Endless Night ~ Nine

Rozdział dziewiąty

„Miłość nie wybiera sobie czasu ani miejsca. Jest tym, czego pragniemy najbardziej na świecie bez względu na okoliczności.”

Wzrok chłopaka błądził po fotografii próbując zrozumieć zaistniałą sytuację. Nogi miał jak z waty, a ręce, które zwisały bezwładnie po jego bokach zaczęły się trząść. Zrobił krok do tyłu z zamiarem szybkiego wycofania się, ale nie zdążył zrobić nic więcej. Jego ojciec złapał go za ramię i brutalnie pchnął w stronę kanapy, o którą o mały włos się nie zabił. Opadł na nią bezwładnie, nadal wpatrując się pustym wzrokiem w fotografię. Był nią tak pochłonięty, że nie zauważył siedzącego obok niego na sofie Minseok’a. Starszy Choi siedział ze spuszczoną głową, szukając najwyraźniej ratunku w swoich butach, w które wpatrywał się natarczywie. Ręce trzęsły mu się podobnie jak Minho.
Nagle mężczyzna zmiął zdjęcie i cisnął nim w ogień, który mienił się w kominku. Wzniecił tym samym większy płomień i rozżarzył odłamki węgla. Minho drgnął i poczuł się tak, jakby to jego serce zaczęło płonąć. Wpatrywał się bezwolnie jak płonie jedno z ich wspomnień. Rodził się w nim gniew z powodu bezsilności.
- Masz mi może Coś do powiedzenia, bachorze? – Wywarczał ojciec, podchodząc bliżej do chłopców. Minseok podniósł głowę, wpatrując się w oczy ojca, które przepełnione były nienawiścią. – Kim jest to ‘coś’, z którym uprzejmy byłeś wymieniać uścisk ręki?! – Brązowowłosy zaniemówił. Głos uwiązł mu w gardle, a słowa, które normalnie cisnęły mu się – przy dyskusjach z ojcem – machinalnie na usta, teraz rozpłynęły się jak kamfora zostawiając go bez pomocy. – Odpowiedz mi!
- Ojcze, przestań, proszę… - Wyszeptał starszy brat, którego natychmiast uciszono gestem ręki.
- Ciebie nie pytałem, zdrajco! Wiedziałeś o tym i nic mi nie powiedziałeś…Jak mogłeś? Zawsze uważałem Cię za kogoś, kto stoi po mojej stronie. Za lepszego syna, bardziej wartościowego, który coś osiągnie. A ty stanąłeś po stronie swojego młodszego i beznadziejnego brata?! Wiesz co na siebie sprowadzasz?! – Minseok ponownie spuścił głowę w geście bezsilności. Obaj bracia zdawali sobie sprawę, że starszy z nich nie jest przyzwyczajony do tego typu wymian ‘poglądów’ z ojcem.
- On nie jest ‘czymś’. To człowiek i nie waż się mówić o nim w takich kategoriach. – Wycedził przez zęby Minho, który wreszcie zdobył się na odwagę.
- Mówisz? No to może oświeć mnie, dlaczego nie mam prawa mówić o ‘nim’ w ten sposób. Należy mu się jakieś specjalne traktowanie? Przepraszam, ale kim on jest, żebym musiał go szanować? – Głos mężczyzny był pełen jadu i szyderstwa.
- No nie wiem kim jest chłopak, z którym trzymam się za ręce. Może to mój zaginiony brat, o którym nie wiesz? Albo przypadkowy przechodzień, którego złapałem za rękę, od tak z nudów? A może jakiś niewidomy, któremu pomagałem przejść przez ulicę?! – Zaśmiał się sarkastycznie. - Jakiej wymówki chcesz usłyszeć zamiast prawdy? Tak bardzo boisz się tych dwóch słów?! Wiem, że wiedziałeś o tym. Zawsze byłem tym popieprzonym synem. Tym gorszym, złym, wynaturzonym i beznadziejnym. Mogłem sobie więc pozwolić na dowalenie Ci jeszcze mocniej, prawda? – Zaśmiał się z politowaniem. – Przecież ja zrobiłem to wszystko specjalnie, być się mnie wstydził jeszcze bardziej i odnalazł jeszcze więcej wad, które rzekomo posiadam. A nie…ja przecież nie mam wad. Ja jestem jedną, wielką, pieprzoną wadą i brudem w twojej rodzinie. Czyżbym Ci czytał w myślach? – Zaśmiał się ponuro. – Chcesz to usłyszeć? Chcesz usłyszeć z moich ust te dwa słowa, których najbardziej się boisz? Których nie chcesz zaakceptować i przyjąć do wiadomości, że tak właśnie jest?! Naprawdę tego chcesz?! – Ostatnie słowa wykrzyczał, po czym zacisnął dłonie w pięści.
- Nie waż się… - Ojciec poczerwieniał ze złości i podszedł bliżej do kanapy. Najmłodszy Choi wstał, stając oko w oko z mężczyzną. Obaj mierzyli się groźnym spojrzeniem, po czym Minho wykrzyczał mu prosto w twarz:
- Jestem gejem. GEJEM. G-E-J-E-M. Dotarło? – Nie zdążył nawet wziąć oddechu, ponieważ piekące uczucie pojawiło się na jego policzku. Dłoń mężczyzny opadła ponownie, po czym zwinęła się w pięść.
- Wmówiłeś to sobie. Ten chłopak…to wszystko jego wina! On Cię do tego skłonił…namówił Cię. Sprowadził Cię na złą drogę! Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie. Czy ja Cię źle wychowałem? Miałeś być wspaniały…taki jak Minseok, a teraz on jest jeszcze gorszy od Ciebie. Nie dość, że zagnieździł demona w twoim sercu, to jeszcze pociągnął twojego brata za sobą! Zabiję tego bękarta! Zobaczysz! Zabije go, choćbym miał i sam zginąć. – Minho zamachnął się i uderzył pięścią, z całej siły, w twarz swojego ojca. Ten zachwiał się i upadł na podłogę, patrząc z przerażeniem jak w jego synu rodzi się furia.
- Nie waż się tak mówić o moim chłopaku. Nie waż się mówić, że go zabijesz. Nie waż się mówić, że to jego wina. Nie waż się mówić mnie i mojemu bratu jacy mamy być i co mamy robić. Jeśli jeszcze raz usłyszę z twoich ust groźbę skierowaną w mojego chłopaka, to osobiście dopilnuje, żebyś za to zapłacił. Potraktuje Cię tak, jak Ty mnie, gdy wydawało Ci się, że jestem nieposłuszny. Myślisz, że byłem strasznym dzieckiem wcześniej? To teraz się przekonasz co to naprawdę znaczy… - Brązowowłosy pochylił się nad swoim ojcem z zamiarem uderzenia go po raz drugi. Gotowało się w nim i powoli przestawał kontrolować swój gniew. Jednak poczuł na swoim ramieniu żelazny chwyt swojego brata, który odciągnął go od ojca, samemu stając przed nim i pociągając go do góry za kołnierz od koszuli.
- Minho ma rację. Poznałem jego chłopaka. Na dodatek ja sam zrobiłem to zdjęcie. Miałem pokazać je mojej narzeczonej, ponieważ chciała wiedzieć dzięki komu mój brat jest nareszcie szczęśliwy. Była bardzo wdzięczna temu komuś. Była wdzięczna za to, że dbał i kochał mojego brata, podczas, gdy szczęście Minho i mnie czyniło szczęśliwym. – Zamilkł na chwile, widząc niedowierzanie na twarzy swojego ojca. – Kocham brata i od zawsze życzyłem mu jak najlepiej. Nigdy jednak nie umiałem przeciwstawić się Tobie i twoim rozkazom. Byłem posłuszny wobec Ciebie i zawsze wykonywałem twoje polecenia, patrząc jak zmieniasz Minho w coraz bardziej nieszczęśliwego człowieka. Tak bardzo żałuję, że nie umiałem Ci się postawić wcześniej. Być może umiałbym sprawić, że on czułby się bardziej akceptowany, a nie odizolowany od rodziny i wzięty pod uwagę wyłącznie pod hasłem ‘bezwartościowy dodatek rodziny’. – Słowa Minseok’a cięły pewność siebie mężczyzny jak cienki materiał, który nie jest się w stanie oprzeć sztyletowi. – Masz coś do powiedzenia? Widzę, że coś ciśnie Ci się na usta. Co to jest? Minseok jest złym synem? Niewdzięcznym, zepsutym, bezużytecznym? Nie tak go wychowałem? Spodziewałem się po nim więcej? Mogłem go wywalić, gdy był na to czas, a teraz jest za późno? Teraz kiedy już postradał zmysły zostało mi tylko wyrzucić go tak jak zrobiłem z moim młodszym synem? – Minseok mocniej zacisnął palce na kołnierzu swojego ojca, a drugą dłoń zwinął w pięść. – Może nie wyrzuciłeś go otwarcie. Być może nie powiedziałeś mu, żeby się wynosił. Ale pokazałeś to. Całe życie udowadniałeś mu gestami jak bardzo go nienawidzisz i jak bardzo doceniasz mnie. Ponieważ TY nie umiesz kochać. Nie kochasz nawet naszej matki. Nie kochasz kobiety, która przez całe życie stała za nami murem i opiekowała się naszym życiem tak, jak ty zawsze powinieneś. Była bardzo dzielna, ale w pewnym momencie zaczęło brakować jej siły. Dzięki temu i ja wreszcie zrozumiałem, że coś jest nie tak. Wreszcie dotarło do mnie jak wielkim byłem głupcem i ślepcem. W jak bardzo trudnej sytuacji postawiłeś ją i mojego brata. Myślisz, że tego nie widzę? Że nie widzę jaki jesteś? – Warknął. – Być może byłem ślepy i nie dostrzegałem najważniejszej rzeczy, ale teraz się zmieniłem. Zresztą możesz również podziękować mojej narzeczonej. To ona uświadomiła mi w jak bardzo beznadziejnej sytuacji są członkowie mojej rodziny przez Ciebie. Aishhh…za to co zrobiłem…a raczej za to, czego nie zrobiłem nienawidzę siebie. Nienawidzę tak bardzo, że nie umiem nawet przeprosić ich. Wiem, że czegokolwiek bym nie powiedział nie będę w stanie zrekompensować im tego co się stało. – Odwrócił się w stronę swojego brata. Już nie był taki wściekły. Wpatrywał się za to w Minseok’a z nieukrywanym zdziwieniem. – Ja…Miahne Minho-yah… - Skinął głową w geście przeprosin i zwrócił się ponownie w stronę swojego ojca. – A to jest ode mnie. – Zamachnął się i uderzył swojego ojca z pięści w twarz, puszczając go tym samym. Mężczyzna upadł na podłogę przepełniony niedowierzaniem. – Masz coś jeszcze do powiedzenia? – Nagle z za ich pleców wyłoniła się ich matka.
- Chłopcy. Zostawicie nas na chwilę. Prosiłabym abyście wyszli na jakiś czas. Aż się z wami nie skontaktuje, dobrze? – Kobieta odezwała się drżącym głosem, stając za swoim mężem. Mężczyzna wpatrywał się z niedowierzaniem naprzemiennie w swoją żonę i synów. Usta miał lekko otwarte z szoku, a jego pięści zaciśnięte były w wielkim gniewie. Nie zdążył jednak zaprotestować, bo chłopcy skinęli potulnie głowami i skierowali się do holu przy wyjściu. Minseok złapał swoją kurtkę i buty i razem z Minho wyszli drzwiami frontowymi w zimną noc.
Gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi starszy brat zwrócił się w stronę brązowowłosego.
- Tak bardzo Cię przepraszam za to zdjęcie…wypadło mi z kieszeni jak wchodziłem do domu i ojciec je znalazł…nie miałem wyboru. Zadzwoniłem do Ciebie, ponieważ ojciec mnie zastraszył. Tak bardzo Cię przepraszam… - Po policzku Minseok’a spłynęła łza. Minho przytulił go. Starszy brat patrzył ze zdziwieniem jak jego brat klepie go pocieszająco po plecach.
- Dziękuje hyung…Gdyby nie Ty nie miałbym odwagi powiedzieć rodzicom o Taemin’ie. – Młodszy zaśmiał się cicho. – Komowayo za uderzenie ojca. Nie wiedziałem, że będziesz do tego zdolny. No i wreszcie komowayo za wstawienie się za mną. – Oczy Minho również się zaszkliły. – Nareszcie z powrotem mam brata, którego tak bardzo ceniłem i kochałem. Stęskniłem się za Tobą, Hyung.
- Ja za Tobą też, Minho-yah. – Westchnął. – No już dość tych czułości. – Zaśmiali się i oderwali od siebie. Nagle telefon Miseok’a zawibrował w jego kieszeni. – Przepraszam Cię na chwilę. – Odebrał go i podniósł do ucha. – Yoboseyo? – Rozmówca po drugiej stronie mówił tak głośno, że niewiele brakowało, żeby Minho zrozumiał o czym jest mowa. – Bwo? Jak to? Ale co się stało? Szpital? – Oczy Minseok’a robiły się coraz większe z przerażenia. – Dobrze już jedziemy. Przekaże mu.
- Jaki szpital? Co się stało Hyung? – Starszy złapał swojego brata za rękę i brutalnie pociągnął go w stronę samochodu. Otworzył go i wsiadł pospiesznie  na miejsce kierowcy.
- Nie mamy czasu. Wsiadaj. – Krzyknął do młodszego.
- Ale Hyung… - Jęknął Minho.
- Powiedziałem wsiadaj! – Krzyknął. Brat wykonał polecenie i parę sekund później mknęli już po ulicy zmierzając w stronę centrum miasta.
- Możesz mi powiedzieć, co się dzieje, do cholery jasnej?  - Warknął wreszcie Minho.
- Key i Jonghyun znaleźli Taemin’a leżącego w kałuży krwi w jego salonie. Właśnie są w szpitalu. – Brązowowłosy poczuł, że się dusi. Tak przerażony chyba nie był nigdy.
- Co-co-co? Co-oo Ty mówisz?! – Minho był w szoku. Poczuł jak cały się trzęsie.
- Ej weź się w garść! Zaraz tam będziemy! Na razie wszystko jest w porządku. Tae właśnie przechodzi operacje. Wszystko będzie dobrze. – Problem był w tym, że sam Minseok nie do końca wierzył w prawdziwość swoich słów.
- To moja wina…ja nie powinienem był go dziś zostawiać. To moja wina…jestem złym człowiekiem. Jak mogłem?! Jak mogłem do tego dopuścić?! Jak mogłem!? Ja…ja kocham go tak bardzo… - W pewnym momencie Minho nawet nie zauważył jak rozpłakał się na dobre. To był już drugi raz. Jego pierwsze łzy także dotyczyły Taemin’a. Ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze było to, że pierwsze największe szczęście również dotyczyło Taemin’a. W tym monecie uświadomił sobie, że przez własną głupotę mógł to tak łatwo stracić. Miał poczucie, że zaczyna nienawidzić siebie jeszcze mocniej niż wcześniej.

„Czy życie może mnie jeszcze bardziej niepokoić? Może gdybym umarł nareszcie zapanowałby spokój? Może przestałbym drażnić tych, na których najbardziej mi zależy. Może przestałbym być dla wszystkich ciężarem i przeszkodą? Może powinienem umrzeć?
Co jest... dlaczego nic nie widzę? Nie mogę otworzyć oczu. Ból przewierca mi czaszkę, ręce odmawiają posłuszeństwa. Boli... tak bardzo boli. Nie chce…z bólu tracę myśli. Dlaczego wszystko się kręci...zupełnie jak karuzela. Nie mogę się ruszyć. Nie wiem, czy jest jasno, czy ciemno. Czy ktoś jest ze mną, czy jestem sam. Czuję jak kontrolę nade mną przejmuje panika. Nagle słyszę czyjś głos. Ktoś bierze moją dłoń, po czym ściska ją delikatnie. Drżę z zimna, a głowę przenika potworny i tępy ból. Chłód wchodzi w moje ciało, przebijając je lodowym oddechem. Słyszę podniesiony głos. Ktoś chyba płacze.
- …zabrać go… - Wydawał mi się być znajomy. Powiem więcej. Wydawał się być tym jednym z nielicznych, które kochałem. - ….musimy…szpital! – Próbuję dokładnie zrozumieć co mówi, ale moje ciało nie słucha.
- Wiem…dzwonię po… - Słyszałem jedynie urywki konwersacji. Głosy były przerażone. Jedna z osób płakała. Czemu płaczą? Jestem aż taki ważny? Nagle poczułem tępy ból w głowie i zamroczyło mnie ponownie.
Wydawało mi się, że jestem transportowany. Ludzkie ręce dotykały mnie po całym ciele, najwidoczniej sprawdzając jego stan. Coś na siłę rozdzierało mi powieki rażąc światłem oczy. Przestań! To boli…nie mogłem się ruszyć. Chciałem krzyczeć, ale brakowało mi powietrza. Leżałem….leżałem chyba w karetce. Było mi dziwnie ciepło. Poczułem w swoich płucach ścisk i zakaszlałem ciężko. Wyczułem w swoich ustach smak krwi.
Nagle dotarło do mnie, że jestem sam. Uchyliłem lekko oczy, by zaraz zamknąć je przez oślepiające mnie białe światło. Nie było przy mnie nikogo. Dookoła panowała absolutna cisza, chyba, że to ja ogłuchłem.
- Pacjent gotowy? – Usłyszałem chłodny, ale donośny głos.
-  …operacja…sala. – Damski głos ucichł, a ja próbowałem skupić się na czymś innym niż tylko bólu, który opanował całe moje ciało. Nienawidziłem tego stanu.
Odzyskałem przytomność na jakiś czas, by zorientować się, że jacyś ludzie stoją nade mną i zadają mi ból. Próbowałem się poruszyć, wyrwać, uświadomić im jak wielkie zadają mi cierpnie. Po jakimś czasie świadomości nie miałem nawet siły by walczyć. Jedyne czego chciałem to śmierć. Jak najszybsza śmierć.
Chwilę później przestałem cokolwiek czuć i znów straciłem przytomność.”

Na środku poczekalni stała ławka. Ławka, którą wszyscy pacjenci obrzucali spojrzeniami. Większość była zaskoczona, niektóre okazywały zdegustowanie, a jeszcze inne były ciepłe i radosne, z powodu odskoczni od szpitalnej i ponurej atmosfery, która zasiadała właśnie na tej ławce. Białowłosy chłopak leżał z głową na kolanach bruneta, który głaskał go delikatnie po włosach. Oczy miał całe czerwone od płaczu, a ręce trzęsły mu się bynajmniej nie z zimna. Kolana przyciągnięte miał do klatki piersiowej, a niespokojny wzrok błądził po ścianach w nadziei, że znajdzie odpowiedź na nurtujące go pytania. Starszy chłopak wpatrywał się pustym wzrokiem w ścianę machinalnie uspokajając palcami drugiej ręki swojego chłopaka. Przejeżdżał powoli dłonią po jego plecach tak, by poczuł się on komfortowo i uspokoił się na tyle by móc normalnie oddychać. Mały kotek leżał na ramieniu siedzącego, pochrapując niespokojnie. Nawet rytmiczny oddech zwierzaka nie był w stanie go uspokoić. W środku wciąż gotowało się w nim i zalewało jego serce poczuciem winy. Przerażenie brało nad nim górę, ale reszta zdrowego rozsądku kazała mu zostać przy blondynie. Jednak czuł, że wyrzuty sumienia powoli zaczynają się nasilać i był pewien, że jeśli coś się stanie młodszemu będzie to jego wina.
Nagle dwójka podskoczyła ze strachu, gdy usłyszeli swoje imiona. Zobaczyli jak przerażony brązowowłosy biegnie w ich stronę wołając ich. Gdy wreszcie dobiegł zastygł z zaskoczenia, widząc stan psychiczny swoich przyjaciół. Już dawno nie widział tak podłamanego bruneta, nie wspominając o psychicznie rozpadającym się blondynie.
- Co się stało? – Wydyszał Minho z przerażeniem.
- Pytasz nas co się stało? Pytasz nas? – Key wydusił z siebie drżącym.
- Cii, Kibummie…Już dobrze. – Wyszeptał Jonghyun głaszcząc swojego chłopaka po głowie i ratując go tym samym przed rozpłakaniem się.
- Proszę…wyjaśnijcie mi. Gdzie jest Taemin?! – Choi warknął.
- Tak jakby Cię to obchodziło. – Mruknął z niesmakiem brunet. Minho zdębiał wpatrując się w przyjaciela zaskoczonym wzrokiem. – Teraz Cię obchodzi, co?
- Proszę? – Brązowowłosy patrzył zdezorientowany jak jego najlepsi przyjaciele obdarzają go wzrokiem pełnym pogardy.
- Teraz Cię to obchodzi. – Powtórzył Jonghyun. – Ale kiedy przyszedł do domu trzęsąc się z przerażoną miną, w ogóle Cię to nie obeszło. Mam rację? – Lodowaty ton głosu bruneta przyprawił go o ciarki.
- Jak ty…? – Wyjąkał.
- To ja zabrałem go dziś ze szkoły. To ja opatrzyłem jego rany. To ja dałem mu świeże ubrania, bo były całe podarte i we krwi. – Przerażenie Minho nasilało się z sekundy na sekundę.
- Krew? – Wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.
- I odwiozłem z powrotem do domu, ponieważ koniecznie chciał Cię zobaczyć. A Ty? A TY co zrobiłeś?! – Zamilkł na chwilę jednocześnie wstając z ławki, uprzednio zsuwając sobie z kolan Kibum’a. Podszedł do oniemiałego brązowowłosego i szarpnął go za kołnierz. – Gdzie byłeś kiedy on Cię potrzebował?! – Minho zwiesił głowę.
- W przebłyskach świadomości Minnie krzyczał coś o powrocie, o ojcu i o kłamstwie… - Głos uwiązł Key’owi w gardle. – Czy…czy to Ty jesteś tym kłamcą, o którym mówił? – Zamilkł na chwilę. – Nie sądzę, że miał zbytnią kontrolę nad tym co mówił…Ale muszę wiedzieć. Czy on mówił o Tobie? – Spojrzał na niego wyczekująco.
- Tak. – Szepnął Choi zaciskając dłonie w pięści. Jonghyun puścił go i powrócił na swoje dawne miejsce na ławce, składając ręce na piersi.
- Co zrobiłeś? – Wycedził lodowatym głosem.
- Ja…mój ojciec wyjechał… brat dzwonił i moja matka…chcieli, żebym wrócił…a ja, ja myślałem… - Nie wiedział jak ma przekazać to co czuł i to co się stało.
- Weź się w garść stary. – Warknął najstarszy. Minseok stał koło nich pod ścianą, przysłuchując się całej sytuacji.
- Myślałem…myślałem, że jak dam nam trochę czasu to wszystko będzie dobrze. Wszystko stało się tak nagle…ja kochałem się w nim od dawna. – Na te słowa cała trójka zdębiała.
- Bwo? – Key wyszeptał.
- Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Nie chciałem się tylko przyznać sam przed sobą…Dopiero po powrocie z Japonii zrozumiałem co tak naprawdę czuję. Wtedy na samym początku roku…wpadliśmy na siebie…

- Oh przepraszam… - Wyszeptał brązowowłosy, który oniemiały ją wpatrywać się w piękną postać, którą właśnie nieopatrznie potrącił. Chłopak był od niego odrobinę niższy. Drobna figura, szczupłe ręce, średnio długie włosy w karmelowym odcieniu, wielkie czekoladowe oczy w kształcie migdałów, w których – pomimo swoich zaprzeczeń – od razu zatonął bez pamięci. Delikatne i miękkie usta, perfekcyjna budowa, długie, szczupłe nogi. W tej chwili chłopak naprawdę nie wiedział na czym ma się skupić. W pewnym momencie jego rozmarzenie przerwał młodszy.
- Taa…trzeba było uważać. – Burknęła postać. Starszy puścił tę uwagę mimo uszu.
- Jesteś tu nowy? – Zapytał, próbując nawiązać konwersację.
- Ne. I co z tego? – Mruknął.
- Annyeonghaseyo. Choi Minho imnida. – Minho skłonił się lekko uśmiechając się promiennie. Miał wrażenie, że młodszy zaraz ucieknie. Nie czuł się komfortowo widząc w jaki sposób reaguje na niego tak piękna istota. Oj tak. Choi wydawało się, że jest to jeden z najpiękniejszych widoków jakie widział kiedykolwiek, ale przecież nie przyznał się sam przed sobą. Stwierdził po prostu, że jest tym żywotnie zainteresowany z pobudek czysto wizualnych.
- Lee Taemin. – On również skłonił się lekko, ale brązowowłosy wiedział, że robi to jedynie przez wymuszoną grzeczność. – Przepraszam, ale pozwolisz, że oddalę się teraz. – Nie czekając na odpowiedź wyminął go i ruszył przed siebie.
- Nie ma sprawy. – Mruknął z zakłopotaniem starszy. – Do zobaczenia później, Lee Taemin. – Wspominany nie odwracając się machnął mu ręką na pożegnanie i zniknął z jego pola widzenia. Minho stał tak dobre pięć minut zanim dotarło do niego, że zaraz spóźni się na rozpoczęcie roku, na którym miał wygłosić przemówienie.
Wbiegł do audytorium i ruszył ku scenie. Minąwszy grupkę pierwszoklasistek usłyszał nerwowe chichoty i parę westchnień. – Kolejne. – Mruknął ze zirytowaniem sam do siebie.
Wszedł na scenę dzierżąc w dłoni mikrofon i nim zaczął mówić przeczesał wzrokiem ludzi na sali. Nieważne jak długo szukał tej jednej osoby nie mógł jej znaleźć. Napotkał za to wzrokiem swoich kolegów z drużyny, Amber, Sulli, którym odpowiedział na uśmiechy uśmiechem. Jednak ciągle szukał czegoś. A raczej kogoś. ‘Lee Taemin, gdzie jesteś?’

Minho doskonale pamiętał tę chwilę. Od tamtego momentu powoli zaczął sobie uświadamiać, że Tae nie był tylko punktem zaintrygowania. On go przyciągał. Od tamtej chwili czuł do niego coś więcej niż tylko sympatię. Sprawę zdał sobie dopiero po powrocie z Japonii, kiedy widząc chłopaka jego żołądek obrócił się o kąt stu osiemdziesięciu stopni i został po brzegi ‘wypełniony miłosnymi motylkami’. Zaakceptowanie faktu przyszło mu z trudem. Do tamtej pory interesowały go wyłącznie dziewczyny, a teraz zakochał się w chłopaku. To było dobre słowo.
Choi pierwszy raz zdobył się na odwagę – by przyznać się sam przed sobą, że się w nim zakochał – na wyjeździe, kiedy jedna z jego koleżanek powiedziała mu, że on się jej podoba. Chciała się z nim umówić, a on z uśmiechem – zupełnie nie kontrolując tego co robi – odmówił jej, mówiąc, że ma już kogoś kogo lubi. Dziewczyna była w niemałym szoku, ale zaakceptowała jego słowa. Niemniejsze zaskoczenie doznał Minho, kiedy zdał sobie sprawę z tego co powiedział.
           
Z zamyślenia wyrwał go głos Jonghyun’a. Otrząsnął się i pozwolił przeszłości ponownie dryfować sobie tak, jak robiła to zawsze.
- Nie wiedziałem o tym. – Mruknął cicho.
- To nie jest teraz ważne. Ważne jest to co się z nim stało? Powie mi ktoś, czy mam iść do lekarza?! – Podniósł głos.
- Poplecznicy Rachele – jej imię wycedził przez zęby – postanowili sami wymierzyć nam ‘sprawiedliwość’. – Minho patrzył pytającym wzrokiem na przyjaciela. – Zaraz po tym jak rozstałeś się z nim przed treningiem przydybali go i zaciągnęli siłą do łazienki… - Wzdrygnął się, po czym kontynuował drżącym głosem. – grozili mu, wyszydzali go i wasz związek. Potem bili go aż stracił przytomność, a sądząc po obrażeniach jeszcze dłużej. – Choi czuł jak jego serce staje. Nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. – Zadzwonił do mnie jak tylko się ocknął. Znalazłem go całego we krwi…w tragicznym stanie… - Głos mu się załamał. Jednak chwilę później zalała go fala gniewu. – Jak myślisz dlaczego pobili akurat jego? On im nic nie zrobił. On nawet w życiu nie zamienił słowa z tą suką. Oni pobili go za Ciebie. – Warknął. – Wiedzieli, że nie mają szans z Tobą, a musieli zrobić coś by Cię skrzywdzić. Byś pożałował tego co stało się w stołówce. – Minho wzdrygnął się uświadamiając sobie, że Key bardzo dobrze wprowadził swojego chłopaka w temat. -  Przecież łatwiej jest skrzywdzić coś, co zostało już skrzywdzone. Nie raz, nie dwa. Tylko wielokrotnie. Coś co jest słabe i kruche, potrzebuje oparcia i ochrony. Czemu to on został skrzywdzony? Czemu on, a nie Ty? Bo to on jest tym słabszym. Tym, którego łatwiej jest zranić nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, ze świadomością, że nie odbije się to tylko na jego psychice, ale również na twojej. Rachele zaplanowała to. Jest mądrzejsza niż przypuszczaliśmy… - Skończył szeptem Jonghyun. W pewnym momencie brązowowłosy stracił grunt pod nogami. Jego ciało załamało się pod nim, zmuszając go by padł na klęczki. Oparł się dłońmi o posadzkę łapczywie chwytając powietrze. Żaden z nich nie był sobie w stanie wyobrazić jak bardzo musiał cierpieć Taemin. Nie chodziło o samo pobicie. Minho obiecał mu, że nie dopuści by jakiekolwiek uczucia z jego przeszłości powróciły do niego i go skrzywdziły. A teraz wszystko znowu się wydarzyło. Znowu ktoś się nad nim znęcał. Nawet wtedy, gdy był z Minho. Choi wiedział, że tym samym być może bezpowrotnie stracił zaufanie osoby, którą pokochał. Jego pierwszą miłość. Miał nadzieję, że będzie też ona jego ostatnią.
A teraz wszystko mogło runąć przez jedną zawistną dziewczynę i idiotów, którzy się za nią wstawiali. W chwili, gdy ta myśl przemknęła przez głowę brązowowłosego uświadomił sobie coś. To nie była tylko jej wina. To była jego wina. Tylko i wyłącznie. Dopuścił do tego. Dopuścił, żeby stało się coś takiego. Już teraz wiedział, że nawet jeśli Taemin kiedyś mu wybaczy, on do końca życia nie będzie w stanie wybaczyć sobie tego co zaszło.
Minho nie poruszył się. Nie był w stanie. Tkwił na posadzce dobre dziesięć minut, próbując się uspokoić. Gdy wreszcie podniósł głowę i spojrzał na swoich przyjaciół obaj wciągnęli głośno powietrze. Jonghyun jak długo przyjaźnił się z Minho, tak jeszcze nie widział go w tak makabrycznym stanie. W jego oczach można było dostrzec jego serce, które rozpadło się na tysiące kawałeczków. Wszystkie uczucia: miłość, pożądanie, wiara, zaufanie, gniew, nienawiść, rządza zemsty, ból, wręcz cierpienie, lęk i strach…i wiele innych. Jego uczucia rozpadały się jedno po drugim, tworząc emocjonalną pustkę. Chwilę później jego oczy były puste i pozbawione wyrazu. Tak jakby wszystkie emocje, które skrywał nagle wydostały się na wolność. Jakby zostawiły go samego. Jedynym co zostało było przerażenie. Czyli coś, co Key bardzo długo dostrzegał w oczach Taemin’a.
Nie wytrzymując napięcia Kibum wstał z ławki i uklęknął przy Choi, obejmując go ramionami i głaszcząc po plecach. To popchnęło brązowowłosego do ujścia reszcie emocji. Rozpłakał się na oczach całej przychodni. Pacjenci patrzeli na nich z ciekawością, nie bardzo wiedząc jak mają się odnieść do całej sytuacji. Patrzyli więc bez emocji, tym samym zmieniając tor swoich myśli na coś innego niż tylko ich własnego problemy.
- To moja wina... – Minho łkał w ramiona blondyna. Brunet wstał z ławki i podszedł do nich, po czym pochylił się i pogłaskał go po włosach.
- Cieszę się, że wreszcie dotarło coś do tego twojego pustego łba. – Minseok, który do tej pory przyglądał się biernie, również podszedł do nich. – To nie jest tylko twoja wina. My również mogliśmy tego dopilnować. Nie obwiniaj się aż tak bardzo. – Jonghyun próbował załagodzić sytuację.
- Twój przyjaciel ma racje, bracie. Wszystko będzie dobrze. Z tego co wiem Taemin nie jest w tragicznym stanie. Wyjdzie z tego. Po prostu stracił trochę krwi i jest obolały. – Mimo zapewnień brata Minho nadal płakał. Płakał tak jak jeszcze nigdy. Jakby łzy były jego emocjami, które znalazły ujście na policzkach, spływając gorzkim strumieniem rozpaczy.
- Nie. To tylko i wyłącznie moja wina. – Wyszeptał w końcu łamiącym się głosem. – Mój ojciec miał rację. Nie zasługuję na wszystko co otrzymałem od losu. Jestem beznadziejny. Nienawidzę siebie…najlepiej byłoby dla wszystkich gdybym uma… - Key wszedł mu w pół słowa.
- To dzięki tobie po raz pierwszy od wielu lat miałem okazję ujrzeć jego uśmiech. Chęć kontaktu z ludźmi, zaangażowanie w relacje. Okazanie uczuć… - Zamilkł na chwilę. Minho wpatrywał się w niego pustym wzrokiem. – Czy Ty w ogóle wiesz jak wiele kosztowało go powiedzenie Ci, że Cię kocha? – Westchnął. – Ja, czyli osoba, który była dla niego jak rodzina, jak brat, jak matka, której prawie nie miał, nigdy nie doznałem tego zaszczytu. – Złapał go za podbródek, zmuszając go tym samym by spojrzał mu w oczy. – Więc jeśli chcesz się użalać nad sobą to najpierw zastanów się kim jesteś dla niego. Jesteś jego oparciem, miłością, schronieniem. Jesteś jedyną osobą, z którą czuje się – bez względu na wszystko – bezpiecznie. Skup się na nim, a nie na swoich błędach. – Key wstał i z pomocą Jonghyun’a podniósł Minho z klęczek. Posadzili go na ławce i głaskali po plecach, próbując go uspokoić. Choi zamknął oczy i skupił się na rytmicznym oddechu Kanzen. Chwilę później uspokoił się na tyle, że łzy same przestały lecieć mu z oczu i wreszcie mógł zastanowić się nad tym co będzie dalej.

            Siedział nieruchomo wpatrując się pustym wzrokiem w kroplówkę. Płyn kapał nieustannie, przełamując tym samym chłodną ciszę w pokoju. Oddech miał niespokojny, a ręce drżały mu delikatnie. Kciukiem głaskał powierzchnie dłoni Taemin’a, dzięki czemu, mimowolnie, wyrównywał sobie rytm pracy serca. Ciało Lee było tak wiotkie jak jeszcze nigdy dotąd. Skóra była blada, prawie przezroczysta, a porównanie jej do alabastru nie byłoby przesadą. Włosy nabrały szarego odcienia, a zasinienia na policzkach przerażająco kontrastowały z jego bladą twarzą. Ręce ukazywały rozliczne siniaki, a gdzie nie gdzie zadrapania, które zdążyły pokryć się drobnymi strupkami.
Minho z przerażeniem patrzył na zabandażowaną głowę swojego chłopaka, na jego wiotkie ciało, ciężko unoszącą i opadającą klatkę piersiową, na lekko rozchylone we śnie usta, które były pęknięte z jednej strony.
Od lekarza dowiedział się, że ukochany pozostanie w śpiączce farmakologicznej co najmniej przez następne cztery dni. Zapewnił go również o stabilnym stanie pacjenta i próbował go uświadomić, że nie musi się aż tak bardzo martwić. Jednak to wcale nie przemówiło do Choi. Wolał siedzieć przy nim i dotrzymywać mu towarzystwa, ponieważ obiecał, że zawsze przy nim będzie. Już raz złamał tę obietnicę.
- Okłamałem Cię. Obiecałem, że już zawsze będę przy Tobie. A nie było mnie, gdy tego najbardziej potrzebowałeś. Nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczysz mi to co zrobiłem. Czy kiedykolwiek ja wybaczę sobie złamanie danego Ci słowa… - Głos mu się załamał. – Nienawidzę siebie. Nie wiem jak mogłem pomyśleć, że danie nam czasu będzie dobrym pomysłem. Chciałem dobrze…naprawdę. Musisz mi uwierzyć. Myślałem, że tak będzie lepiej. Dla mnie…i dla Ciebie. Jesteś dla mnie najważniejszy. A ja po prostu jestem idiotą. – Wziął głęboki oddech. – Jesteś najwspanialszą, najpiękniejszą i najcudowniejszą osobą jaką poznałem w całym swoim życiu. Jesteś także najważniejszym elementem mojego życia. Napędzasz mnie do działania, jesteś powodem, dla którego żyje, który napędza moje serce, nadając mu odpowiedni rytm. Kochałem Cię na długo przedtem zanim zdałeś sobie sprawę z mojego istnienia. Może to moje serce było po prostu przeznaczone Tobie od samego początku? – Zaśmiał się cichutko. – Kocham Cię Lee Taemin. – Położył głowę na łóżku swojego chłopaka, zaraz koło jego głowy. Zamknął oczy i splótł swoje palce z jego. Uniósł dłoń karmelowłosego i delikatnie pocałował. Chwycił ją obiema dłońmi i przycisnął sobie do serca. – Obudź się szybko. A gdy się obudzisz zobaczysz mnie. Osobę, która kocha Cię najbardziej na świecie. – Minho czuł, że jeśli coś stanie się młodszemu z jego powodu już nigdy nie będzie w stanie żyć sam ze sobą…

„They don't know how long it takes
Waiting for a love like this
Every time we say goodbye
I wish we had one more kiss
I'll wait for you I promise you, I will

I'm lucky I'm in love with my best friend
Lucky to have been where I have been
Lucky to be coming home again
Lucky we're in love in every way
Lucky to have stayed where we have stayed
Lucky to be coming home someday”



* ”Lucky” Jason Mraz
Tłumaczenie:

Oni nie wiedzą, jak długo trwa
Czekanie na miłość taką jak ta
Za każdym razem, gdy się żegnamy
Pragniemy jeszcze raz się pocałować
Będę na ciebie czekał. Obiecuję, że będę…

Jestem szczęśliwy, bo zakochałem się w najlepszym przyjacielu
Szczęśliwy, bo byłem tam gdzie miałem być
Szczęśliwy, bo znów wracam do domu
Szczęśliwi, bo w każdym razie będziemy zakochani
Szczęśliwi, bo zostaliśmy, gdzie mieliśmy zostać

Szczęśliwi, bo któregoś dnia wrócimy do domu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz