Thirteen ~ Twelve part 2

Zawsze zastanawiałem się dlaczego w miejscu takim jak to jest tyle cierpienia. Czemu gromadzi się tu tak barwnych i wspaniałych ludzi, po czym ‘wybiela’ ich się do takiej stęchłej szarości. Być może muszą pasować do ścian? Zaśmiałem się gorzko. Gdybym mógł się tym wszystkim zajmować to byłby wspaniały dom, a nie ‘więzienie’.

„Thirteen"
rozdział dwunasty część II

Swoją drogą uwielbiam zapach tutejszych kwiatów. Są piękne, ich czar zawsze mnie ujmuje. Staw, który można zobaczyć z okna zamieszkują małe kaczki, które dokarmiamy wychodząc do ogrodu.
Zasiadam czasami w moim fotelu i otwieram dzienniki, by przyjrzeć się jeszcze raz skrzętnie sporządzonym moją ręką notatkom. Zawierają one mnóstwo ciekawych i barwnych opisów tego, co znajduje się dookoła mnie. Na marginesach zwykłem zgłębiać tajemnice umysłów tych wspaniałych ludzi, jednakże wolę teraz robić małe nieco koślawe rysunki przedstawiające pewnego zakochanego młodzieńca. Uwielbiam go. Jest naprawdę wspaniałym mężczyzną i gdybym nie miał żony i trójki dzieci, a także interesowałaby mnie ta sama płeć…nie. Prawdopodobnie wtedy również nie. Jest dla mnie nieco za młody.

Poczułem się staro i z westchnięciem siadłem w kącie sali, splatając ręce za głową. Moje myśli są bardzo chaotyczne – jestem tego świadom. Nie nawykłem porządkować zdań i tematów alfabetycznie, czy w jakikolwiek inny sposób. Może właśnie dlatego odpowiada mi ta praca.
Usłyszałem cichy śmiech dochodzący z ławy pod oknem. To znów oni. Tak miło mi na nich popatrzeć. Moja współpracownica podeszła do mnie, gdy znów złapała mnie na obserwowaniu ich z dozą współczucia i rozczulenia. Przysunęła sobie krzesło i siadła obok mnie.
-       Ma takie piękne złote włosy. Aż jej zazdroszczę.  – Uśmiechnęła się smutno, patrząc w tym samym kierunku co ja.
-       Prawda? Są bardzo miękkie. – Zaśmiałem się, ale od razu poczułem na sobie to pytające spojrzenie. – Ten przystojny jegomość siedzący po jej lewej mi powiedział. – Kiwnęła głową, ale jej uśmiech nieco przygasł.
-       Nawet z nim nie rozmawia. – Powiedziała cicho i przygarbiła się.
-       Rozumieją się bez słów. – Westchnąłem i odchyliłem się do tyłu rozciągając kręgosłup.
-       Jej mama wciąż ma nadzieje, że przemówi. – Mruknęła.
-       Jestem świadom. Ale dla niej nie ma naszego świata. On ją rozumie. To powinno im wystarczyć. – Burknąłem. Wymagają cudów od małych dziewczynek. Świata nie zbawią. Tyle z tego pożytku, co z mojego wiecznego wpatrywania się w przestrzeń.
-       Szkoda, że on jest tu tak rzadko. – Miała racje. Skinąłem głową, po czym rozejrzałem się po sali. Mój wzrok zatrzymał się w pewnym miejscu. Odwróciłem głowę i spojrzałem na moją towarzyszkę. Wydawała się być daleko myślami.
-       Myślisz, że mogłabyś zrobić nam kawy? – Drgnęła i spojrzała na mnie.
-       Nam? – Wskazałem głową w miejsce zdarzenia, które chwile temu zaobserwowałem.
-       Rozpuściłam was. – Westchnęła. Jednak wiem, że nie miała mi za złe. Robiła najlepszą kawę pod słońcem. Ciasta też. Gdyby moja żona nie pilnowała mnie bym nie jadł za dużo, to poprawiwszy jeszcze tymi przecudownymi wypiekami nie mógłbym po jakimś czasie sam wiązać butów czy wyjrzeć zza horyzont paska od spodni.
-       Wiem, że i tak uwielbiasz to robić. – Zaśmiałem się i wstałem, podciągając trochę luźne na mnie spodnie.
-       Czasem czuje się jak barmanka. – Westchnęła i również się podniosła.
-       Byłabyś świetną szefową jakieś knajpy czy coś. – Wzruszyłem ramionami. Myślami byłem już przy nich. Siedzieli na drugim końcu sali po turecku na dywanie i właśnie z czegoś się śmiali. Zamierzałem właśnie ruszyć, gdy dorzuciła jeszcze jakieś dwa słowa, których oczywiście nie dosłyszałem. Chyba stwierdziła, że wolałaby kawiarnie. Ale to nie jest teraz istotne. Skinąłem jej na pożegnanie i podążyłem do miejsca, w które tak uporczywie się wpatrywałem. Gdyby mnie ktoś tak zobaczył na ulicy wyszedłbym na jakiegoś starszego Pana o zbereźnych myślach. Dopiero niedawno stuknęła mi czterdziestka…posiwiałem?

Moje myśli przerwało dotarcie do celu. Uśmiechnąłem się szeroko do mojego współpracownika i minąwszy go, zasiadłem na kanapie zakładając nogę na nogę. Na dywanie wraz z moim kolegą siedział mężczyzna. Był bardzo drobnej postury, nie za wysokiej. Miał jasną cerę i włosy w kolorze miodu. A może miodu z mlekiem…? Nie jestem w stanie dokładnie określić koloru począwszy od włosów, po oczy i karnację.

Moją podróż po mapie myślowej, która wymagała niesamowitych zdolności dedukcyjnych przerwała nasza ‘barmaneczka’, która wręczyła nam kubki z kawą i odeszła uśmiechając się ciepło. Dla chłopaka zaś przygotowała coś co wyglądało jak czekolada. Ale wzrok już nie ten, więc głowy nie dam.

Ah właśnie. O to on. Młodzieniec z moich marginesowych bazgrołów. Miał uśmiech tak piękny, że czułem się tak, jakby moje serce zalewano słodkim miodem. Niesamowicie pogodna i dobra osoba. A także jedyna, która dogadywała się z naszym najstarszym podopiecznym.
Mój wzrok powędrował do czegoś, co znajdowało się w rękach chłopaka. Pochyliłem się lekko do przodu i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem aparat fotograficzny. Był mały, prawdopodobnie cyfrowy i wyglądał jakby ktoś zdjął go chwilę temu z wystawy. Przeniosłem swój wzrok na mojego kolegę, który podchwycił spojrzenie i uśmiechnął się.
-       Przyniosłem aparat. – Powiedział radośnie. – Obiecałem temu tu chucherku, że zrobimy mnóstwo zdjęć, by na zawsze zapamiętać nasze wspólne chwile. – Powiedział to z rozczuleniem, po czym skrzywił się ledwo zauważalnie. Zrobiło mi się przykro. To są właśnie takie chwile, w których żałuje, że pracuje w takim miejscu. Muszę patrzeć na cierpienie innych samemu nie będąc w stanie zrobić nic.
-       To urocze. – Zaśmiałem się próbując tym samym rozładować atmosferę. Nie bardzo wiedziałem cóż więcej mógłbym powiedzieć. Mieliśmy różnych ludzi pod naszym dachem. Wielu z nich zmagało się z traumami, chorobą sierocą, czy ograniczającym je lękiem. Ale on był wyjątkowy. Jako jeden z niewielu mieszkających tu osób zrobił wielkie postępy. Przestał uciekać widząc palące się świeczki, a kiedy raz jedna się przewróciła i podpaliła obrus, wbiegł do pokoju i wyciągnął z niego mojego kolegę. Ten nie doznał żadnych poważnych obrażeń, ale i tak odgórnie ustalono, że musiał wziąć sobie wolne. Wtedy jego oczy zrobiły się takie puste i przygasł. Jakby nie widział nic bez obecności swojego opiekuna. Więź między nimi jest doprawdy jedyna w swoim rodzaju. – Niesamowity dzieciak.
-       Jest starszy niż ja. – Wtrącił cicho chłopak. Chyba posmutniał. Kiwnąłem głową. Tchnęło mnie, że nadszedł czas mojej zmiany w ogrodzie.
-       Muszę wyjść na dwór. Wrócę na ‘kolację’. – Nim wstałem zdążyłem jeszcze zobaczyć, że zacisnął zęby. Biedny chłopak. Tak mi go szkoda.

Był piękny dzień. Słońce powoli chowało się za horyzontem,  ja siedziałem na ławce przed budynkiem patrząc na bawiące się niedaleko mnie dzieci. Dwóch chłopców biegło trzymając się za ręce. Jeden miał takie jaśniutkie włosy, a drugi w kolorze mlecznej czekolady. Wyglądali razem naprawdę uroczo. Ah lubię to słowo. Uroczo, urocze, może wręcz uroczusie? Jestem starym piernikiem, którego słowo – tak naprawdę nie określające niczego dokładnie – bardzo rozczula. Zestarzałem się. To fakt. Chciałbym kiedyś móc pomóc tym wszystkim ludziom. Posiąść wiedzę, która uleczyłaby tych, którzy nie mogą żyć samodzielnie.
Tamten chłopczyk na wózku przykuł moją uwagę. Sparaliżowany od pasa w dół przez lęk ukryty głęboko w podświadomości. Opiekuje się nim. Nauczyłem go nawet grać na pianinie. Chciałabym zobaczyć go kiedyś znów na własnych nogach. Być może wrócą mu siły, gdy jeszcze ja tu będę. Oby.

Kaczki kwakały sobie cicho, kiedy rzuciłem im chleba i jakby ofukując mnie kacza mama dobiegła do moich stóp i zatrzepotała skrzydłami. No tak. To nie ja powinienem je karmić. Spojrzałem na zegarek. Powinienem już iść. Ostatni raz rzuciłem okiem na mojego podopiecznego. Ku zdziwieniu dostrzegłem, że podąża w moim kierunku. Uśmiechnąłem się więc do niego.
-       Czy coś się stało mały? – Zapytałem. Wyciągnął do mnie ręce, więc podniosłem go z wózka i posadziłem na baranach. – Gdzie idziemy? – Lubiłem go tak nosić. Wydawał się wtedy niesamowicie radosny. Lecz wyglądał dziś dosyć smutno.
-       Chciałabym zagrać. – Powiedział cicho. Westchnąłem.
-       Akurat teraz? – Zapytałem, ale odpowiedziało mi milczenie. Ruszyłem więc przed siebie i udałem się do wspólnego pokoju.

Weszliśmy tam jako ostatni. Dzieci i młodzież siedziała już na kanapach. Jedni grali w karty, inni w jakieś gry planszowe, a niektórzy po prostu rozmawiali, a raczej starali się nawiązać kontakt ze sobą. Stanąłem przed pianinem i posadziłem mojego pasażera na stołku samemu siadając obok. Zajmowałem się pedałami, ponieważ mały nie mógł sam ich naciskać.
-       Cóż więc dzisiaj gramy? – Zapytałem z ciekawością.
-       Trzynastą kołysankę. – Odpowiedział mi cicho. Trzynastą? Niczego takiego nigdy go nie nauczyłem. Ciekawe.
-       Nie znam. – Spojrzałem na niego pytająco.
-       Chłopak z pod trzynastki ostatnio ją śpiewał siedząc na parapecie. Spisałem nuty i słowa. Mogę Ci zaśpiewać jeśli chcesz. – Znalazłem się pod wielkim wrażeniem. Musi być niesamowicie bystry jeśli ją zasłyszał i chce to powtórzyć.
-       Nie wiem, kiedy mam używać pedałów. – Powiedziałem nieco zmieszany.
-       Nie szkodzi. Nie będą potrzebne. – Zaczął grać. Była to spokojna melodia, o jednostajnym rytmie. Nie muszę nawet dodawać, że miał piękny głos. Kołysanka była delikatna i spokojna. Nie zwróciłem uwagi na słowa aż nie dotarliśmy do ostatniej zwrotki.

“Little star you've shined bright
You left me alone, many times I've cried
Why did you abandon me?
You took my Wish…you don't want to set me free”

Chyba dotarło mnie o czym śpiewał chłopak. Przestałem się uśmiechać. Nie głosiła ona dobrej opowieści. Tylko smutną historię pełną tęsknoty. Poczochrałem mojego towarzysza po włosach i uśmiechnąłem się delikatnie.
-       Jest bardzo smutna. – Powiedziałem.
-       Nie. Ona jedynie smutno się kończy. Ale myślę, że gdzieś dalej…w głuchej zwrotce znajduje się prawda. To dobra prawda. Pełna ciepła i miłości. Tak myślę. – Pierwszy raz usłyszałem z jego ust tak długie zdanie. Kocham tą pracę. Mogę opiekować się ludźmi tak niesamowitymi i różniącymi się od reszty czymś nowym, pięknym, wręcz wspaniałym. Innym sposobem patrzenia na świat Cieplejszym, kolorowszym. Milszym i dobrym. Te dzieci po prostu są dobre.
-       Dlaczego chciałeś mi to zaśpiewać akurat teraz? – Pytanie to wpadło mi do głowy tak znienacka, że od razu musiałem je zadać.
-       To nie jest najlepszy czas dla nich. Większość o tej godzinie, żegna się z prawdziwym światem i ucieka w swój. Nie lubię leków… - Powiedział zaciskając wargi.
-       Przykro mi mały. – Nie wiedziałem co więcej mogłem mu powiedzieć.
-       Dużo z nich lubi dźwięk pianina. Pomyślałem, że chociaż na chwilę sprawię im przyjemność. – Uśmiechnął się. I ja się uśmiechnąłem. Bo bardzo kocham moją pracę i podopiecznych. Bez względu na wszystko.

Następnego dnia siedziałem w cichym pokoju wspólnym obserwując jak łzy spływały po policzkach jednego z naszych podopiecznych. Jednakże były to łzy szczęścia. Chłopak trzymał bowiem w rękach piękny album ze zdjęciami. Wydaje mi się, że zrobili wczoraj naprawdę dużo zdjęć. Cieszy mnie ten widok. Wolałbym go jednak ujrzeć w nieco innym miejscu. Jak na przykład w jakiejś pięknej kawiarni, gdy siedzieliby przy stole pijąc taką czekoladę jaką zawsze robi nam nasza Lyn. Czasem chciałbym aby świat wyglądał zupełnie inaczej. Oni byliby szczęśliwi, a ja nie musiałbym patrzeć jak cierpią.
Podniosłem się z fotela i ruszyłem do kuchni. Rzuciłem jeszcze okiem na ścianę, na której na honorowym miejscu wisiał namalowany farbami obraz, przedstawiający siedzącego na ławce chłopaka o brązowych włosach, karmiącego stadko kaczek. Na mojej twarzy ponownie zakwitł uśmiech.


Dwunasta bariera została przełamana.
~ atazagorafobia


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz