MIŁOŚĆ ODESZŁA WRAZ Z ZIMĄ...
Czy to on? Padał śnieg, a ja miałam na głowie
kaptur ograniczający mi widoczność i szalik naciągnięty na pół twarz. Nie byłam
pewna czy to właśnie on stał pod gigantyczną wierzbą zdobiącą wejście do parku.
-
Dante? Czy to ty? – Chłopak
widocznie mnie nie dosłyszał ponieważ nie zareagował w żaden sposób. – Odezwij
się. Dante?! – Krzyknęłam. Odwrócił się, a w jego oczach dostrzegłam płomień.
Ciepły, radosny błysk ognia. Podbiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona.
Przytulił mnie i szepną coś do ucha. Powiedział prawie szeptem:
-
Lena, kocham Cię. – Z oczu
popłynęły mi łzy. Powiedział mi to w momencie gdy ja praktycznie umierałam.
Jaki los bywa okrutny. Lecz zamiast zadawać sobie pytanie dlaczego właśnie mi
się to przydarzyło, ja może nie tyle co byłam wdzięczna, co ucieszyłam się na
myśl, że innej osoby już nie dotknie taka śmierć. Moje życie nie było warte
niczyjej śmierci. Taka byłam. I zawsze inni byli dla mnie priorytetem. Nie byłam
w stanie myśleć o sobie. Dlatego stałam tu teraz nie wierząc własnym uszom. On
pokochał mnie bez względu na to, że moje życie powoli gasło. Czułam, że nie ma
w nim litości, a jedynie rozpacz. Nie mógł się z tym pogodzić.
Może jednak zacznę od początku. Nazywam się
Lenovelle Anette i mam osiemnaście lat. Mieszkam w dość małym mieście, w
jednorodzinnym domku położonym na najwyższym wzgórzu w okolicy. Chodzę do
drugiej klasy liceum, do normalniej, pospolitej szkoły. Nie wyróżniam się
niczym specjalnym. Poza tym, że mam raka. I to nie byle jakiego. Nie ma dla
mnie szans. Nowotwór złośliwy szpiku kostnego. Dawca nie pomoże. Mogłam tylko
czekać. Lecz zamiast rozpaczać i zwijać się z bólu cieszyłam się życiem jak
normalna nastolatka.
Pewnego ranka idąc do szkoły zauważyłam
chłopaka, który podobał mi się od początku liceum. Dante Eloirett. Wysoki,
kasztanowo-włosy chłopak, o karmelowych oczach i łagodnym usposobieniu. To była
miłość od pierwszego wejrzenia. Nie miałam szans, jednak nadal skrycie marzyłam
o tym, że ktoś taki jak on mnie pokocha. Nie kiedyś, nie za chwilę, tylko dziś.
Nie było czasu na marzenia. Więc było to głupie z mojej strony. Jednak jak już
wspominałam, zawsze, ale to zawsze znajduję pozytywne strony w tragicznych
sytuacjach. Taka już jestem.
Zagapiłam się wtedy i uciekłam myślami do
odległych czasów mojego dzieciństwa. Nie podążałam za niczym specjalnym, a
jedynie umilałam sobie dzień wspomnieniami i nadzieją przeszłości. W końcu
przyszłości nie miałam. Uśmiechnęłam się w duchu i podniosłam wzrok. W momencie
gdy to zrobiłam wpadłam na kogoś z hukiem i wszystkie książki, które miałam w
rękach spadły na podłogę. Jakieś dwie dziewczyny spojrzały na mnie z
politowaniem. Jedna stanęła nade mną i przyjrzała się mi.
-
Ej ty brzydactwo. Co się tak
gapisz? Może byś patrzyła jak leziesz? – Wytapetowana blondynka warknęła na
mnie i uśmiechnęła się szyderczo.
-
Przepraszam. Nie zauważyłam Cię. –
I w tym momencie spostrzegłam swój błąd dopiero gdy po korytarzu rozległ się
zduszony śmiech. Nie zauważyłam królowej szkoły? To było jak samobójstwo…
-
Ty pyskata krowo. Ja Ci dam! Nie
zauważyć mnie?! Jak śmiesz? Ty…ty…ty…sieroto głupia, ty! – Cios poniżej pasa. I
co z tego, że byłam adoptowana? Byłam sierotą, ale traktowałam moich
przybranych rodziców jak własnych…Nie miała prawa się do tego mieszać. Wstałam
i popatrzyłam groźnie w jej oczy. Ona cofnęła się lękliwie lecz za chwilę
odzyskała fason i spojrzała na mnie wzrokiem żmij.
-
Masz jeszcze coś do powiedzenia?
Może wymyślisz kolejną durną odzywkę i będziesz czekała aż mnie to urazi? Z
góry uprzedzam, że żartów poniżej poziomu inteligencji przeciętnego buta, do
siebie nie biorę. – Teraz cały korytarz aż trząsł się od śmiechów uczniów. –
Zatem, masz jeszcze coś mądrego do powiedzenia? A nie, poczekaj. Jeszcze Ci się
to nie zdarzyło, więc może już pójdę i nie będę stała jak głupia czekając na
cud. – Złożyłam ręce na piersi i czekałam na odwet. Spodziewałam się prawie
wszystkiego, ale nie tego, że dostanę w twarz falą wrzącej kawy. Upadłam na
kolana i schowałam twarz w zimnych dłoniach. Podniosłam wzrok i spojrzałam na
nią z wściekłością.
-
No i co? Zamknęłam psince tą
głupią jadaczkę? Słyszałam, że maseczka z kawy bardzo dobrze robi na brzydką
cerę. No i patrz. Zaraz się o tym przekonamy. – Zaśmiała się szyderco.
-
Ej Lola może nie powinnaś
przesadzać…- Jedna z ‘’pustych’’ kompanek królowej wtrąciła nieśmiało. Tylko
ona miała choć krztynę rozumu.
-
Zamknij się Eris! Pytał Cię ktoś o
to? A ty kreaturo przeproś mnie za nim naślę na ciebie drużynę piłkarską! –
Wow. Groziła mi. Bardzo nisko upadła. Nawet jak na nią. I w tym momencie zabrała
głos osoba, której nigdy bym nie podejrzewała o to. I powiedziała słowo w słowo
to co ja chciałam…
-
Grozisz jej? Bardzo nisko
upadłaś…Nawet jak na Ciebie. – Zaśmiał się z zażenowaniem. Przede mną w stał
nie kto inny, jak Dante Eloirett. Uśmiechał się do mnie i podał rękę. Nie
wiedziałam co mam zrobić zatem tylko ją złapałam, a on podniósł mnie z ziemi. –
Lola, Eris, Cloude, dajcie jej już łaskawe spokój. Poza wszystkim, jeśli
jeszcze raz zobaczę, że znęcasz się nad kimś, to sam naślę na Ciebie drużynę piłkarską,
Lola. – Dante spojrzał na mnie pocieszającym wzrokiem.
-
Nie wtrącaj się, Dante. Nie twój
interes. Twoja laska? Nie? To siedź cicho, bo męczą mnie tacy ludzie jak ty.
-
Nie moja mówisz? Nie jest moją
własnością, ale nie jest mi obojętna, więc radzę żebyś sobie darowała tę gadkę
szmatkę, podwinęła ogon i zwiała do Red’a. On Cię na pewno wysłucha. – Zdusił
śmiech. Zaraz. Czy on powiedział, że nie jestem mu obojętna? Czyżby on…Nie
zaraz. Pewne powiedział tak tylko dlatego żeby pozbyć się Loli…
-
A żebyś wiedział. To, że jesteś
liderem drużyny sportowej jeszcze nie czyni z Ciebie gwiazdora. – Lola
spojrzała na mnie ze złością.
-
A to, że jesteś wytapetowana i
pusta nie czyni z Ciebie królowej szkoły. Ja rozumiem, że to reguła, ale zasady
są po to by je łamać, a tobie zdecydowanie są potrzebne waciki do demakijażu. –
Uśmiechnęłam się szyderczo. Nie bałam się zabrać głosu. Nie w tej chwili. Nie w
momencie kiedy miałam za sobą miłość mojego życia. Dante zatrząsnął się ze
śmiechu. Nawet Eris i Cloude zaśmiały się pod nosem. Ups. Chyba nieco
zrujnowałam autorytet ‘’mistrzyni’’ Loli. Zaśmiałam się cicho.
-
Trafne spostrzeżenie, Lenovelle. –
Dante odezwał się do mnie. Znał moje imię. Byłam w siódmym niebie. Lola gdyby
mogła to chyba zasztyletowałaby całe otoczenie oczami. Machnęła ręką na swoje
pomagierki i ruszyła wzdłuż korytarza do klas. W tej samej sekundzie zadzwonił
dzwonek. Ruszyłam po książki lecz poślizgnęłam się na rozlanej kawie i o mały
włos nie upadłam. W ostatniej chwili Dante złapał mnie i podciągnął za talię do
góry. – Nic Ci nie jest?
-
Nie…dziękuje. – Uśmiechnęłam się
do niego.
-
Jesteś cała w kawie. Przepraszam,
że nie zareagowałem wcześniej. Nie zdążyłem przejść przez tłum gapiów, na czas.
Wybacz.
-
Nie, to moja wina. Niepotrzebnie
ją sprowokowałam. – Złapałam moje książki i wpakowałam niezręcznie do torby.
Wszystko było w kawie. Łącznie z moją nową komórką. Nie nadawała się już do
użytku. U mnie w domu się nie przelewało, a ja dostałam ją na urodziny. Był to
jeden z lepszych modeli i droższych. Drugiego telefonu długo bym nie dostała.
Westchnęłam ciężko i ze smutkiem wrzuciłam biedną komórkę do torebki.
-
Ohh nowa komórka? – Dante spojrzał
na mnie z przeprosinami w oczach.
-
A…no tak. No trudno. Minie trochę
czasu za nim dostanę nową, ale co tam. Ważne, że przynajmniej przez chwilę ją
miałam prawda? – Uśmiechnęłam się sztucznie. W środku skrywałam ten odruch,
którego już dawno nie miałam. Chciało mi się płakać.
-
Nie mów tak. Coś poradzimy. W
końcu po jutrze jest Boże Narodzenie. Może Mikołaj Ci coś przywiezie? – Zaśmiał
się życzliwie.
-
Na pewno. – Teraz ja się zaśmiałam.
Dante rzucił się mi na pomoc i zgarnął całą resztę książek do mojej torby.
-
Odwieść Cię do domu? W takim
stanie na pewno nie będziesz siedziała na lekcjach, a i tak już mamy
dwudziestominutowe spóźnienie. To podchodzi pod nieobecność.
-
Nie chcę wracać do domu. Odkąd
rodzice pracują siedzę sama w tym wielkim domu. Otoczona lasem na gigantycznym
wzgórzu. Czuję się tam nieco nieswojo. – Po co ja mu to opowiadam? Jezu co ja
robię. Rozczulam się nad sobą i w ogóle. – Znaczy, no wiesz, jeśli mógłbyś to
ja bardzo chętnie…
-
Ach no to co powiesz na wycieczkę
do mnie? Rodziców też teraz nie ma w domu bo wyjechali na tydzień do Japonii na
jakieś targi. Sama rozumiesz. – Pojechać do Dantego do domu? Czyżby spełniły
się wszystkie moje marzenia?! To było aż tak nierealne, że w to uwierzyłam.
-
Rozumiem, rozumiem. Moi też są
właśnie w podróży służbowej. – Uśmiechnęłam się do niego ciepło.
-
No to chodźmy. – Złapał moją torbę
i ruszył przed siebie. A ja patrzyłam za nim w osłupieniu. To chyba jeden z
najlepszych dni mojego życia.
Byłam cała w kawie, więc szkoda mi było
brudzić Dantemu tapicerki. Jednak on mnie wyśmiał i kazał mi przestać
wydziwiać. Jechaliśmy całą drogę w milczeniu, ale nie krępującym. To była miła
i przyjemna dla ucha, cisza. Podjechaliśmy pod gigantyczną bramę, którą Dante otworzył
pilotem. Wjechaliśmy na rozległe podwórze, a moim oczom ukazał się kolosalny
dwór. Wiktoriański styl można było dostrzec zarówno w wykonaniu całego budynku
jak i zdobnictwie ogrodu. Przepiękna, monumentalna budowla stała po środku
małego miasteczka jak pałac w Wersalu. Takie wrażenie robił właśnie dwór
Eloirett.
-
Dante? Skąd znasz moje imię? Nigdy
tak na dobrą sprawę się tobie nie przedstawiałam. – Zapytałam z wahaniem kiedy
już chciał wysiąść z samochodu. Spojrzał na mnie z ciepłym uśmiechem i zdjął
rękę z klamki.
-
Achh wybacz. Wiem o tobie więcej
niż myślisz. – Zaśmiał się tajemniczo i otworzył drzwi jednym płynnym ruchem.
-
Ale jak to? Ja myślałam, że… -
Drzwi po mojej stronie otworzyły się od zewnątrz i Dante zaprosił mnie gestem
ręki na dwór. Przybliżył swoją twarz do mojej i musnął wargami moje ucho.
Szepnął tylko:
-
Jesteś pewna? – Jakbym mogła to
chyba bym zamruczała. Zmroziło mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć i co
zrobić. Dlatego dałam się wyciągnąć z samochodu i podążyłam za Dantym do jego
przecudownego królestwa.
Chwile później siedzieliśmy w salonie i
piliśmy herbatę. Wpatrywałam się cały czas, uporczywie w porcelanową filiżankę,
którą trzymałam na kolanach.
-
Zamierzasz wróżyć z fusów? Mogę Ci
przynieść sypanej herbaty, jeśli chcesz. – Podniosłam wzrok i napotkałam jego
roześmiane oczy.
-
Nie-niee…dzięki. – Zaśmiałam się
nerwowo.
-
Wszystko w porządku? – Dante wstał
z fotela i przysiadł się do mnie. Nagle trzyosobowa kanapa wydawała się być za
mała więc przesunęłam się w najodleglejszy jej kąt. By być jak najdalej
chłopaka, przez którego moje serce chciało się wyrwać z piersi.
-
Tak. Oczywiście. Co ma być nie
tak? – Co ja robię? Spociły mi się ręce i na pewno zrobiłam się czerwona jak
burak.
-
Lenovelle? – Powiedział to tak
miękkim i aksamitnym głosem, że aż mi się gorąco zrobiło. Przysunął się do mnie
i spojrzał mi głęboko w oczy. A ja jak idiotka zamiast skorzystać z okazji
wstałam jak poparzona z kanapy i rzuciłam się na fotel naprzeciwko.
-
Nie-nie-nie dotykaj mnie! Proszę.
– Miał tak zaskoczoną minę, że aż mi się przykro zrobiło.
-
Lenovelle, coś się stało? Zrobiłem
coś nie tak? – Zapytał z wahaniem. Opadłam ciężko na fotel i westchnęłam.
-
Nie. To moja wina. Wszystko robisz
właśnie tak, jak bym chciała…ale nie mogę się skupić. Rozpraszasz mnie i nie
wiem już sama co chciałam powiedzieć w danej chwili. Jezu przez Ciebie wygaduje
tez takie głupoty jak teraz. Widzisz jak na mnie działasz? – Schowałam twarz w
dłoniach i stłumiłam płacz. Byłam tak zestresowana i wkurzona na Siebie. Co on
sobie o mnie pomyśli, co? Jestem żałosna…
-
Hej, spokojnie. Już, już. Myślisz,
że ja się nie denerwuje? – Dante podszedł do mnie i podał mi rękę. Pochwyciłam
ją i dałam się podnieść. Pociągnął mnie w stronę okna. – Od dawna wiem, że się
tobie podobam. Koledzy z drużyny mi donieśli. Nie wiem skąd wiedzieli, teraz to
nie istotne. Postanowiłem wtedy, że zorientuje się kim jesteś skoro obdarzyłaś
mnie uczuciem. Na początku pomyślałem, że jesteś kolejną fanką kapitana drużyny
footballowej. Normalka. Wiele takich fanek miewałem i zapewne mieć będę. –
Zaśmiał się. A ja gapiłam się na niego nic nie rozumiejąc. On widząc moja minę
mówił dalej. – Są fankami samego tytułu, a nie moimi. W każdym razie zacząłem
się tobie przyglądać. Na początku uważałem Cię za zwykłą dziewczynę. Potem
złapałem się na tym, że częściej się tobie przyglądam niż bym chciał. Zacząłem
się pytać innych o Ciebie. No i w końcu zebrałem się na odwagę i chciałem
podejść na korytarzu. Ale to był moment, w którym akurat byłaś w szpitalu. Nie
wiedziałem co się stało. Próbowałem się dowiedzieć, ale nie mogłem się zapytać
bezpośrednio twoich znajomych. Bo od razu wyszłoby szydło z worka, a ja
chciałem Ci powiedzieć osobiście. No i tak jakoś wyszło, że zobaczyłem Cię dziś
na korytarzu i powiedziałem sobie „Dante masz szanse. Bierz dupę w troki i idź
jej pomóc. Może dzięki temu Cię dostrzeże łatwiej.”. Chyba zadziałało, prawda?
–Popatrzył na mnie z nadzieją. Zdębiałam. Ten Dante, w który kochałam się od
dwóch lat, ten Dante, który był dla mnie nieosiągalny, mówi mi, że mu się
podobam. Coś tu jest nie halo. I to bardzo.
-
Dante to bardzo miło z twojej
strony, ale wolałabym żebyś nie robił mi nadziei w momencie, w którym nic do
mnie nie czujesz. Niekomfortowo czuję się faktem, że wiesz o moim uczuciu, i że
to wykorzystujesz, ale trudno. A jeśli żartujesz sobie ze mnie to chcę Ci
powiedzieć, że spodziewałam się po tobie czegoś innego. – Odwróciłam się na
pięcie i ruszyłam w stronę schodów. Powstrzymał mnie gestem ręki. Złapał za nią
jakby nie chciał pozwolić mi odejść. Odwróciłam głowę i spojrzałam na niego z
udawaną irytacją. Tak naprawdę ledwo przełykałam łzy.
-
Lenovelle co musze zrobić żebyś mi
uwierzyła? – Zobaczyłam w jego oczach błysk złości.
-
Nie ma możliwości żeby ktoś taki
jak ty zakochał się w kimś takim jak ja. W dziewczynie, która ledwo wiąże
koniec z końcem. W dziewczynie, która jest zwyczajna, przeciętna, której nikt
nie lubi i wreszcie, która jest nieuleczalnie… - I zrobił coś czego bym się w
życiu nie spodziewała. Zamknął mi usta pocałunkiem. Nie krótkim. Lecz długim i
namiętnym.
Oderwaliśmy się od siebie po jakiś trzech
minutach i ledwo łapaliśmy oddech. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem i
wyszeptałam:
-
Ale jak, jak…Nie rozumiem. Mogłeś
mieć każdą dziewczynę jaką zapragniesz, a wybrałeś mnie. – I tak jeszcze nie do
końca wierzyłam w to, że podobam się akurat jemu.
-
Boże, naprawdę muszę Ci to
tłumaczyć jeszcze raz? Zakochałem się w tobie jak głupi. Czy moje słowo Ci nie
wystarczy? – Spojrzał na mnie z nadzieją w głosie.
-
Nie wystarczy. – Spojrzałam na
niego, a w oczach już nie miałam niepewności. Wpierw zdębiał, lecz zaraz
przyciągnął mnie do siebie i znowu pocałował. Potem przytulił mnie i długo
staliśmy w salonie pod oknem nim spostrzegliśmy, że zaczęło się ściemniać.
Latarnie rzucały piękne błyski na lekko przyprószony śniegiem chodnik. Puszyste
płatki śniegu wirowały w około, tak jakby tańczyły walca wiedeńskiego. Na
niebie dało się dostrzec świetlną łunę, ale delikatną i tak bardzo odległą.
-
Zostaniesz na noc? Mówiłaś, że
jesteś sama w domu. – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie. W jego
pytaniu nie wyczułam podtekstu. Może to i dobrze. Przynajmniej tego wieczoru
zostanę jeszcze dziewicą. - Zaśmiałam się w duchu.
-
Pewnie. – Złapał mnie ponownie za
rękę i pociągnął do schodów. Nim weszliśmy na górę odwrócił się jeszcze i
zapytał:
-
Jesteś głodna? Mogę coś zrobić na
szybko. – Zapytał z troską w głosie.
-
Nie dziękuje. Za to jestem
zmęczona. – Uśmiechnęłam się sennie.
Pięć minut później leżałam w jego koszuli, w
jego łóżku, w jego domu, z nim. To chyba najcudowniejszy dzień mojego życia.
Moja głowa spoczywała na klatce piersiowej Dantego, która poruszała się delikatnie
wraz z oddechem. Wtuliłam się w niego mocniej, a on z troską okrył mnie
szczelniej kołdrą. Zasnęłam nawet szybciej niż się tego spodziewałam.
Nazajutrz
obudziłam się w cudownie, pachnącej pościeli, która nie wyglądała na moją. Parę
minut musiało minąć zanim uświadomiłam sobie dlaczego tu jestem. Obok mnie
nadal leżał Dante, smacznie śpiąc. Spojrzałam na zegarek. Za dziesięć
dziewiąta. Za dziesięć dziewiąta?! To był ostatni dzień przed świętami, a ja
zrzuciłam nogi z łóżka i o mały włos się nie wywaliła. Moja twarz dziwnym
trafem zderzyła się z podłogą. Zaskomlałam żałośnie. Mieliśmy dziesięć minut
przed dzwonkiem, a od rezydencji Eloirett było piętnaście minut do samej
szkoły. Podbiegłam do Dantego i spróbowałam go obudzić. On tylko otworzył oczy
i siadł na łóżku. Gdy zobaczył mnie pochyloną nad nim pociągnął mnie na łóżko i
pocałował. Byłoby świetnie, gdybyśmy nie byli spóźnieni ostatniego dnia szkoły,
który, dodam, był obowiązkowy. W jednej sekundzie skarciłam go i złapałam swoje
rzeczy. Patrzył na mnie zawiedziony.
-
Zrobiłem coś nie tak?
-
Nie, no coś ty. Po prostu
wypadałoby się pośpieszyć w ostatni dzień szkoły…- Nie dał mi dokończyć bo znów
przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
-
A tak w ogóle, to która jest
godzina? – Wymruczał mi do ucha.
-
Za pięć dziewiąta. – W tym
momencie podniósł się tak gwałtownie, że zwalił mnie z łóżka.
-
Mam trening! Cholera. Zapomniałem!
– Desperacko wymachiwał rękami w poszukiwaniu swoich rzeczy.
-
O której? Bo ja tam już sobie
daruje pierwszą lekcję i tak nie zdążę. – Złapałam jego telefon i rzuciłam mu.
– Tego szukasz?
-
Teraz! Już zaraz, za dwie minuty.
Trener mnie zabije. – Złapał w locie telefon i wydobył kluczyki z kieszeni
kurtki. – Lenovelle, samochód, już, biegiem! – Wybiegł z pokoju w takim
pospiechu, że o mało się nie wywrócił.
-
Dante, poczekaj!
-
Co się stało? – Jego głowa
wynurzyła się z za winkla.
-
Buty… - Zaśmiałam się i rzuciłam
mu jego trampki pod nogi.
-
Dziękuje. – Uśmiechnął się do
mnie, w trzy sekundy założył buty i złapał mnie za rękę. – Wspominałem, że się
śpieszymy, prawda?
Wbiegliśmy na boisko tak szybko, że myślałam
iż wypluje sobie zaraz płuca. Litości. Nie mam kondycji sportsmenki. Poczułam
na sobie wzrok jego kolegów z drużyny. Zobaczywszy ich skonsternowane miny
dostrzegłam, że Dante biegł ze mną za rękę. W jednej chwili puścił mnie,
przyciągnął do siebie, pocałował w czoło i oddelegował na trybuny. Cóż innego
mogłam zrobić, jak nie ruszyć posłusznie na ławkę. I tak spóźniłam się na
pierwszą lekcję więc mogłam sobie darować. Miałam z resztą dziś jeszcze tylko
dwie lekcje więc nie powinno być kłopotu.
Piętnaście minut później miałam dość.
Nienawidziłam być w centrum uwagi, a tym bardziej jeśli wytykano mnie palcami.
Oczywiście Dante dostał niezłą burę od trenera, a jego koledzy zdążyli już mnie
skrytykować albo docenić. Miałam jednak nadzieję, że nie wziął sobie do serca
ich słów. A tak na dobrą sprawę czy byliśmy już parą? Wypadałoby mu powiedzieć,
że mam raka. Na dobrą sprawę w każdej chwili mogę umrzeć. Jeśli zemdleję będzie
to sygnał, że moje ciało się poddało. Lekarz tylko to dał mi do zrozumienia.
Nie chciał mówić nic więcej.
-
Gotowa? – Co? Gdzie? Jak? Co się
stało? Zasnęłam czy zemdlałam? Musiałam zasnąć. Gdybym zemdlała to tak prędko
bym się nie obudziła…i nie mogłabym się ruszać. Dante spojrzał na mnie
rozbawiony. – Hej, ziemia do Lenovelle. Obudziłaś się śpiąca królewno?
-
Dante? Muszę z tobą porozmawiać. –
Z wahaniem spojrzałam mu w oczy.
-
Coś się stało? Moi rodzice
dzwonili. Nie wrócą na święta do domu. Podobno jest taka tragiczna pogoda, że
samolot nie startują i nie lądują. To przez burzę śnieżną nad nami.
-
Ja...chodźmy. Potrzebuję spokojnego miejsca. – Wstałam i pociągnęłam
go w stronę jednej z opuszczonych klas. Dawno nie używana sala chemiczna była
wręcz idealna. – Muszę Ci coś powiedzieć.
-
Co to za mina? – Uśmiechnął się
pocieszająco. Nie mógł przypuszczać, że powiem mu coś takiego.
-
Jestem chora. – Zamarł, ale zaraz
uśmiechnął się.
-
Grypa? No na święta to trochę
głupio, ale wiesz… - Przerwałam mu w pół słowa.
-
Mam raka. – Jego oczy w jednej
sekundzie zrobiły się puste. Przełknął ślinę i naiwnie się uśmiechnął.
-
To żart? – Spochmurniał ponieważ
wyczytał z mojej twarzy, że wcale nie żartowałam. – Uleczalny, prawda?
-
Nie. Nowotwór złośliwy szpiku
kostnego. Nie ma dla mnie ratunku. Nie pozostał mi już czas. Moja przyszłość
nie sięga zapewne nawet jutra.
-
Kpisz sobie ze mnie, prawda? To
żart! Lenovelle, to musi być żart! To chore… - Spojrzał na mnie z przerażeniem.
-
Nie kpię. To poważna sprawa.
Dlatego nie chciałam byś się zakochał. Dlatego nie, podeszłam do Ciebie. Nie
chciałam żebyś mnie polubił i żeby to wszystko umarło razem ze mną. Ale tak się
stanie. Wybacz, nie chciałam. – Spojrzałam na jego twarz, ale nie wyrażała ona
żadnych, ale to żadnych emocji.
-
Daj mi trochę czasu. – Powiedział
cicho i spokojnie lecz w głębi serca widać było, że mocno to przezywa.
-
Ale ja nie mam już czasu. –
Wyszeptałam ze smutkiem.
-
Dziś. O siedemnastej przed parkiem
pod wielką wierzbą przy wejściu. Wiesz gdzie? – Dante rzucił w pospiechu i
wstał.
-
Wiem…ale Dante czekaj! – Ale on
skinął tylko głową na pożegnanie i wybiegł z sali chemicznej. Załamały się pode
mną nogi i upadłam na posadzkę. Włosy opadły mi na ramiona, a łzy spadały na
podłogę tworząc małe i błyszczące w świetle dziennym, refleksy.
Wybiegłam z domu. Od parku dzieliły mnie
jedynie centymetry. Ostatnie dwie lekcje w szkole spędziłam na gapieniu się
bezcelowo w ścianę. Nie spotkałam już Dantego tego dnia w szkole. Nie widziałam
go od momentu kiedy wybiegł z sali, pozostawiwszy po sobie smutny cień tego co zaszło
między nami. Wiedziałam, ze tak to się skończy. Jednak uporczywie wierzyłam, że
pisany jest mi happy end. Nie ma szans. Nie w tej bajce i nie z tym księciem.
Ujrzawszy go ucieszyłam się. Nie wiem
dlaczego, ale jego widok dodał mi otuchy. Sytuacja potoczyła się tak jak to
opisywałam na początku. Przytulił mnie i wyszeptał, że mnie kocha. Moje oczy
były mokre od łez.
-
Myślałam, że nie chcesz mnie już
widzieć. – Spojrzałam smutno na niego. Starł mi delikatnie, palcem łzę z
policzka.
-
Musiałem pojechać po prezent dla
Ciebie. – Popatrzyłam na niego zszokowana. – Jutro nie miałbym czasu. Czy twoi
rodzice już wrócili?
-
Nie. I nie wrócą…tak naprawdę to
ja…- Zawahałam się. Nie wiedziałam czy nie błędem było mu powiedzenie o
rodzinie. – Mieszkam sama. Nie istnieją żadni przybrani rodzice. Mieszkam sama
w tym wielkim domu. Jestem pełnoletnia więc daje radę. Zaraz po moich
urodzinach, histeryczna ciotka z zrzekła się praw rodzicielskich i wyjechała do
Australii. – Zrobił wielkie oczy i mnie przytulił. Płatki śniegu delikatnie
wirowały nad nami.
-
O czym marzysz? – Zapytał zbijając
mnie z tropu.
-
Ja…to głupie marzenie. Od zawsze marzyłam
o wycieczce na górę ‘’Ciszy”. Chociaż nigdy nie miałam czasu ani ochoty,
odkąd moi rodzice zginęli. Ahh i jeszcze o zatańczeniu walca na śniegu. Ale nie
umiem tańczyć. – Spojrzał na mnie mocno zdziwiony. Zaśmiałam się. – Tak wiem to
dziwne marzenia, ale innych nie mam. Nie pozwalają mi na nie przyziemne
ograniczenia. Nie będę pragnąć niczego materialnego ponieważ nie potrzebuje.
Chcę by pozostały wspomnienia, które jedynie osoba przebywająca wtenczas ze
mną, zachowa. Rozumiesz mnie?
-
Co powiesz na to, że zabiorę Cię
teraz w jedno miejsce? – Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-
Jedźmy. I tak nie mam co robić. A
wigilię pewnie znów spędzę sama.
-
Nie. Tym razem poświęcę Ci tyle
czasu z mojego życia ile tobie pozostało. Nawet jeśli oznacza to bycie przy
tobie przez wieczność. – Złapał mnie za rękę i poprowadził do samochodu.
Otworzył przede mną drzwi i zaprosił gestem ręki do środka.
-
Na to bym nie liczyła…- Spojrzał
na mnie ze smutkiem i odpalił samochód.
Nie wiedziałam dokąd zmierzaliśmy. Sypał tak
gęsty i puszysty śnieg, że trudno było cokolwiek dostrzec za oknem. Nagle
zatrzymaliśmy się i Dante wyłączył silnik. Powoli wyszedł z samochodu by
ponownie otworzyć przede mną drzwi. Moja noga cicho stanęła na śniegu. Moim
oczom ukazał się przepiękny widok. Staliśmy na górze „Ciszy” w otoczeniu
gęstego lasu. Miasteczko pod nami wydawało się być tak niesamowicie odległe.
Słaba łuna świetlna oddzielała niebo od horyzontu. Było niesamowicie, pięknie.
Spojrzałam na niego, a on się tylko uśmiechnął. Nagle podał mi rękę i
wyszeptał:
-
Mogę prosić do tańca? – Zdębiałam.
Śnieg wirował wokół nas i tworzył małe, białe i puszyste kłębki w powietrzu.
Podałam mu nieśmiało rękę, a on przyciągnął mnie do siebie i przytulił. – Wiem,
że nie umiesz tańczyć. Wiem również, że być może Cię stracę. Musze się z tym
pogodzić nawet jeśli oznacza to, że nigdy już Cię nie zobaczę. – W oczach
stanęły mi łzy.
-
Dante…nie oczekuje od Ciebie
cudów. Ja już się pogodziłam z nieuchronną śmiercią. – Uśmiechnęłam się dodając
mu otuchy.
-
Nie rozmawiajmy już o tym.
Lenovelle skup się. Nie idzie Ci ten walc. – Zaśmiał się. Ja nieudolnie
próbowałam coś na to poradzić, ale nigdy nie miałam okazji zatańczyć.
-
Wybacz. Jak już mówiłam nie
umiem…- Zaśmiał się i przyciągnął mnie jeszcze bliżej do siebie.
Nie wiem ile czasu upłynęło nim przestaliśmy
tańczyć. Wirowaliśmy po śniegu jakbyśmy sami byli płatkami. Dookoła było biało.
Jakby cały krajobraz nakryty został puszystą kołdrą. Było ciemno. Nic nie
widziałam ani nie słyszałam. Nie czułam bólu. Wbrew pozorom nie było mi zimno
tylko ciepło i przyjemnie. Mogłabym tak przetańczyć całe życie. Z nim, w jego
ramionach. Zadrżałam. Dante zdjął szalik z szyi i mnie nim otulił. Przyjrzałam
mu się z zaskoczeniem, a on tylko się uśmiechnął. Jakiś czas później wróciliśmy
do samochodu. Rozsiadłam się wygodnie w ciepłym wnętrzu i nagle zachciało mi
się spać. Dante spojrzał na mnie i roześmiał się.
-
Za dużo powietrza na raz. Za
bardzo dotleniłaś mózg. – Uśmiechnęłam się. Być może miał rację. – Mam dla
Ciebie prezent. Jest już po dwunastej i mamy dwudziestego czwartego grudnia.
Mogę Ci więc wręczyć prezent gwiazdkowy bo nie wiem czy będę miał jeszcze okazję.
– Wyjął z kieszeni pudełko z kokardą i wręczył mi je.
-
Ale…nie trzeba było. Ja nic nie
mam…z resztą nie miałabym za co kupić. Przepraszam. – Ręce mi drżały kiedy
przyjęłam podarunek.
-
Prezentem dla mnie jest to, że
mogę być tu z tobą. – Pochylił się i strząsnął mi resztkę śniegu z włosów.
-
Dziękuje. – Zgrabiałymi od zimna
palcami otworzyłam pudełko i dostrzegłam jeden z najpiękniejszych telefonów
jakie widziałam w życiu. – Wow. Nie spodziewałam się Dante. Nie trzeba było.
Głupio się teraz czuję…
-
Głupoty opowiadasz. Oczywiście, że
trzeba było. – Uśmiechnął się lecz zaraz spochmurniał ponieważ zobaczył moją
minę. Zrobiło mi się słabo. Tylko nie teraz. Błagam.
-
Dante. Gdybym zemdlała
kiedykolwiek przy tobie, wiedz, że to już koniec. Musisz mnie wtedy odwieść do
szpitala bo gdy odzyskam świadomość nie będę w stanie się ruszać. – Jego
przerażona mina świadczyła o tym, że nie spodziewał się tych słow.
-
Co? Ale jak to?! Lenovelle? –
Pochylił się nade mną i jęknął. – Czemu mówisz mi to właśnie teraz?!
-
Słabo mi… - Otworzyłam z trudem
drzwi od samochodu i rozpięłam pas. Może świeże powietrze mi pomoże. Jednak tak
jak sądziłam. Ugięły się pode mną nogi i upadłam na śnieg. Słyszałam jeszcze
tylko w oddali krzyk Dantego. Jednak to nic nie pomoże. Wzięłam głęboki oddech.
Być może to ostatni moment przed śmiercią gdy będę mogła poruszyć czymkolwiek.
Ostatnimi siłami wyprostowałam palce u jednej z rąk i delikatnie musnęłam nimi
śnieg. Nie wiedziałam dlaczego takie dziwne założenie nastało. W końcu nie tak
objawiał się ten rak. Było dziwne, ale trafne. Zamarłam. Nic nie czułam.
Jedynie moja głowa opadła, a ja odpłynęłam…
Dante! Obudziłam się. Szpitalne światło raziło
mnie w oczy. Podniosłam głowę. Mogę się ruszać! Nie czułam co prawda nóg, ale
ręce miałam sprawne. Jak dobrze…Spojrzałam na Dantego, który siedział przy moim
łóżku na szpitalnym fotelu. Za oknem padał gęsty śnieg, jednak temperatura
rosła. Myślę, że bardzo szybko stopnieje on. Zapewne dzisiaj. Chłopak wyczuł,
że się obudziłam bo podniósł gwałtownie głowę i spojrzał na mnie. Oczy miał
zaczerwienione. Mam nadzieję, że nie płakał. Złapał mnie za rękę i ścisnął.
Dostrzegłam znajomą lekarkę, która spojrzała na mnie ze smutnym uśmiechem.
Odwzajemniłam go jej.
-
Witaj Lenovelle, jak się dziś
czujesz? – Linda, bo tak miała na imię moja lekarka, podeszła do mnie kładąc mi
rękę na czole. – W same święta. Kiepski moment sobie wybrałaś.
-
Dobrze, że w święta. To moje
ostatnie, chciałabym przynajmniej przeżyć te. – Dante patrzył na mnie pustymi
oczami.
-
Nie masz gorączki. Zrobiliśmy Ci
rezonans. Ja…chyba sama wiesz co mam Ci do przekazania. Sądzimy, że nie zjesz
dziś już kolacji, kochanie. – Linda otarła cicho łzę z oka.
-
Lindo, cieszę się, że jesteś ze
mną szczera. Ze wszystkim się już pożegnałam. Prawie ze wszystkimi…- Spojrzałam
na Dantego. Ten nie zareagował.
-
Macie jakieś pół godziny i
będziemy Ci musieli podać morfinę. Być może nie wytrzyma tego twoje serce. Ale
jedno jest pewne. Jeśli nie podamy Ci jej ono na sto procent nie wytrzyma. Za
duży ból. Jesteś osobliwym przypadkiem, maleńka. – Linda wyszła z sali ze
spuszczoną głową.
-
Dante? Mamy nie wiele czasu.
Spójrz na mnie. – Uniosłam jego głowę za podbródek i delikatnie pocałowałam go
w usta. Spojrzał na mnie cierpiącym wzrokiem i ukrył twarz w moich ramionach. –
Posłuchaj mnie teraz bardzo uważanie. To Co Ci powiem musisz sobie wziąć do
serca. Bez tego nie zrozumiesz jak się teraz czuję. Wysłuchasz mnie? – Uniósł
głowę po czym podniósł się. Siadł na łóżku, a ja podniosłam się na rękach i
oparłam o ramę.
-
Słucham Cię… - Wyszeptał cicho.
-
Pamiętaj, że śmierć może nastąpić
jedynie przez zapomnienie. Gdy twoje serce o mnie zapomni, ja zniknę. Jeżeli
zostanę przy tobie, ty będziesz cierpiał. Więc musisz pozwolić mi odejść. Ale
nie od razu. – Wzięłam oddech. - Powoli i stopniowo zapominać. Będę przy tobie
aż powiesz: „Chcę żyć dalej. Nie zapomnę, a jedynie ruszę naprzód.’’ Wtedy i ja
nie będę już niczego żałowała. Tak więc pozwól mi umrzeć, ale nie w twoim
sercu, a jedynie tu. By moje istnienie nie poszło na marne, zachowaj mnie w
swoim sercu, a na pewno nie odejdę. Nie zostawię Cię samego, nigdy. Kocham Cię,
Dante. Na zawsze będę kochała. Czy myślisz, że śmierć mnie powstrzyma? -
Uśmiechnęłam się z trudem przez łzy. Nie odezwał się. Wiedziałam, że mimo to iż
jest mu ciężko uda, że to zaakceptował. – Nie udawaj. Widzę jak na dłoni co
czujesz. Więc zamiast być dzielnym powiedz, że mnie kochasz, a ja odejdę nawet
jeśli nie będziesz w stanie mi tego powiedzieć. Niewiele czasu zostało,
kochany. A twoje słowa, nic, mnie nie powstrzyma.
-
Żegnaj Lenovelle, kocham Cię i nie
zapomnę. - Zamknęłam oczy i ścisnęła jego dłoń. W tym momencie weszła Linda i
uścisnęła mnie na pożegnanie. Popatrzyła ze smutkiem i nie powstrzymywała już
płaczu. Wbiła igłę w moją kroplówkę i wycofała się szybko z pokoju. Dante położył
się obok mnie wyczekując ostatniego tchnienia. Leżąc w jego ramionach poczułam,
że odpływam. Niczego już nie czułam. Nie byłam zła ani szczęśliwa. Jedyne
uczucia jakie przychodziły mi na myśl to smutek i pogodzenie z losem. Starłam
łzę z policzka Dantemu i zamknęłam oczy.
-
Kocham Cię. Żegnaj…- Uśmiechnęłam
się słabo. Zdążyłam tylko wyszeptać jeszcze: - Witaj ciszo, moja droga
przyjaciółko…- Zanim śmierć przyjęła mnie w swoje serdeczne objęcia…
Epilog
Wątłe światło padało na delikatne ciało,
drobnej dziewczyny. Smukła i młoda osoba leżała na łóżku szpitalnym, przykryta
kołdrą. Wyglądała jakby spała, jednak jej serce nie biło. Długie i śnieżnobiałe
włosy spływały kaskadami po wątłych ramionach, a oczy w lodowo błękitnym
kolorze przysłaniały teraz powieki. Okalały je rzęsy skąpane w
najprawdziwszych, czystych łzach. Za oknem śnieg stopniał całkowicie. Nawet
najdrobniejsze śnieżne girlandy, które spadały z nieba topniały w locie tworząc
deszcz. Puch przestał już tańczyć i rozkoszować się wolnością. ‘’Umarł” razem z nią. Jako, że dziewczyna sama
przypominała śnieg można byłoby pomyśleć, że to ona zwiastowała zimę. Zaledwie
w parę minut po jej śmierci cały śnieg stopniał i zamienił się w czystą i
krystaliczną wodę, zupełnie jak łzy tejże dziewczyny.
Brązowowłosy chłopak wstał i uniósł głowę.
Spojrzał ostatni raz na swoją ukochaną. Odwrócił się w stronę drzwi i wychodząc
wyszeptał tylko.
-
Miłość odchodzi wraz z zimą. A tej
zimy nie zapomnę do końca życia…- Uniósł głowę i ruszył przed Siebie. – Do
zobaczenia Lenovelle. Kiedyś się jeszcze spotkamy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz