel otulała mnie i otumaniała świeżym zapachem…lawendy? Na sobie miałam wszystko to co założyłam wcześniej, jedynie pozbawiona zostałam kurtki i butów. Na raz usłyszałam głos i kroki. Ktoś się zbliżał. Gdzie jestem i jak się tu znalazłam?
-      Obudziłaś się. – Podniosłam wzrok i napotkałam tak dobrze znane mi kruczoczarne oczy. – Nazywam się Raven i to jest mój dom. Uprzedzając twoje pytanie: szukałem Cię aż wreszcie ktoś doniósł mi o opuszczonej willi w środku miasta. Pomyślałem, że to właśnie tu zapewne Cię spotkam. Gdy przybiegłem na miejsce zobaczyłem jak stoisz na tarasie z zamiarem skoczenia w dół, więc bez namysłu rzuciłem się by Cię powtrzymać. Zdążyłem na szczęście złapać twoje wątłe ciało nim spotkał by je przykry upadek. Myślałem, że nie żyjesz. Serce mi stanęło. Ale przez całą drogę do mojego domu czułem bicie twojego serca. Wątłe i ciche uderzenia, strudzonego serca doprowadziły Ciebie tutaj. Do mojego domu. Skoro byłaś sama całe życie wszystko się od teraz zmieni. Rozumiesz? – Raven spojrzał na mnie zawadiackim uśmiechem. Skuliłam się. Nie wiedziałam co zrobić i co powiedzieć…Zamarłam. – Mogę się przysiąść? – Gestem ręki wskazał łóżko, na którym siedziałam. Kiwnęłam powoli głową. Usiadł delikatnie na skraju łóżka i się mi przyjrzał. – Mogę Ci coś opowiedzieć?
-      Co takiego? – Wyszeptałam ledwo słyszalnie.
-      Opowiem Ci pewną historię. – Teraz położył się na łóżku i złożył ręce za głową. Odsunęłam się instynktownie. Jak małe spłoszone zwierzę chciałam uciekać lecz byłam ciekawa opowieści. Zamknął oczy i kontynuował. – Otóż w mieście takim ja to, żyła sobie pewna rodzina. Kobieta z mężczyzną mieszkali w małej willi położonej w środku miasta. Bardzo się kochali. Razem z nimi mieszkała również matka kobiety, którą zwykli się opiekować. – Wziął głęboki oddech i mówił dalej. – Kobieta ta spodziewała się dziecka. Małej i ślicznej dziewczynki. Rodzina była znana i szanowana w mieście. Wszyscy kochali i szanowali tych dwóch ludzi. Dysponowali oni dość dużym majątkiem, ale nie wykorzystywali go do swoich celów. Wręcz przeciwnie. Żyli skromnie pomagając ludziom, wspierając domy pomocy społecznej, sierocińce, szpitale i wszystkie instytucje charytatywne w. Dzięki nim miasto tętniło życiem i nie cierpiało biedy. Jednak zdarzyła się okropna rzecz. Kobieta umarła przy porodzie i Mężczyzna został sam z dzieckiem i z Babcią. – Wstrzymałam oddech. Ta historia wydawała się być dziwnie znajoma. Otuliłam się ciaśniej kołdrą i słuchałam dalej. – Dwa dni później znaleziono ciało ojca na dziedzińcu willi. Wszyscy święcie wierzyli, że to wina dziewczynki, że to przez nią jej matka nie żyje, a ojciec popełnił samobójstwo. Jednak prawda była taka, że mężczyzna w dniu swojej śmierci bronił zaciekle domu przed złodziejami, którzy chcieli wykraść pieniądze i drogocenne rzeczy, przeznaczone dla biedniejszych ludzi. Nie zawahaliby się również przed skrzywdzeniem jego jedynej rodziny, czyli córki. Jednak przegrał pojedynek i został zamordowany. Do dziś jedynie policja wie co tak naprawdę zaszło no i ja…W każdym razie dziewczynka w raz z babcią została sama w tym wielkim domu. Wszyscy uciekali od ‘’dziecka szatana” jak to idiotycznie określali. Matki zabraniały dzieciom bawić się z dziewczynką, a same uciekały przed tą idiotyczną plotką. Po pięciu latach Babcia dziewczynki zmarła, a ona została sama, bez opieki. Nikt nie chciał się nie zająć. Obojętny im był jej los. Jakie było ich zdziwienie gdy dziewczynką mając pięć lat sama chodziła do sklepu i kupowała jedzenie. Niesamowita dojrzałość i przeżycia zmusiły ją do radzenia sobie z losem na swój własny sposób…Czy już wiesz czyja jest ta historia, Luno? – Wypowiedział moje imię na głos. Zrobił to. Nie wierzę. To moja historia?! Ja jestem tą dziewczynką, której wszyscy się boją?! – Mówią, że sprowadzasz nieszczęście. Chyba jako jedyny nie jestem przesądny. – Zaśmiał się smutno.
-      Ja byłam tym dzieckiem? – Nagle wszystko zaczynałam rozumieć. Ludzie wokół mnie zwyczajnie się mnie bali. A przecież tak kochali moich rodziców…którzy kochali mnie? – Skąd o tym wiesz?
-      Długo rozmawiałem z twoją babcią, a miałem wtedy prawie osiem lat. Bardzo dużo, więc pamiętam z tamtego okresu. Opowiedziała mi twoją historię. Usłyszawszy ją, pomimo błagań zaprzestania chęci do odezwania się do Ciebie od innych dzieci, podszedłem i się przywitałem. Wkrótce dostrzegłem, że jesteś najbardziej wartościową i najdojrzalszą osobą jaką w życiu poznałem. – Nawet nie wiedziałam kiedy znów zaczęłam płakać. – Moi rodzice musieli wyjechać. I to z dnia na dzień. Nie zdążyłem się nawet pożegnać. Musisz mi wybaczyć. Obiecałem sobie wtedy, że na pewno wrócę kiedyś do Ciebie. Jednak z czasem zapomniałem, zapomniałem o wszystkim. Któregoś dnia znalazłem w moim starym plecaku, który używałem w wieku siedmiu lat, zdjęcie. – Otworzył oczy i sięgnął ręką do stolika nocnego. Złapał coś i podał mi. Wzięłam w swoje ręce najprawdziwsze zdjęcie przedstawiające mnie i rodziców. – To ty i twoi rodzice. To właśnie je znalazłem i stwierdziłem, że muszę tu wrócić. W końcu to w tym mieście się wychowałem. – Podniósł się i staną koło łóżka. Wyciągnął rękę w moją stronę. – Przyda nam się mały spacer. Co powiesz? Słońce pięknie dziś przygrzewa. – Wstałam powoli minąwszy jego rękę. Jednak jak tylko znalazłam się na podłodze mój błędnik oszalał i runęłam w dół. Raven zdążył mnie złapać lecz ja się wyrwałam. – Nie bądź uparta. – Siedziałam teraz na piętach i rękoma poprawiłam włosy, które wpadły mi do oczy. Uniosłam do góry głowę i się poddałam. Złapałam wyciągniętą rękę chłopaka i powoli wstałam. Dzięki jego pomocy utrzymałam równowagę. Ubrałam się i ruszyłam razem z nim do wyjścia. Gdzie promyki grzejącego słońca, powoli wytyczały nam ścieżkę wędrówki.
Szliśmy w milczeniu za ręce. Deszcz po wczorajszej burzy zalegał na ulicach tworząc malowniczy krajobraz czystego i świeżego miasteczka. Drzewa, które odżyły po spotkaniu z wodą, lśniły w słońcu dzięki jej kropelkom, zalegających jeszcze na liściach. Szłam rozbryzgując wodę dokoła mnie, kaloszami. Nie wiedziałam dokąd się zbliżamy, gdy nagle ujrzałam ten stary plac zabaw, na którym nie byłam od przeszło jedenastu lat. Pociągnął mnie w stronę ławki i usiadł zachęcając mnie do pójścia w jego ślady. Tak też zrobiłam.
Siedzieliśmy cicho rozkoszując się słonecznymi promykami, które muskały nasze twarze. Nagle usłyszałam jakieś dwie dziewczyny, które zbliżały się do nas razem z jakimś chłopakiem. Jedna się odezwała:
-      Raven! Wróciłeś! Jak to? Ty tutaj? Wow, ale się zmieniłeś. – Zaśmiała się głośno i serdecznie. Raven wstał i przywitał się z dziewczynami i z chłopakiem. – A to kto? Twoja dziewczyna? – Blondynka spojrzała na mnie z uśmiechem. Widocznie była tu nowa.
-      Ach to jest Luna. Mieszka w tej pięknej willi w środku miasta. – Uśmiechnął się, a blondynka i chłopak zamarli. Tylko ta druga osoba o kasztanowych włosach podeszła i się przywitała.
-      Jestem Riri. Miło mi Cię poznać. – Uśmiechnęła się. To było dla mnie coś nowego. Doskonale znałam tą twarz. Wiedziała kim jestem, a mimo to się przedstawiła?
-      Jestem Luna, mnie również jest miło. – Uśmiechnęłam się serdecznie do dziewczyny. Wyglądała na miłą osobę. Blondynka i chłopak poszli w jej ślady, widocznie ignorując fakt iż ludzie dokoła gapili się na nich, jak na wariatów.
-      Tiffany. A to jest Jeremy. – Blondynka podała mi rękę, którą uścisnęłam.
-      Luna. – Chłopak uśmiechnął się. Wyglądał mi na typ wyluzowanego gitarzysty. Pierwszy raz od tak długiego czasu ktoś inny poza Ravenem się do mnie odezwał. Dziwnie się z tym czułam.
-      To co Kruku? Wyprowadziłeś się od starych? – Jeremy spojrzał na mojego towarzysza.
-      Tak. Mieszkam teraz w moim starym domu. – Raven spojrzał na mnie oczami, które zwykle wyglądały jakby były zimne niczym lód. A teraz jego czarne, przenikliwe oczy wydawały się być ciepłe i głębokie, niczym ocean nagrzany słońcem.
-      Musimy lecieć. To co widzimy się jutro w szkole, Luna? – Riri spojrzała na mnie.
-      Tak, tak. Zobaczymy się, ale dopiero po weekendzie, ok? Musimy załatwić jeszcze parę spraw. – Raven pożegnał się z nimi skinieniem ręki. Odeszli śmiejąc się z jakiegoś głupiego dowcipu Jeremiego, którego nie miałam okazji usłyszeć.
-      Oni…szkoła? Ja nigdy nie byłam w szkole. Znaczy wielokrotnie obserwowałam ją i siadałam czasem pod oknami słuchając wykładów, ale nigdy tak naprawdę nie byłam w szkole.
-      Spokojnie. Znam dyrektora. Jak napiszesz u niego test kwalifikacyjny to na pewno się dostaniesz. W końcu z tego co widziałem to masz cztery razy więcej wiedzy niż ja miałem w twoim wieku. – Zaśmiał się. – Idziemy na huśtawki? – Pociągnął mnie za rękę i pobiegliśmy na drugi koniec placu zabaw. Huśtając się pierwszy raz poczułam, że jestem szczęśliwa. Zaśmiałam się głośno. Serdecznie i szczęśliwie. Poczułam się nareszcie akceptowana. Wiedziałam, że teraz już nikt mi tego nie odbierze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz