Thirteen ~ Thirteen

Thirteen

„Jeszcze jedna. Jeszcze jedna…Nie przełknę. Wody.
Przytul mnie. Tak. Dziękuje. Kocham Cię.
Jesteś dziś taki…chłodny. Czyżbyś zmarzł? Przytul się, dam Ci swoje ciepło. Bylebyś czuł się dobrze.
Uciekasz? Brakuje mi…brakuje mi Ciebie. Twojego słowa.
Kocham Cię. Tylko jednostronnie? Jakbym mówił do lustra, te mętne oczy dawno…dawno nie były tak trzeźwe.
Rzeczywistość sprawia ból.  Nawet one bolą…wciąż pompują krew, sprawiając mi ból…boli. Pamiętam go, pamiętam z dzieciństwa.
Jeśli dotykam zdjęć to znaczy, że istnieją? To znaczy, że i ty istniejesz? Przecież na nich jesteś.
Twoje ciepło nie jest kłamstwem? Życie nie jest ułudą…?
To leki, ja czy ty? Jest ich tak dużo w mojej krwi. Pewnie dlatego tak bolą…
Bo już mnie nie kochasz. Straciłem życie zyskując życie.
Nigdy nie myślałem tak trzeźwo, ale i tak nietrzeźwo jednocześnie. Boli.
Boli mnie Wish. Zabierz mnie stąd. Zabierz je i zabierz mnie. Jeśli muszę to wezmę wszystkie.
Tylko mnie kochaj.”


Powoli kończył się wrzesień, a ciepłe powietrze wciąż ogrzewało świat. Wiatr tańczył z kolorowymi liśćmi na pożegnanie dla lata. Jednak ten dzień nie był szczęśliwy. Dla nikogo.

Wish stał na środku salonu szarpiąc się ze swoim współpracownikiem. Rzucał się w gniewie przepełniony rozpaczą. Z oczu leciały mu łzy, a oddech był przerywany. Widać było, że w chwili obecnej sprawiało mu to problem. Mężczyzna złapał go za ramiona i lekko odepchnął od siebie.
-       Uspokój się! Proszę. – Szepnął błagalnie, ale brunet ani myślał się go posłuchać. Zakręcił się wokoło i z impetem rzucił w ścianę czymś co przed chwilą trzymał w ręku.
-       Jest pusta! Widzisz kurwa?! Jest pusta! – Szkło rozbiło się na małe kawałeczki. Huk uderzenia przestraszył pacjentów i skulili się w rogach pokoju. Pracownicy rozpoczęli ewakuacje pomieszczenia, przeprowadzając pacjentów powoli pod ścianami aż do drzwi. – Powinny się z niej wysypać leki. Powinny…DLACZEGO ICH TAM NIE MA?! – Warknął głośno głosem przepełnionym żalem. W jego oczach widać było furię, która z sekundy na sekundę była pożerana przez narastający lęk i przerażenie.
-       Proszę…błagam uspokój się. – Mężczyzna spróbował do niego podejść.
-       Bruno dla własnego dobra. Trzymaj się ode mnie tak z daleka jak tylko możesz. – Wish opuścił głowę, a z jego ust dało się słyszeć jęk rozpaczy.
-       To nie twoja wina. Wiesz przecież. – Czterdziestolatek zrobił mały krok do przodu i wyciągnął przed siebie rękę. Jego decyzja była błędna. Brunet dosłownie rzucił mu się do gardła.
-       To wasza wina! Mieliście go upilnować…jak mogliście? Jak mogliście tak go zostawić…? Moje…moje maleństwo… - Załkał.
-       Nic mu nie będzie. Proszę… - Bruno odepchnął go lekko od siebie i chwycił za ramiona. W tym samym momencie do pomieszczenia wszedł sanitariusz.
-       Mogę jakoś pomóc? – Zapytał chłodnym i sugerującym tonem.
-       Zabierzcie mnie ze sobą. – Wyszeptał Wish.
-       Kim jest Pan dla ofiary? – Słowo ‘ofiara’ uderzyło w bruneta tak silnie, że z jego oczu popłynęły niekontrolowane łzy. Uniósł wzrok i spojrzał na mężczyznę z przerażeniem.
-       Ofiara…? – Wydukał.
-       Dla poszkodowanego. – Poprawił się zirytowany. – Czas nas nagli. Kim Pan jest dla poszkodowanego? – Zaakcentował ostatnie słowo.
-       Nikim…to nie moja rodzina. Znaczy się nie dosłownie. Jest dla mnie jak rodzina, ale nie łączą nas więzy krwi…ja… - Sanitariusz przerwał mu.
-       Nie mogę więc Pana zabrać. Musimy już iść. – Mężczyzna skinął głową na pożegnanie i odwrócił się w stronę wyjścia.
-       Ale ja go kocham…KOCHAM GO! POZWÓLCIE MI JECHAĆ! Błagam… - Sanitariusz westchnął tylko cicho.
-       Przykro mi. – Powiedziawszy te słowa wyszedł, a chwile później rozbrzmiał sygnał karetki.

Cała sytuacja trwała ułamki sekund, ale dla Wish’a i tak ciągnęła się w nieskończoność. Po słowach sanitariusza nastała cisza. Obecni w pokoju mogliby przysiąc, że słyszą jak kurz wiruje wraz z powietrzem w pokoju. Że każde bicie serca jest jak uderzenie w dzwon. Urywany oddech bruneta niósł się echem po całym pomieszczeniu. W pewnej chwili Wish po prostu upadł na kolana i zaniósł się szlochem. Bruno klęknął tuż przy nim i objął go w ojcowskim uścisku. To tylko pogłębiło rozpacz chłopaka. Zaczął płakać tak histerycznie, że przez chwile nie mógł nawet złapać tchu. Wciąż pytał ‘jak to się stało?’, ‘jak do tego doszło?’, ‘kto zawinił?’, a ostatecznie wszystkie niewiadome zmieniły się w jedno stwierdzenie – ‘to moja wina’.

Godzinę później Bruno i Lyn siedzieli przy stole w dyżurce obserwując Wish’a trzęsącego się ze strachu, wpatrzonego w pustkę, do którego nie docierało nic. W normalnych warunkach już dawno wyczułby zioła na uspokojenie w swojej herbacie. Teraz jednak wypił pół kubka i jego towarzysze nie byli nawet pewni czy jest świadom tego, że siedzi z nimi przy stole a co dopiero obecności ziół w herbacie.
Lyn miała podpuchnięte od płaczu oczy i poszarzałą twarz. Jedna z jej rąk zaciskała się na telefonie, jakby w oczekiwaniu, że w dowolnej sekundzie zadzwoni i będzie musiała odebrać go natychmiast. Bruno zaś siedział w ciszy analizując wydarzenia dnia dzisiejszego ze szczególnym naciskiem na poranne zachowanie ich uroczego blond pacjenta.
Z letargu wybudził ich głos jednej z pielęgniarek, która zajrzała do dyżurki.
- Wciąż nic nie wiadomo? – Zapytała z troską. Lyn pokręciła głową, po czym rozluźniła dłoń i położyła telefon tuż przed sobą. – Anna była od rana w ‘aptece’. Obecnie wygląda jakby płakała co najmniej przez tydzień…Mówi, że od rana cały czas była na zmianie, a wyszła koło szóstej na trzy minuty do toalety. Nigdy nie zamykała drzwi, ponieważ nie było takiej potrzeby…nikt nie zamykał. Tym razem jednak zaszła taka konieczność... – Zamilkła, widząc, że jej kolega z pracy wygląda jakby zaraz znów miał załamać się nerwowo. – Mówiłam jej, że to nie jej wina, ale nie chce słuchać. – Westchnęła smutno. – Oby nic mu się nie stało. – W kącikach oczu zebrały jej się łzy. – Przepraszam pójdę już. Powiedzcie jak będziecie coś mieć. Proszę. – Gdy wypowiadała ostatnie słowo głos jej się załamał. Ukłoniła się lekko i wyszła.

            Ośrodek zamarł. Nie było osoby, która nie byłaby smutna czy milcząca. Nikt nie spodziewał się takiego wydarzenia. Co więcej jeśli miałoby się coś takiego wydarzyć, to ostatnią osobą, która zostałaby bohaterem tej sytuacji byłby ten kochany przez wszystkich blondyn. A jednak.


Minęła dwunasta. Za oknem panowała ciemność, a delikatne dźwięki spadającego deszczu jako jedyne przerywały wyjątkowo trudną do przełknięcia ciszę. Można byłoby przysiąc, że mrok zaciska się na gardle i powoli pozbawia oddechu.
W drzwiach budynku stał wysoki brunet. Jedna ręka spoczywała w jego kieszeni, ale tylko po to, żeby ukryć jej drżenie. Druga zaś trzymała walizkę. Na plecach chłopaka wisiała również mała torba pełna nieposkładanych i niekoniecznie czystych ubrań. Nie odwrócił się nawet wtedy, gdy usłyszał głos swojego przyjaciela.
-       Nie odchodź. – Poprosił Bruno zduszonym głosem.
-       Już czas na mnie. Nie chcę być tam…gdzie nie ma jego. On już tu nie wróci. – Warknął i zacisnął szczękę. – To moja wina. Łudziłem się….
-       Łudziłeś się? – Zapytał cicho.
-       Tak…łudziłem się, że mu pomogę, ale…właściwie to ja tylko go zabiłem. Nawet jeśli on kiedyś wróci…To już nie będzie on. Zagubiony, naćpany…obcy. – Jego głos zadrżał.
-       Proszę… - Bruno wyciągnął przed siebie rękę, ale chłopak nawet się nie odwrócił by móc ją nie dostrzec. – Twój…
-       Mój? Nigdy nie był mój. I nigdy nie będzie. Słodkie wyobrażenie trzeźwego blondwłosego anioła. – Zaklął. – Zakochałem się w swoim własnym wyobrażeniu ideału. Z idealnego świata, idealnym charakterem….życiem. Sam uwierzyłem…kurwa uwierzyłem, że mogę żyć z nim w tamtym świecie. W tej cholernej kawiarni, na cudownej uczelni, która nigdy nie wysłałaby mnie na roczny staż do tego cholernego szpitala dla walniętych! – Krzyknął, po czym gwałtownie się odwrócił. Na jego twarzy widniał grymas wściekłości. Usta miał rozchylone, a jego wargi drżały. Po policzkach ciekły niekontrolowane łzy. – Nigdy nie chciałem się zakochać. Nigdy. To tak cholernie boli. Kurwa, kurwa, kurwa! Zabiłem człowieka…rozumiesz? - Nagle jego źrenice rozszerzyły się, a z jego gardła wydobył się dźwięk przypominający śmiech. Bruno cofnął się o krok, gdy przeraźliwy, histeryczny śmiech uderzył go z całą swoją mocą. Chłopak zaczął się trząść. Rozpadał się na małe kawałeczki. Wszystko to, co tak skrzętnie utrzymywał w ryzach będąc w pracy, po prostu się rozpadało. Obnażony i zniszczony młody mężczyzna. Takim też widział go w tamtej chwili Bruno. – Zabiłem go! – Śmiał się jednocześnie płacząc. – Zabiłem moją miłość… - Po tych słowach w jednej chwili uśmiech znikł. Oczy Wish’a znów zrobiły się puste. Zadrżał i podniósł nieco głowę. – Boże… - Uśmiechnął się delikatnie przełykając łzy, które zaczęły zbierać mu się w kącikach ust. – Przepraszam przyjacielu.
-       Nie odchodź. – Mężczyzna wypowiedział te słowa miękko, będąc w pełni świadomym, że chłopak podjął już decyzje, której już nic nie zmieni.
-       Wraz z nim zabiłem siebie. – Spuścił głową i odwrócił się. – Chciałem mu pokazać własny świat skoro on pokazał mi swój. Ale jego świat mnie przytulił…a mój? Mój rzucił mu się do gardła. – Wish zrobił krok do przodu. – Żegnaj przyjacielu. – Powiedziawszy to wyszedł w duszący go mrok.


„He holds my body in his arms
He didn't mean to do no harm
And he holds me tight

Oh, he did it all to spare me from the awful things in life that come
And he cries and cries
I know he knows that he’s killing me for mercy”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz