Rozdział ósmy
„Nigdy nie jest za późno by podjąć walkę. Na
poddanie się zawsze znajdzie się czas”
„Minęły dwa tygodnie odkąd nasz związek ujrzał światło dzienne. Dwa
tygodnie, które zmieniły się w koszmar i to nie tylko dla niego, ale również
dla mnie. Ludzie są mściwi i zawistni, nawet wtedy, gdy sprawy bezpośrednio ich
nie dotyczą.
Pierwszego dnia, – zaraz po
incydencie z Rachele – na wstępie dowiedzieliśmy się, że wystąpiono o podjęcie
głosowania w sprawie dymisji przewodniczącego rady uczniowskiej. Jak widać
nasza zaślepiona zniewagą ‘przyjaciółka’ miała wielu znajomych w tej szkole. Dwa
dni później wszystko doszło do skutku.
Powoli traciliśmy
szacunek w szkole, ludzie zaczęli udawać, że nas nie ma - traktując nas jak
powietrze -, a Ci, którym przeszkadzaliśmy obrzucali nas spojrzeniami pełnymi
politowania albo obrzydzenia. Z czasem doszło też do tego, że czuliśmy bijącą
od nich wrogość, której żaden z nas nie rozumiał. Niemniej jednak, najbardziej
zaskakujący był fakt, że większość szyderstw i obelg była skierowana nie w
trzecioklasistę, który niegdyś był głową elity szkolnej. A we mnie – słabego pierwszaka,
który znany był ze swojej ładnej twarzy. Nie wiem, czy bycie ‘sławnym’ z
takiego powodu w ogóle można uznać za jakikolwiek powód do bycia popularnym.
Jednak nawet teraz nie zdołałem się obronić moją ‘piękną’ twarzą.
Wracając do meritum sprawy, nasza
szkoła zmieniła się w piekło. Wyszydzanie, szepty i obelgi, które towarzyszyły
i otaczały nas nieustannie na korytarzach. Akty wrogości skierowane w moją
stronę, o których Minho nie miał pojęcia, ponieważ nie dawałem nic po sobie
poznać. Nie chciałem go martwić, więc musiałem uciekać. Cały wolny czas poza
lekcjami spędzałem na sali koncertowej ćwicząc, a on znikał na boisku, nonstop
trenując piłkę nożną. Właściwie to byłem zaskoczony faktem, że drużyna
piłkarska – właściwie jako jedyna – zaakceptowała fakt, iż byliśmy razem. Była
zadowolona z tego, że wreszcie nie są skazani na jakąś rozwrzeszczaną fankę,
która wpadałby im do szatni zaraz po meczu. Żarty żartami, ale ich postawa dała
mu oparcie. Dzięki temu miał gdzie się ukryć, gdzie zmienić myśli, na czym się
skupić, by nie myśleć o tym wszystkim co go otaczało. Uciec od problemów i móc
robić to co kocha w gronie ludzi, którzy byli mu życzliwi.
Jednak na wszystko
przychodzi czas. Tak jak przewidywał Minho, chwilę później zespół Se7enBlaq
przeprowadził z nim krótką acz konkretną rozmowę. Nie chcieli by odchodził. Nie
należeli do takich osób. Martwili się o swoją popularność, więc zwołali obrady
drużyny. Jednak on nie chciał nawet słuchać co mają do powiedzenia. Stwierdził,
że nie chce mieszać im szyków i przeszkadzać im w karierze. Podziękował za
współpracę podniósł się i najnormalniej w świecie wyszedł. Nikt nie kwapił się
do zawrócenia go i porozmawiania. Wkrótce, na wskutek ciągłych kłótni między
członkami i braku organizacji, którą wprowadzał Min, zespół rozpadł się i nie
został już później reaktywowany.
W domu nie było niestety lepiej.
Wracał z treningów najpóźniej jak się dało, często nawet w nocy, wykręcając się
faktem, że trener nie daje im żyć. Mogę się założyć, że czas pomiędzy końcem
treningu, a powrotem do domu spędzał na samotnym spacerowaniu po pobliskim
parku, który – dzięki sprzyjającym temu okolicznościom – powoli zamieniał się w
chłodne, ponure i rzadko odwiedzane miejsce. Ja z kolei nie mogąc wytrzymać
samotnie w pustym i zimnym domu – powinienem był się do tego przyzwyczaić, ale
od kiedy Minho mieszkał u mnie zupełnie przestałem odczuwać jego przytłaczającą
kolosalność – i większość czasu spędzałem z mamą, opowiadając jej o moim życiu,
o mojej miłości, o tym, że nareszcie jestem szczęśliwy…a może byłem?
Opowiadałem jej swoje życie kawałek po kawałeczku. Dzieląc się z nią
najmniejszymi fragmentami. Opowiadałem jej o wszystkich moich smutkach,
troskach, rozterkach i żalu. Płakałem nie raz, nie dwa…przestałem liczyć, gdy
po raz dziesiąty raz przeszedłem przez bramę cmentarza. Dawałem się ponieść
rozpaczy, pozwalając by cała złość, strach i lęk przed jutrem uchodziły ze mnie
rzewnymi łzami. Tak bardzo chciałem aby mnie pocieszyła. Powiedziała, że mnie
kocha, że tęskni, że widzi mnie i że się mną opiekuje z góry, że czuwa nade
mną. Ale ona milczała. Milczała uparcie tak, jakby nie chciała się odezwać, a
wiem, że nie mogła. Najbardziej bolało to, że gdyby moja mama żyła mogłaby mi
pomóc. Coś by mi doradziła…może pomogłaby mi podjąć słuszną decyzję. Mógłbym
porozmawiać z nią, a nie tylko z ciemnym kamieniem, który miał jedynie przypominać
ludziom o jej śmierci.
Z dnia na dzień coraz bardziej
zamykałem się w sobie. Przestałem okazywać emocje, wracając do swojej dawnej
maski, nad którą czuwał jedynie wiatr. Tylko wiatr…Minho nie dotykał mnie. A
przynajmniej nie w szkole. Na korytarzach szedł krok za mną jak cień, bacznie
mnie obserwując. Jedynie czasem chwytał mnie za rękę, gdy wahałem się, widząc
jak jakaś banda chłopaków obdarza nas wzrokiem pełnym wrogości. Siedząc przy
stoliku w stołówce razem z Key’em, Hyuną, paroma osobami z drużyny sportowej i
jeszcze dwoma naszymi koleżankami – Sulli i Amber – nasze ramiona ledwie się
dotykały, a my milczeliśmy. To było tragiczne milczenie. Cisza przepełniona
obawą i możliwym brakiem dbałości o wypowiedziane słowa, w taki sposób, że
mogłyby zaszkodzić nam obu.
Pamiętam, że na samym początku dzielnie przeciwstawialiśmy się obelgom
uczniów i tym podobnym. Jednak z czasem, gdy wszystko urosło w siłę poczułem,
że coś jest nie tak. Poczułem się tak jakbym powoli zaczął coś tracić.
Dostrzegłem, że w mojej miłości coś pękło. Nie w uczuciu, nie w przyciąganiu, a
jedynie w więzi. Tak jakby od jego strony więź powoli pękała pod naporem
cudzych słów. Jak gdyby nie była na tyle silna by wytrzymać nietolerancję i
wrogość. Coś co dla Minho było zupełnie nowe, a z czym ja zmagałem się jako
dziecko. Nigdy nie mówiłem nic o moim dzieciństwie w aspekcie społecznym.
Ja…jakby to powiedzieć. Byłem dzieckiem, które niespecjalnie radziło sobie z
innymi. Często byłem wyśmiewany, ludzie zazdrościli mi wyglądu, figury i
talentu, który odkryliśmy razem z moim wychowawcą od tańca, gdy miałem zaledwie
parę lat. Nigdy nie byłem specjalnie odporny psychicznie, już nie wspominając
nawet o upokarzających wf-ach, z których musiałem uciekać by nie pokazać blizn
jakie nosiłem po starciach z moim ojcem. W szkole myśleli, że wdaje się w bójki
po lekcjach, że skoro urodziłem się taki, a nie inny uważam się za lepszego.
Żaden z nauczycieli nie brał moich słów na poważnie. Byłem sam na zawsze i od
zawsze, aż do momentu, w którym pojawił się Key. To on pokazał innym
dzieciakom, że nie jestem ich kozłem ofiarnym ani chłopcem do bicia. Że nie mają
prawa zwracać się przeciwko mnie z nieuzasadnioną niczym wrogością. Że są
osoby, które potrafią stać po mojej stronie nie dlatego, że jestem ‘piękny’,
czy ‘utalentowany’. Ale dlatego, że kochają mnie również za moje wady i
charakter. Gdyby w tamtym czasie nie było przy mnie Kibum’a chyba dawno
spróbowałbym się zabić.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że moje przeżycia krzywdzą
psychicznie mamę. Nie umiała sobie poradzić z tym co się dzieje. Dotarło do
mnie, że nie mogę obarczać jej każdą krzywdą jaką mi wyrządzono i każdym
bolesnym przeżyciem, przez które przeszedłem. Musiałem się więc stać wzorowym
synem. Byłem idealny, starałem się być uśmiechnięty i udawałem szczęśliwego. Z
początku nie chciała wierzyć, ale w pewnym momencie zrobiła to. Dla własnego
dobra. Musiałem zacząć robić wszystko byle tylko nie dać ludziom powodu do
czepiania się mnie. Blizny zacząłem ukrywać podkładami, kremami BB, pudrem.
Wkrótce znałem się na tym na tyle dobrze, że dopiero po bliższym przyjrzeniu
się można było dostrzec różnicę w kolorycie skóry. Zacząłem się ubierać
bardziej na czarno, by sińce pod oczami, na rękach i w innych miejscach nie
odznaczały się aż tak bardzo. Później zrozumiałem, że mój wygląd nie powinien
nikogo interesować, więc zacząłem używać eyeliner’a. Ściąłem włosy, by nie
wyglądać tak delikatnie i dziewczęco, a także przerażenie w oczach schowałem za
chamstwem i obojętnością. Nagle okazało się, że tak się da. Że nagle wszyscy do
Ciebie lgnął bo jesteś niedostępny, bo wszystko jest Ci obojętne, ignorujesz
świat i ludzi, a oni czują, że zdobycie twojego zainteresowania będzie
nagrodzone. Z jedną różnicą, że mylili się co do nagrody. Byłem okrutny, nieczuły, odsyłałem biegające
za mną dziewczyny z machnięciem ręki i z wyrazem twarzy mówiącym „jakie to upierdliwe”. Zdając sobie sprawę, że je raniłem. Raniłem ludzi
tak, jak oni mnie, gdy byli młodsi.
W pewnym jednak momencie mój świat
się zawalił. Key wyjechał zostawiając mnie samego. Poczułem się tak, jakby coś
we mnie umarło. Cząstka mojego serca wyrwała się zostawiając mnie samego z moim
życiem, z moją przeszłością, z samym sobą. To był dla mnie okres największego
wewnętrznego cierpienia. A potem umarła moja matka. Dopiero wtedy coś we mnie
pękło. Zostałem sam w wielkim i pustym domu. Zostałem sam w szkole, w mieście,
w państwie i na świecie. Człowiek, który pozbawił życia moją matkę odsiadywał w
więzieniu dożywocie. Zostałem więc sam ze sobą. Sam ze swoim bólem,
cierpieniem, niezrozumieniem i frustracją. Po prostu sam.
Nie chcę wspominać nawet ile razy próbowałem
popełnić samobójstwo. W wannie znalazła mnie sąsiadka, która przyszła zobaczyć,
czemu nie opróżniam skrzynki na listy. Być może się martwiła, być może była to
tylko sąsiedzka wścibskość. Nie obchodziło mnie to. Jako jedna z nielicznych
miała klucz do mojego domu (nakaz ze strony sądu). Pamiętam tylko, że przez
kolejne dwa tygodnie chodziłem z zabandażowanymi rękami od nadgarstka aż do
łokcia, przeklinając w duchu, że będę miał kuratora, który zacznie mnie
pilnować. I to był mój pierwszy raz. Innym razem próbowałem rzucić się pod
pociąg…ludzie byli szybsi. Po trzecim razie wysłano mnie do sanatorium. Dzięki
rozmowom z ludźmi, którzy mieli podobne problemy do moich zrozumiałem, że
samobójstwo nie jest rozwiązaniem. Błoga cisza i spokój otrzeźwiły mój umysł na
tyle, że uświadomiłem sobie, iż moja mama nie chciałby bym odchodził z tego
świata tak prędko, mając całe życie przed sobą. Dlatego od tamtej pory nawet
nie myślałem o samobójstwie, aż do tej chwili.
Po ostatnim incydencie do kraju wrócił Key. W chwili, gdy go ujrzałem
on rzucił się by mnie objąć, a ja uderzyłem go pięścią w twarz. Gdyby nie jego
ojciec – który złapał mnie od tyłu za ręce i odciągnął od niego - nie wiem, czy
nie wyrządziłbym mu większej krzywdy. Cała moja frustracja, żal, ból i gniew
uderzyły go z wielką siłą. Pamiętam, że zamiast być zły za to, że go uderzyłem
on popłakał się i padł przede mną na kolana prosząc o przebaczenie. Ja
natomiast obróciłem się na pięcie i wróciłem najzwyczajniej w świecie do domu.
Musiało minąć naprawdę dużo czasu zanim mogłem z nim normalnie porozmawiać. Nie
wspominając o niezliczonych godzinach terapii.
Zasępiłem się lekko na myśl o mojej
przeszłości. Gdy teraz tak sobie wszystko powoli układam w głowie zdaję sobie
sprawę, że być może zbyt emocjonalnie do tego podchodziłem. Jednak z drugiej
strony przez całe swoje dotychczasowe życie miałem dwie osoby, które kochałem
najmocniej na świecie. Ponadto obie straciłem i to w bardzo krótkim odstępie
czasowym. Nie chcę przypominać sobie jak czułem się zdany sam na siebie. Nie
chce tego pamiętać. Nie chce pamiętać jak zwijałem się w cierpieniu, wrzeszcząc
na całe gardło, że nie chce żyć. Że chce do mamy, do przyjaciela do szczęśliwej
rodziny, której i tak nigdy nie posiadałem. Krzyczałem do ścian, cały czas
czekając na odzew. Jedyną rzeczą, która mi odpowiadała było ciche echo
rozchodzące się po tym chłodnym, cichym i przerażająco pustym domu.
Jedyną rzeczą, której
pragnę najbardziej na świecie jest możliwość zapomnienia i ruszenia dalej.
Myślę sobie, że gdybym mógł cofnąć czas i tak nie dałbym rady powstrzymać tego
wszystkiego co się stało. Byłem zbyt słaby psychicznie, więc po prostu
chciałbym zapomnieć…”
- Taemin-ah? Tae? Taeee? – Minho uklęknął przed swoim
chłopakiem patrząc, jak ciężkie i słone łzy spływają po jego policzkach, a
nieobecne oczy błądzą gdzieś w przestworzach jego umysłu. Podniósł rękę do jego
policzka, lecz po chwili cofnął ją z wahaniem i wstał. Złapał koc leżący
nieopodal na sofie i okrył – trzęsącego się teraz, bynajmniej nie z zimna –
Taemin’a. Ponownie uklęknął przed nim i dopiero wtedy odważył się musnąć go
palcami po policzku. – Minnie słyszysz mnie? Kocha…Tae? – Bardzo szybko się
zreflektował. Choi czuł się absolutnie nie na miejscu. Nie chodziło o to, że
jego miłość do chłopaka słabła. Wręcz przeciwnie. W każdej sekundzie wrastała
coraz szybciej i wykraczała poza skalę, o którą sam brązowowłosy by się nie
posądził. Powoli zaczynał kochać Taemin’a tak bardzo, że zaczynało go to boleć.
- Minnnho? – Oczy karmelowowłosego rozszerzyły się z
przerażeniem i podskoczył na krześle. – Och Minho… - Lee rozpłakał się tym
razem na dobre. Rzucił się zaskoczonemu chłopakowi prosto w objęcia, który
tracąc równowagę zderzył się z podłogą. Choi podniósł się szybko do pozycji
siedzącej i oparł się plecami o kanapę, pozwalając młodszemu na wtulenie się w
jego klatkę piersiową.
- Przestraszyłem się…nie ruszałeś się dobre dwadzieścia
minut, a ja nie mogłem Cię ‘obudzić’. – Brązowowłosy nie zapytał nawet, czy coś
się stało. On doskonale wiedział co chodziło po głowie jego ukochanemu. To samo
chodziło zresztą po głowie i jemu, ale na razie stronił od tematu, nie bardzo
wiedząc jak ma się za niego zabrać.
- Przepraszam… - Wyszeptał młodszy przyciskając mocniej
głowę do jego piersi i zaciskając palce na jego koszulce.
- Nie przepraszaj. – Ręka Minho powędrowała na jego głowę i
pogłaskała go delikatnie po włosach. – Już nakarmiłem Kanzen, więc możemy iść
spać. Chodź. – Próbował się podnieść, ale Lee powtrzymał go.
- Myślisz, że twój brat powiedział już twojej mamie i tacie
o nas? – Zapytał z wahaniem wspominając spotkanie z Minseok’iem. Brat Minho
zareagował zaskakująco dobrze na ich związek. Ponadto zaprosił ich nawet kiedyś
na spotkanie z nim i jego dziewczyną, ponieważ bardzo chciałby ją przedstawić
już nie tylko swojemu bratu. Minseok cieszył się również, że Minho wreszcie
znalazł sobie kogoś kogo obdarzył bardzo mocnym uczuciem. Stwierdził, że
jeszcze nigdy nie widział u swojego brata takiego błysku w oku i uczucia, które
aż od niego biło. Cała troska była wypisana na jego twarzy, a delikatne gesty
skierowane w stronę Tae upewniały starszego Choi, że się nie mylił.
- Wątpię. Chociaż kto go tam wie. – Skrzywił się lekko. –
Kocham mojego brata, ale jest czasem tak samo nieobliczalny jak mój ojciec.
Myślę, że możemy się spodziewać wszystkiego. – Westchnął i spróbował się
podnieść, teraz ze skutkiem. Taemin zsunął mu się delikatnie z kolan i podniósł
się na nogi. Nadal trzymając rękę swojego chłopaka skierował się w stronę
schodów gasząc po drodze światła. Wolną ręką złapał Kanzen w pasie i podniósł
go. Kot zamruczał i wczepił się w jego pierś. Wspięli się po schodach, po czym
weszli do sypialni Taemin’a. Minho ułożył się na łóżku przyciągając go do
siebie. Głowa młodszego spoczęła na jego piersi, a kot wtulił się w poduszkę
koło szyi brązowowłosego. Tae zamknął oczy i poczuł, że chłopak okrywa ich obu
kołdrą. Wtulił się w jego pierś z zamiarem udania się spać, ale rytm oddechu
Minho wcale nie wskazywał na to, że ten ma zamiar zasnąć.
Po jakichś dwudziestu minutach Lee uchylił delikatnie
powieki i ujrzał swojego chłopaka wpatrzonego w sufit. Oczy miał otwarte, a
wzrok dość przytomny. Młodszy był przestraszony zachowaniem swojego chłopaka.
Nie dał jednak nic po sobie poznać, więc zamknął ponownie oczy i próbował
zasnąć. A gdy za którąś tam próbą w końcu mu się udało minęła trzecia w nocy, a
Minho nadal nie spał. Taemin oddawał się w objęcia Morfeusza ze świadomością,
że bajka, w której tak bardzo niedawno zdawało mu się żyć może w każdej chwili
rozprysnąć się jak bańka mydlana.
Taemin
siedział przy stoliku w stołówce, powoli przeżuwając swoje jedzenie. Sulli
patrzyła na niego z niepokojem i razem z Key’em naradzała się co by tu można
było poradzić w takiej sytuacji. Minho wpatrywał się pustym wzrokiem w jakiś
punkt ponad prawym ramieniem Amber (ślicznej, krótko obciętej,
jasno-blondwłosej dziewczyny), która bezowocnie próbowała skupić jego
spojrzenie na sobie. Nawet chamskie wgapianie się nie przyniosło rezultatu i
wreszcie zrezygnowana dziewczyna upuściła naumyślnie, z hukiem butelkę z wodą
na stół, doprowadzając tym samym trzy czwarte stolika do małego ataku serca.
- Aishhh. – Zasyczała. – Te, Panie charyzmatyczny, może
przestałbyś się wgapiać wzrokiem przygłupa w ścianę tylko skupił na swoim
przerażonym chłopaku, co? – Amber nie należała do przesadnie delikatnych osób,
ale za to była idealnym organizacyjnym punktem ich grupy. To zwykle ona
dyktowała warunki, nawet pomimo faktu, że była Tomboy’em. Jej stylu nie ceniono
w ich szkole, a raczej uważano go za absurdalny i dziwaczny. Jednak ona nic
sobie z tego nie robiła. Mimo wszelkich zastrzeżeń razem z Sulli należała niegdyś
do Se7enBlaq.
- Ona ma racje. – Odezwała się piękna dziewczyna z prostą
grzywką i długimi, kasztanowymi włosami – Sulli. – Minho-oppa…nie chce nic
mówić, ale jako twoja przyjaciółka uważam, że powinieneś się bardziej zachowywać
jak dopowiedziany chłopak. A to co ostatnio robisz…no cóż, znacznie odbiega od
norm zachowania ‘porządnego partnera’. – Mruknęła, po czym napiła się soku.
- Taemin-ah? – Key machnął mu ręką przed oczami.
- Taak? – Drgnął zaskoczony, po czym rozejrzał się po
stoliku. Wszyscy patrzyli na niego w ciszy. – Stało się coś?
- Jeszcze się pytasz? – Mruknął Jiyong, którego włosy, tym
razem, miały w miarę normalny kolor, zbliżony do kasztanu. Było to jednak
rzadkością jako, że uwielbiał się farbować. Chłopak zjechał delikatnie po
oparciu krzesła, rozprostowując tym samym nogi i rzucił nonszalanckie
spojrzenie Minho. – Ziemia do żaby! Pobudka ropuszy księciu! – Wystawił język,
śmiejąc się jednocześnie. Choi drgnął i podniósł wzrok.
- Co? – Mruknął bez wyrazu.
- Spójrzcie na siebie! Ty – wskazała na Taemin’a - grzebiesz
w tej swojej misce jak jakaś bezwolna lalka, a Ty – przeniosła wzrok na Minho -
gapisz się w ścianę jak cielę w malowane wrota. Czy wyście się cofnęli w rozwoju
we te dwa tygodnie, czy co? – Amber skrzywiła się i złożyła ręce na piersi.
- Ona ma racje. – Mruknął Daesung, który uśmiechnął się
smutno pod nosem. Uniósł rękę do ciemnobrązowych włosów i przeczesał je nerwowo
palcami.
- Jak zawsze. – Dodała Sulli.
- Odwalcie się. – Warknął Minho. Wszystkich zmroziło.
- Coś ty powiedział? - Seunghyun (nazywany przez wszystkich
Seungri jako, że w drużynie jest dwóch członków o tym samym imieniu, więc
obydwu nadano przezwiska) obdarzył go mrożącym spojrzeniem, które nawet zwykle
odpornego Key’a przyprawiło o dreszcze. Był dość wysokim i dobrze zbudowanym
chłopakiem, o włosach w onyksowym kolorze.
- Aishh…Miahne. Nie chciałem tego powiedzieć. – Westchnął
Choi i spojrzał w stronę smutnego Tae. – Jak się czujesz, kochanie?
- Obudził się… - Amber wycedziła przez zęby, a chwilę
później westchnęła.
- O nie! Idą. – Sulli za trzęsła się lekko i wskazała ledwo
zauważalnie na gang Rachele, który przez te dwa tygodnie powiększył się
niespełna cztery razy. W takim samym tempie w jakim Minho tracił poparcie ona
rosła w siłę, więc teraz jej świta liczyła sobie siedem osób.
- Myślicie, że idą w naszym kierunku? – Białowłosy Youngbae
(lepiej znany jako Taeyang) obrócił się przodem do idącej bandy by akurat
‘stanąć’ twarzą w twarz z ich liderką. Jako, że Taeyang nadal siedział chamsko odwrócił
się do niej plecami i jak gdyby nigdy nic wdał się w konwersację z siedzącym po
jego prawej stronie czekoladowowłosym Seunghyun’em (z ksywką T.O.P). Obaj
sprawiali wrażenie zupełnie nie zainteresowanych przybyłą. Jiyong również
zlekceważył karcące spojrzenie Rachele i oparł łokieć na ramieniu Seungri’ego,
jednocześnie zwracając na siebie uwagę Daesunga. I w ten o to piękny sposób
wszyscy członkowie drużyny, którzy siedzieli przy stole (nie wliczając w to
Minho) pochłonięci zostali konwersacją na temat muzyki – czyli jak zwykle. Key
szturchnął Taemin’a, który skupił się na nowoprzybyłej i z przestrachem chwycił
dłoń Minho. Amber zjeżyła się lekko tak samo jak Kibum, a Sulli spojrzała na
nią z chłodną wyższością. W tym momencie Rachele uświadomiła sobie, że ma przed
sobą całą, byłą elitę szkolną, która pomimo detronizacji nadal cieszyła się
dość sporymi prawami i małą, acz nadal potężną władzą.
- Czego chcesz? – Odezwała się w końcu Amber, gdy zbyt długa
chwila ciszy i narastające napięcie zirytowało ją aż za nadto.
- Nie przyszłam do Ciebie. – Rachele nawet nie spojrzała na
dziewczynę.
- Nie mamy Ci nic do powiedzenia. – Warknął Minho. – Wynoś
się. – Podniósł wzrok, który wyrażał samą wściekłość. Brązowowłosa cofnęła się
z przestrachem o krok, ale od razu poczuła za sobą swoją świtę i uśmiechnęła
się szyderczo.
- I kto ma teraz większą władzę, panie BYŁY przewodniczący
rady uczniowskiej i szkoły? A może wolisz panie BYŁY szefie elity szkolnej, co?
– Zaśmiała się kpiąco. Minho wyrwał rękę z uścisku Tae, który próbował go
powstrzymać przed zrobieniem jakiej głupoty i wstał, groźnie zaciskając pięści.
Rachele drgnęła, ale uśmiech nie zszedł jej z twarzy. – Ja mam przewagę. – Nie
zdążyła się zaśmiać, bo Choi złapał ją za obróżkę z kryształami, którą miała
przy szyi i pociągnął ją do góry.
- Myślisz, że którykolwiek z tych idiotów za Tobą ruszy
tyłek i odważy się mnie ruszyć? Odważy się podnieść rękę na osobę, która mimo
tej całej afery, którą zrobiłaś wokół mnie i mojego chłopaka zmieniła jakoś
znacznie moją pozycję tutaj? Jeśli sądzisz, że tak to bardzo, ale to bardzo się
mylisz. – Zaśmiał się gorzko i zacisnął mocniej ręce. Rachele złapała się
rękoma za obrożę, nieustannie próbując ją odpiąć, ale była zbyt mocno zapięta,
żeby udało się jej uwolnić w ten sposób. Dziewczyna próbowała wołać pomoc, a
jej świta stała jak cielęta, nie wiedząc zupełnie co mają robić. – Nie uwolnisz
się teraz ode mnie. Wysłuchasz co mam Ci do powiedzenia tak, czy inaczej. –
Dziewczyna umilkła. Choi podniósł swój głos i starał się mówić jak najgłośniej,
tak by wytworzyć jak największe zbiorowisko wokół siebie. Cały stolik wpatrywał
się w niego w milczeniu, zmrożeni nie byli w stanie wykonać nawet ruchu, a
jedyny Taemin skulił się ze strachu na ławce. Minho bolał widok przerażonych
oczu swojego ukochanego, jednak postanowił brnąć dalej. Jak zaczął to musi to
teraz zakończyć. – Yoo Raelae. Nie wiem jak to zrobiłaś i nie chce wiedzieć.
Ale obróciłaś pół szkoły przeciwko nam tylko dlatego, że mamy odmienną
orientację seksualną. Ponadto – Zacisnął palce mocniej. – doprowadziłaś do
tego, że mój chłopak boi się przychodzić do szkoły. A gdyby tego było mało
twoja świta nie wyszydza tylko mnie i jego. O nie. Ona wyszydza także naszych
przyjaciół. Mam tego dość. Mam dość twojej obrzydliwej mordy pojawiającej się wszędzie
tam gdzie jestem albo gdzie będę, planując jak zniszczyć mi życie w szkole. Co
do jasnej cholery ubodło Cię aż tak bardzo, że przyczepiłaś się do mnie i do
mojego chłopaka, a na dodatek naszych przyjaciół, w taki stopniu, że muszę się
teraz upokarzać przed całą stołówką, żebyś się przyznała!? – Ostatnie słowa
wykrzyczał. Dziewczyna patrzyła na niego z przerażeniem.
- Nie muszę Ci się tłumaczyć. – Wycharczała. Minho uniósł ją
wyżej. Dopiero teraz Rachele zaczęła się dusić. – Udduussiszzzz mnnnie… - Wysyczała.
- Nieważne. I tak jesteś bezużyteczna. Odpowiedz mi.
Dlaczego nienawidzisz nas za to, że jesteśmy jacy jesteśmy?! – Wykrzyknął.
- Bo możecie być szczęśliwi! – Dziewczyna zacisnęła
paznokcie na jego dłoni wywołując tym samym syknięcie ze strony Minho, który
pomimo przeszywającego go bólu trzymał równie mocno jej obrożę. - Nikt wam nie
narzuca tego jacy macie być, jak się macie zachowywać, kogo macie kochać i jak
macie żyć! To takie trudne do zrozumienia?! Nienawidzę tego. Nienawidzę ludzi,
którzy pomimo idiotycznych rzeczy, które robią są akceptowani. Wiesz co by się
stało, gdybym powiedziała ojcu, że mam takiego chłopaka, który by mu nie
odpowiadał?! Kazałby mi z nim zerwać i prawdopodobnie zrobiłby mu krzywdę, żeby
ten się więcej do mnie nie odezwał. A gdybym mu się sprzeciwiła wywaliłby mnie
na bruk i wydziedziczył! A pomyśl sobie co by się stało, gdybym się zakochała w
dziewczynie?! W DZIEWCZYNIE! Co by się wtedy stało? Zabiłby ją?! A może mnie?!
A może i ją i mnie, żeby mieć nas z głowy i upewnić się, że nie będziemy
razem?! – Rachele wywrzeszczała te słowa na całą stołówkę, po czym rozpłakała
się. Minho drgnął uświadamiając sobie, że podobną sytuację ma u siebie w domu.
Opuścił dziewczynę na ziemię, która opadła bezwolnie na kolana, krztusząc się.
Cała stołówka zamarła.
- Mój ojciec jest jeszcze gorszy. A jednak mam chłopaka,
którego kocham najbardziej na świecie. I jestem gotowy na to, żeby mój własny
ojciec wyrzucił mnie z domu, wydziedziczył i nawet uderzył. Ale jeśli tknie
Taemin’a to nigdy mu nie wybaczę i on słono za to zapłaci. – Wywarczał. Lee aż
się zachłysnął słysząc te słowa. – Jesteś żałosna. Działasz bez celu, bez
ambicji, wszystko próbujesz obrócić na swoją modłę w idiotyczny sposób,
próbując obalić władzę, która mogła dać Ci wolność. Jeśli jeszcze raz – Zbliżył
się do niej i uniósł brutalnie jej podbródek do góry, każąc jej patrzeć sobie w
oczy. – spróbujesz zrobić coś takiego, to słono za to zapłacisz. I nie tylko
ty, ale i cała twoja świta. – Wypuścił jej twarz i obrócił się na pięcie. – A i
jeszcze jedno: „Jeśli poddany gryzie rękę Pana, który go karmi, sam na siebie
głód sprowadza, pozbywając się sił do walki.” . Zapamiętaj to sobie. – Minho
podszedł do swojego stolika, chwycił Taemin’a za rękę i wyszedł ze stołówki,
mijając rozległe tłumy gapiów. Rachele klęczała upokorzona przed całą szkołą na
środku stołówki i zaciskała pięści. Nikt z jej gangu nie ruszył się, żeby jej
pomóc. Choi miał rację. Za bardzo się bali starej władzy, by pozwolić sobie na
wybryki.
Dziewczyna poruszyła się z zamiarem wstania, ale nagle
ujrzała nad sobą całą paczkę przyjaciół Taemin’a i Minho. Key stał najbliżej
niej trzymając w ręku miskę z zupą rybną.
- Jesteś tak samo obślizgła i obrzydliwa jak te rybki, o tutaj.
– Wskazał na miskę. Rachele spojrzała na niego z wrogością, a Kibum zrobił coś
czego się nikt nie spodziewał. – Płyńcie do mamusi dzieciaczki. – Uśmiechnął
się serdecznie wylewając zawartość naczynia na głowę dziewczyny. Po czym
odstawił miskę na stół, odwrócił się na pięcie i udał się w stronę wyjścia ze
stołówki, tego samego, w którym przed chwilą zniknęli Minho i Taemin. Reszta
ich ekipy zaśmiała się cicho i ruszyła powoli, podążając za Kibum’em.
- To jeszcze nie koniec. – Wywarczała Rachele, do której
dopiero teraz podbiegli członkowie jej świty.
- Boże! O Pani tak bardzo przepraszamy! Baliśmy się go…Przepraszamy…on
był elitą i…no. Błagamy o wybaczenie! – Powiedział jeden z chłopaków,
wycierając naprędce jej ubranie chusteczką.
- Stul pysk. Jest jedna rzecz, którą macie zrobić by
zrekompensować mi to co się stało. Macie nowy cel. – Wysyczała do stojącego
najbliżej blondyna. Podniosła się z ziemi z pomocą jednego z nich i
wyprostowała się.
- Tak jest! – Zasalutowali. – Kim jest cel?
- Lee Taemin.
Chłopak
otworzył lekko oczy i skulił się z powodu tępego bólu, który rozsadzał mu
czaszkę. Uniósł powoli rękę i dotknął miejsca, z którego pochodził tak
koszmarny ból. Jego włosy były zadziwiająco ciepłe, klejące się i mokre.
Drgnął. Rozejrzał się powoli po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Białe
kafelki, gdzie nie gdzie zabarwione delikatnymi drużkami krwi, równie białe
ściany. Kabiny, umywalki, kaloryfer i drzwi otwarte na oścież, które wychodziły
na korytarz. Męska łazienka na drugim piętrze. Chłopak uniósł głowę i podsunął
się z wielkim trudem do siadu, opierając plecami o kaloryfer. Zaczynało
zmierzchać. Spojrzał w dół na swoje ciało. Koszulka była rozerwana, nie miał
spodni na sobie, niegdyś białe bokserki zabarwione zostały na kolor
karmazynowy, który kontrastował ze śnieżnobiałą podłogą. Był również bez butów.
Czuł jak rośnie w nim przerażenie. Spróbował wstać. Udało mu się przy czwartej
próbie. Ledwo doszedł do umywalki. Spojrzał w lustro i ku swojemu przerażeniu
dostrzegł to, co kiedyś jedynie mógł zobaczyć po pobiciu przez ojca. Z karmelowych
włosów powoli spływała krew, jego warga była rozcięta, ręce zostały pokryte
czerwonymi śladami uderzeń, tak samo jak i klatka piersiowa. Chłopak drżącymi
rękami przemył twarz. Nie pozwolił sobie na panikę. Zbyt często ulegał takim
obrażeniom, by teraz najzwyczajniej w świecie histeryzować. Ledwo wyciągnął
telefon z kieszeni i wybrał numer. Po paru sygnałach odezwał się zaskoczony
głos:
~ Taemin-ah? Coś się
stało, czemu dzwonisz? – Głos był zaniepokojony.
- Mógłbyś proszę po mnie przyjechać? – Lee drżącym głosem
wyszeptał do słuchawki.
~ Gdzie jesteś i co
się stało?!
- Jestem w szkole i pewnie Key-hyung zdążył Ci już
opowiedzieć co się stało dziś na stołówce, prawda? – Tae usłyszał szczęk
kluczyków i odgłos jakiegoś trąbiącego samochodu w tle. – Tylko weź proszę ze
sobą jakieś ciuchy na zmianę. – Wyszeptał dławiącym się głosem.
~ O mój Boże. Tylko
nie mów mi, że Cię pobili. – W odpowiedzi na to Taemin się rozpłakał. ~ O Boże, o Boże…już jadę Tae! Słyszysz?
Trzymaj się! Zaraz tam będę!
- Komowa, Jonghyun-hyung… - Zaszlochał cichutko Lee,
zwijając się w kłębek na podłodze.
- Dziękuje hyung. Jestem Ci bardzo wdzięczny za pomoc.
- Taemin skłonił się delikatnie,
wychodząc z samochodu. O mało co nie zabił się w za dużych o dwa rozmiary
butach i przydługich spodniach, ale udało mu się wysiąść raczej bez szwanku.
Jego rany były opatrzone i dzięki długiej odzieży nie było widać, że został
pobity.
- Jeszcze Cię coś boli? Prześpij się teraz, a jutro wszyscy
się spotkamy i to obgadamy, dobrze? – Lee skinął głową. – W ogóle jak to się
stało? Bo nie odpowiedziałeś mi.
- Ponieważ nie pytałeś. Ja…wydaje mi się, że pożegnałem się
z Minho przed boiskiem, ponieważ miał trening, a ja poszedłem do sali muzycznej
poćwiczyć moją piosenkę. Wydaje mi się, że zgarnęli mnie z korytarza. Zawlekli
mnie siłą do łazienki i rzucili mną o ścianę, wyszydzając moje słabe ciało i to
jak bardzo jestem bezsilny bez ‘mojego chłoptasia’. Wydaje mi się, że krzyczeli
też coś o tym, że zrobiłem to dla pozycji w szkole. Pamiętam, że uderzyli mnie
może trzy, czy cztery razy zanim straciłem przytomność. – Jonghyun drgnął.
- A jak się obudziłeś? – Zapytał z wahaniem.
- To od razu zadzwoniłem do Ciebie. – Starszy skinął głową.
- Na razie nie mów nic Minho, ja powiem Key’owi rano i
widzimy się wszyscy o dziewiątej w tej kawiarni na rogu. Wiesz która? Ukochana
Bummie’go. – Tae skinął głową. – Jesteś pewien, że nie musisz iść do szpitala?
- Ani! Czuję się już dobrze. Bardzo dziękuje Jonghyun-hyung.
– Lee odwrócił się na pięcie i zrobił pierwszy krok w kierunku domu, gdy
usłyszał głos bruneta:
- Właściwie czemu akurat ja? – Zapytał.
- Bo jesteś moim Appą. – Tae zaśmiał się serdecznie i ruszył
do domu. Starszy zamyślił się przez chwilę, wsiadł do samochodu, a potem
uśmiechnął się. Dotarło do niego, że skoro Key jest Ummą Taemin’a, to on chyba
właśnie został jego Appą.
- Minho-hyung, już jestem! – Zakrzyknął Tae wchodząc przez
frontowe drzwi do swojego domu. O mało co nie zderzył się ze swoim chłopakiem.
Stanęli naprzeciwko siebie. Lee zwrócił uwagę na trzęsące się ręce chłopaka, na
jego niespokojny wzrok i pełne przerażenia oczy. Choi widząc młodszego
uśmiechnął się sztucznie, po czym przytulił go zbyt szybko i zbyt gwałtownie.
Karmelowowłosy o mało co nie zasyczał z bólu. Minho nawet tego nie zauważył.
Nie zauważył również za dużych ciuchów, które z pewnością nie należały do
niego, rany na wardze i dziwnego zachowania Taemin’a.
- O Tae. Mam dobrą wiadomość. Mój tata wyjechał razem z
bratem i mogę nareszcie wrócić do domu. Bardzo dziękuje za gościnę, ale teraz
będę się zbierał. Do zobaczenia w szkole w poniedziałek. – Uśmiechnął się
nerwowo.
- Minho? – Lee poczuł jak jego serce się rozpada, kawałek po
kawałeczku.
- Dobranoc Tae. – Choi pocałował go szybko w czoło i ruszył
do wyjścia. Widać było, że panika wzięła nad nim górę. Lee był bliski
rozpłakania się. Minho był już prawie przy bramie do ogrodu, gdy odwrócił się w
stronę przerażonego karmelowłosego i zapytał: - A i Taemin-ah? – Młodszy
wstrzymał oddech licząc na jakiekolwiek słowa, które umożliwiłyby mu powrót do
normalnego funkcjonowania.
- T-t-aak? – Wyjąkał.
- Zaopiekujesz się Kanzen? Bo mam strasznie dużo treningów,
a wolę go nie zostawiać samego w domu. – Jedynym na co zdobył się młodszy było
lekkie skinięcie głową. – Komowa! Do zobaczenia! – Zakrzyknął i wyszedł przez
bramę idąc pospiesznie w stronę swojego domu.
Taemin stał w drzwiach dobre pięć minut nim otrząsnął się po
całym zajściu. Zgrabiałymi od zimna palcami zamknął delikatnie drzwi, po czym
osunął się po nich na podłogę swojego przedpokoju. Wpatrywał się teraz
nieprzytomnie w Kanzen, który przyszedł zobaczyć gdzie wyszedł jego Pan. Lee
skulił się w kłębek i podciągnął kolana do klatki piersiowej. Zimna podłoga przeszywała jego ciało i
oplatała go chłodem jak językami z lodu, które smagały go po wątłym ciele.
Chwilę później przemarzł do szpiku kości, ale nie przejmował się swoim ciałem.
Z jego oczu płynęły łzy. Łzy smutku, bólu, przerażenia, pełne lęku przed stratą
i ponowną samotnością. Czuł się skrzywdzony, osamotniony i zdradzony. Osoba,
którą najbardziej kochał i najbardziej potrzebował zostawiła go w najmniej
odpowiedniej dla niego chwili. Zostawiła go wtedy, gdy najbardziej jej
potrzebował. Jedyne słowo, które cisnęło mu się na usta, było tym, którego
zawsze obawiał się najbardziej. Czuł, że słabnie, że jego ciało przestało
tolerować zimno. Że rana na jego głowie powinna być jednak zszyta, ponieważ
ponownie poczuł, że po włosach spływa mu ciepła ciecz. Zatrząsnął się z
przerażenia, a po chwili wszystkiego jego mięśnie odmówiły mu współpracy. Zanim
stracił przytomność z jego lekko rozwartych warg można było usłyszeć tylko
jedno słowo… - „kłamca”.
Minho
wszedł przez drzwi do domu stając oko w oko ze swoim ojcem, który na wstępie
uderzył go otwartą dłonią w twarz. Choi z oczami pełnymi przerażenia wpatrywał
się w zdjęcie, które jego rodzic trzymał w ręku. Zdjęcie przedstawiające jego i
Taemin’a idących po parku i trzymających się za ręce...
„This world will never be
What I expected
And if I don't belong
Who would have guessed it
I will leave alone
Everything that I own
To make you feel like it's not too late
It's never too late
Even if I say
It'll be alright
Still I hear you say
You want to end your life
Now and again we try
To just stay alive
Maybe we'll turn it all around
'Cause it's not too late
It's never too late
This world will never be
What I expected
And if I don't belong”
„Never too late” Three Days Grace
Tłumaczenie:
Ten świat nigdy nie będzie taki jakiego oczekiwałem.
I jeśli przestanę do niego należeć, kto to zauważy?
Zostawię wszystko co posiadam,
abyś poczuł, że jeszcze nie jest za późno.
Nigdy nie jest za późno.
Nawet kiedy mówię, że wszystko będzie dobrze.
Ciągle słyszę jak mówisz, że chcesz skończyć ze swoim
życiem.
Teraz znowu próbujemy po prostu przeżyć.
Może odwrócimy to wszystko, ponieważ nie jest za późno.
Nigdy nie jest za późno.
Ten świat nigdy nie będzie,
taki jakiego oczekiwałem.
I nawet jeśli przestanę do niego należeć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz