Rozdział dziesiąty
„Miłość nie istnieje. Jest tylko wytłumaczeniem ludzkiej głupoty.”
Gałęzie
poruszały się lekko pod napływem wiatru, uderzając w korony sąsiednich drzew.
Ich ciemno-szary kolor pasował do ponurego krajobrazu, który roztaczał się
wokół, klęczącego na zimnym marmurze, chłopaka. Jego wzrok był pusty, usta
wyginały się w lekkim acz smutnym uśmiechu, ręce zwinięte w pięści spoczywały
na jego kolanach. Westchnął cicho, po czym rozluźnił jedną rękę i poprawił
sobie nerwowo włosy palcami.
- Annyeonghaseyo,
Uhmuhni (czyt. omoni ‘matka’1). Przyniosłem kwiaty. – Wyszeptał
cicho, uśmiechając się lekko. – Od wczoraj nic się nie zmieniło. Nadal śpi.
Ale… - zamilkł na chwilę – jego ciało wygląda już lepiej. Skóra ma lepszy
kolor, sińce pod oczami prawie zniknęły, włosy nie są już takie szare… -
westchnął. – ale blizny i zadrapania są nadal. – Ukłonił się nisko. – I to
wszystko moja wina. Jeongmal miahne… - Westchnął ciężko i podniósł się z
klęczek. – Chyba już pójdę. Dziś mija trzeci dzień. Jutro powinien się już więc
obudzić… - Otrzepał lekko jeansy i ukłonił się głęboko (wyraz ogromnego
szacunku). Spojrzał na granitowy nagrobek, na którym wyryty zostało drobne
epitafium:
„Umiera się nie po to, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej”
A zaraz pod nim widniał napis:
"Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych,
którzy umierają, zasługuje na życie...".
Na zawsze razem.
Twój syn.
- Bardzo dobrze powiedziane Panie Tolkien2…. – Sarknął i ruszył przez cmentarz mijając spoczywających tu ludzi, którzy swoją historią opowiadali o życiu więcej niż można się było niekiedy dowiedzieć od żyjących.
Białowłosy chłopak wpatrywał się
w milczeniu na trzęsącego się z zimna przyjaciela, który pomimo lodowatego
wiatru i pochmurnej pogody ubrany był jedynie w sweter. Szedł powoli, mijając -
siedzących na ławkach, zmartwionych, pełnych smutnego lub pełnego nadziei
oczekiwania - ludzi. Szpitalny korytarz niósł ciszę, napięcie, nadzieję,
zmartwienia i czasem szczęście. Jednak osoba, która szła nim teraz powoli nie
niosła w sobie nic. Jak wrak bez uczuć, którego pustki nie zapełni nawet ciepło
rodziny, ale lichy żart wywabi fałszywy uśmiech na jego twarzy.
- Gdzie byłeś? - Zapytał cicho, próbując przedrzeć się
wzrokiem przez mur otaczający brązowowłosego. Jednak ten milczał. Milczał
uparcie za każdym razem, gdy padało pytanie "Co robił?", "Gdzie
był?", czy "Czemu milczy?"
Jedyną odpowiedzą była pustka w oczach, która wyziębiała odwagę pytającego,
wytrącając mu z ręki słowa i argumenty.
- Czy wszystko z nim w porządku? - Zapytał, całkiem
ignorując pytanie przyjaciela.
- Tak. Jutro go wybudzą. - Niższy chłopak przysiadł na
krześle, które stało pod ścianą. - Siadaj. - Poklepał miejsce obok siebie.
Drugi posłusznie usiadł. – Nie odzywasz się do mnie w szkole, omijasz mój
wzrok, nie reagujesz na jakąkolwiek z osób przy naszym stoliku. Sulli, Amber,
ja, Jonghyun, cała drużyna….nasi przyjaciele. Martwią się o Ciebie. – Minho
sarknął w odpowiedzi przymykając powieki.
- Odpuść. – Westchnął głęboko, dobijając tym samym Kibum’a.
- Dobrze, odpuszczę. Ale muszę zapytać o jedną rzecz.
Dlaczego wtedy odszedłeś? – Gdyby spojrzenie mogło wywiercać dziury Minho
zacząłby stopniowo przypominać sito. Jednak nadal milczał. – Minho-yah… -
Brązowowłosy otworzył oczy i podniósł wzrok, a Key zamarł. W oczach przyjaciela
już dawno nie widział tak wiele cierpienia. Wszystkie uczucia, które miał w
sobie można było dostrzec na raz w jego oczach.
- Pomyliłem się. – Wyszeptał dławiącym się głosem Choi.
Białowłosy skinął lekko głową.
- Nie mogliśmy się do Ciebie dodzwonić tamtego wieczora.
Dopiero po jakimś pięćdziesiątym telefonie odebrał Minseok. Byliśmy wtedy już w
szpitalu. – Powiedział cicho i westchnął.
- Jak… - Zawahał się. – Jak go znaleźliście? Skąd
wiedziałeś, że coś się stało? – Key przymknął powieki i oparł się głową o
ścianę.
- Jjongie strasznie się czymś martwił, a ja – jak wiesz –
znam go praktycznie na wylot, więc od razu mogłem ocenić, że coś jest nie tak.
I rzeczywiście było. Wystarczyło go troszkę przydusić i zagrozić celibate… -
Minho zakrztusił się.
- Wystarcz szczegółów. – Kibum zachichotał i wystawił język.
Choi zmierzył go lekko rozbawionym spojrzeniem. Uwaga Kim’a rozluźniła nieco
atmosferę.
- No cóż. W każdym razie dość szybko się poddał. Zwłaszcza
po tej uwadze. – Zaśmiał się. – Powiedział mi, że martwi się o Minniego. Parę
minut później już siedziałem na kanapie, dzwoniąc do niego do domu. Potem
dzwoniliśmy do Ciebie i na jego komórkę. Na początku żartowaliśmy sobie, że
oddajecie się miłosnemu uniesieniu, ale potem zadzwoniliśmy na wszelki wypadek
do twojego domu i odebrała twoja mama. Powiedziała, że jesteś w domu razem z Mineseok’iem.
I wtedy przestraszyliśmy się. – Zamilkł na chwilę, masując sobie kark wolną
ręką. Przeciągnął się. W odróżnieniu od Minho przyszedł tu od razu po szkole i
nie zdążył nawet nic zjeść, nie mówiąc już o rozprostowaniu kości. Wszystko go
bolało przez nieustanne czuwanie przy łóżku najmłodszego. – Musieliśmy
sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. To co zobaczyliśmy potem…było
straszne. Wpadłem w histerię. Gdyby nie Jonghyun…nie wiem co bym zrobił…nie
byłem w stanie…ja… - Minho poczochrał mu włosy na głowie.
- Już dobrze. Spokojnie. – Uśmiechnął się pocieszająco. Key
odetchnął głęboko.
- Zastaliśmy go przy drzwiach wejściowych całego we krwi.
Był blady jak ściana i miał płytki oddech. Kanzen biegał wokół niego wariując. Tae
miał bardzo słaby puls. Myślę, że gdybyśmy przyszli nieco później… - Zamknął
usta na chwilę, po czym wyszeptał – on już by nie żył. – Zakończył mrożącym
krew w żyła szeptem. Minho drgnął i uświadomił sobie co by się stało, gdyby nie
jego przyjaciele. Całe poczucie winy, które próbował ukryć gdzieś w
podświadomości wysunęło się na pierwszy plan uderzając w niego z wielką siłą.
Cała rozpacz i przerażenie, które tak skrzętnie ukrywał przez ostatnie cztery
dni przytłoczyły go. Wszystkie uczucia wyszły na wierzch znowu zmieniając go w
słabego człowieka. Bez chwili wahania przytulił Key’a i ukrył twarz w jego
swetrze. W pierwszym momencie ten zastygł w zaskoczeniu, ale zaraz potem
przytulił trzęsącego się Choi. Jego ręka gładziła go po plecach w uspokajającym
geście. – Wszystko będzie dobrze. To nie twoja wina. To niczyja wina. – Oparł
podbródek na jego głowie i westchnął.
- Hmh. – Chrząknął Jonghyun, który stał teraz nad nimi,
wwiercając spojrzenie w przytulanego Minho. Key uciszył go gestem ręki.
Najstarszy rzucił mu pytające spojrzenie. Kibum pokręcił ledwo zauważalnie
głową. Choi uniósł głowę wyswobadzając się tym samym z ramion białowłosego.
- Dziękuje. – Szepnął w stronę Key’a. Podniósł wzrok i
powitał skinięciem głowy Jonghyun’a, po czym wstał i udał się w stronę sali, w
której leżał Taemin.
- Co mu jest? – Rzucił cicho Jjong.
- Nie pytaj nawet. Załamanie nerwowe. Obarcza się winą za
wszystko. – Westchnął białowłosy wstając.
- Przecież to moja wina. To ja nie zabrałem go do szpitala.
– Key uciszył go i wtulił się w niego.
- To wina wszystkich. Nie możemy obwiniać jednej osoby za
wszystkie jego nieszczęścia. – Jonghyun objął go szczelnie i pokręcił głową.
- Możemy. – Key spojrzał na niego pytająco. – Jego ojciec.
Gdyby nie on, nie byłoby tego wszystkiego. – Białowłosy skinął lekko głową i
powrócił w ramiona swojego chłopaka.
- Może masz racje. Ugh…nieważne. Wjedźmy do sali zanim Pan
Żaba zrobi coś głupiego. – Brunet zachichotał.
Piętnaście minut później wszyscy
siedzieli w sali rozmawiając po chichu. Choi siedział przy łóżku Lee, bawiąc się
lekko jego palcami i gładząc go po dłoni. Pod ścianą na kanapie siedział
Jonghyun, trzymając na kolanach Key’a, który pląsał w miejscu w takt lecącej w
radiu piosenki:
Dasin ni gyeoteseo tteonaji anheulge
Neol beorigo tteonan nal miwohaedo dwae
Chama bolge na apa bolge da
Neol wihae oh you
Dasin kkwak jabeun son nohchiji anheulge
Neol ulligo tteonan nal miwohaedo dwae
Dollyeobolge da apa bolge na
For you for you
Nal tteona haengbokhal su itdan mal hajima
Naega jalhalge nochi anheulge
Ni yeope itneun nal3
[Już nigdy więcej cię nie opuszczę
Możesz mnie nienawidzić, mnie który kiedyś cię
zostawił
Próbuję to znieść, będę cierpiał, wszytko dla ciebie,
och ty
Już nigdy więcej nie puszczę tej mocno trzymanej dłoni
Możesz mnie nienawidzić, mnie który doprowadził cię do
płaczu i kiedyś zostawił
Będę to wszystko pamiętał, będę cierpiał, dla ciebie,
dla ciebie
Nie mów, że możesz być beze mnie szczęśliwy
Będę dobry dla ciebie, nie stracę cię, jestem tuż koło
ciebie]
- Możemy to przełączyć? – Warknął cicho Minho.
- Dlaczego? Nie lubisz Infinite? – Zasępił się Key.
- Kibummie, wyłącz radio. – Poprosił Jonghyun, widząc jak
jego najlepszy przyjaciel znowu zaczyna wyglądać coraz bardziej przygnębiająco.
Wkrótce sam białowłosy dostrzegł nagłe tąpnięcie jego nastroju i zmianę w
zachowaniu, więc pospiesznie przełączył na inną stację. Po usłyszeniu zaledwie
kilku słów piosenki każda z osób ją rozpoznała. Choi jął wpatrywać się
morderczym wzrokiem w radio, a oczy Kibum’a rozbłysły.
- Lee Hi! – Pisnął radośnie.
Nal neomu mitjima
Neon nal ajik jal molla
So just run away run away
Nal saranghajima
Neon nal ajik jal molla
I said run away just run away
Dagaojima4
[Nie ufaj mi zbyt bardzo
Nie znasz mnie jeszcze tak dobrze
Więc po prostu uciekaj, uciekaj
Nie kochaj mnie
Nie znasz mnie jeszcze tak dobrze
Więc po prostu uciekaj, uciekaj
Nie przychodź do mnie]
Minho załamał ręce w geście poddania, a Jonghyun zaśmiał się
widząc zdezorientowaną minę swojego chłopaka.
- O co wam znowu chodzi? – Białowłosy zmarszczył nos w
niezadowoleniu. Najstarszy wstał z kanapy, zrzucając tym samym – dość
niedelikatnie – z kolan zaskoczonego chłopaka. - Yah! Co to ma być? – Wstał
zdenerwowany, kiedy Kim wyłączył radio, po czym odłączył je od kontaktu.
- Tak będzie bezpieczniej. – Zaśmiał się.
- Co Ty sobie myślisz, za przeproszeniem?! – Kibum podszedł
do niego z zamiarem wyrwania mu wtyczki z ręki. – Co to przepraszam za problem
i żeby mnie jeszcze tak brutalnie… - Jonghyun uciszył go złączając ich usta w
dość niestosownym, jak na miejsce publiczne, pocałunku. Key bardzo szybko
zapomniał co chciał powiedzieć i jakże ważna, parę sekund temu, wtyczka stała
się bezwartościowa jak samo radio. Tak bardzo brakowało im takich uczuć. Przez
ostatnie parę dni myśleli tylko i wyłącznie o Lee. Martwili się i nie byli w
stanie skupić myśli na niczym innym. Teraz mogli się oddać tylko tej chwili.
Między nimi narodziła się więź. Tak jakby słyszeli swoje myśli, czuli to samo,
łączyli się w jedno. Mogliby tak trwać w nieskończoność, gdyby nie chrząknięcie
Minho. W tamtym momencie dotarło do nich, że nie są sami. Kibum odskoczył,
czerwony jak burak, od swojego chłopaka, który zaśmiał się cichutko i pogłaskał
go po policzku.
- Wynajmijcie sobie pokój. – Mruknął zrzędliwie.
- Wiesz co? To, że twój chłopak leży teraz w śpiączce nie
jest naszą winą. Dla uściślenia twoją również, więc przestań być taki nieznośny
dla otoczenia i ogarnij się. Nie tylko Tobie sprawia to ból i nie tylko Ty się
martwisz. Dotrze to do Ciebie w końcu?! – W Key’u aż się gotowało. Minho
spojrzał na niego lekko zdezorientowany. Białowłosy odetchnął głęboko i siadł
na kanapie ze skrzyżowanymi nogami. Choi zacisnął usta. Nawet nie wiedział co
może odpowiedzieć na takie dictum.
- Przepraszam? – Chłopcy poderwali głosy słysząc nieśmiały
głos i ciche pukanie. W drzwiach stał niewysoki blondyn, który wyglądał na
nieco starszego od Jonghyun’a. W rękach trzymał kwiaty i ukłonił się nisko,
widząc przyjaciół.
- Możemy w czymś pomóc? – Zapytał rzeczowo Minho.
Nowoprzybyły przesunął wzrokiem po złączonych – jego i Taemin’a – dłoniach,
niewyrażającej nic twarzy brązowowłosego, po siedzącym w siadzie skrzyżnym
Key’u, który opierał się o obejmującego go – opiekuńczo – w tali bruneta i
wreszcie zatrzymał się na ‘śpiącym’ karmelowowłosym. Na pierwszy rzut oka wszystko
wydało mu się dość osobliwym zjawiskiem.
- Nazywam się Lee Jinki, ale ludzie nazywają mnie Onew.
Przyszedłem do Lee Taemin’a. – Wypowiedział te słowa dość cicho z wyraźną
ostrożnością.
- No cóż, trafiłeś. – Burknął Choi.
- Choi Minho. Jeśli nie zaczniesz się zachowywać to wywalę
Cię z sali. Nie obchodzi mnie jak bardzo kocha Cię mój ‘syn’, ale daje słowo,
że zaraz wylecisz! – Wykrzyczał Kibum.
- Yeobo spokojnie. – Jonghyun pogłaskał go po głowie
próbując go uspokoić.
- Ale nasz ‘syn’… - Key westchnął głęboko ukrywając twarz w
dłoniach.
- Nie przejmuj się. – Zwrócił się Jonghyun do
nowoprzybyłego. – Ma huśtawkę nastrojów odkąd jego ukochany ‘syn’ leży w
śpiączce. Musisz nam wybaczyć, ponieważ jego chłopak – wskazał na Tae, a potem
na Minho – też ostatnio nie jest w najlepszej kondycji psychicznej. Tylko ja
się ostałem. Ratuj. – Ostatnie słowo wyszeptał rzucając błagalne spojrzenie
stojącemu w szoku chłopakowi.
- Aaa… - Onew nie bardzo wiedział co może powiedzieć. –
Czy-czy mogę wejść? – Brunet skinął głową i wskazał z uśmiechem wolny fotel.
Blondyn posłusznie usiadł trzymając nieporadnie kwiaty na kolanach.
- Ja jestem Kim Jonghyun, to jest mój chłopak Kim Kibum. –
Wskazał na białowłosego, który siedział na kanapie z podciągniętymi kolanami do
klatki piersiowej, wtulając się w pierś bruneta. Usłyszawszy swoje imię skinął
na przywitanie. – A ten gbur po prawicy Taemin’a to Choi Minho. Normalnie jest
w miarę przyjazny, tylko jak widzisz średnio się u nas dzieje ostatnio. –
Zakończył swój wywód widząc, że brązowowłosy przeszywa go groźnym spojrzeniem.
- Gwoli ścisłości jestem Key. Almighty Key. – Brunet westchnął
cicho i pokręcił ledwo zauważalnie głową w geście poddania. Onew widząc to po
prostu się zaśmiał. W pierwszej chwili jego reakcja zaskoczyła wszystkich. Ale
widząc, że blondyn nie ma nic złego na myśli, a jego śmiech jest ciepły i
przyjazny, rozluźnili się.
- Co Cię do nas sprowadza? – Zapytał nieśmiało Minho.
- Ja…ja jestem bratem Yoo Raelae. – Wyszeptał. W jednej
sekundzie przyjaciele spojrzeli na niego w szoku. Atmosfera natychmiast zrobiła
się napięta.
- Jak śmiesz tu w ogóle przychodzić? – Wycedził przez zęby
Key.
- Pro-pro-sz-szę wysłuchaj mnie. – Zająknął się Onew. Kibum
już chciał się odezwać, ale Jonghyun uciszył go gestem ręki.
- Masz pięć minut. – Mruknął. Z jednej strony każdy z nich
zaczynał być wściekły i oburzony bezczelnością chłopaka. Z drugiej strony byli
zbyt ciekawi tego, co ma im do powiedzenia.
- Dziękuje. – Blondyn skinął głową w podzięce i zaczął
wywód. – Na wstępie bardzo dziękuje za danie mi szansy dojścia do głosu. Nie
spodziewałem się tak dobrego traktowania. – Zamilkł na chwilę. – Moja siostra…a
raczej osoba, z którą jestem spokrewniony tylko w połowie, nie jest złą
dziewczyną. – Key rzucił mu wściekłe spojrzenie. – Nie mam zamiaru jej bronić!
– Zastrzegł, machając rękami. – Chciałem tylko powiedzieć, że jest
zagubiona…ale to wszystko przez powtórne małżeństwo. Jej matka umarła jak była mała,
przez co ambicją ojca było, żeby mieć idealną dziewczynkę w domu. Jako, że była
ostatnią osobą, która mu pozostała. Za bardzo się zapędził w dążenie do
perfekcji. – Wziął oddech. – Gdy staliśmy się jedną rodziną moja siostra była
na skraju załamania nerwowego. To liceum ją zmieniło. Chciała być taka, jaką
ojciec zawsze ją widział. Idealna, przykładna, grzeczna, ułożona, popularna,
wielbiona, z dobrym chłopakiem. Wydawało jej się, że skoro jest, a przynajmniej
stara się być idealna, to osiągnie w życiu wszystko o czym zawsze marzyła. Myślała,
że jeśli znajdzie sobie dobrego chłopaka, to ojciec wreszcie poklepie ją po
głowie i powie, że dobrze się spisała, ale nie przewidziała odmowy. – Zamilkł
na chwilę, widząc zdezorientowane miny towarzyszy. – Ona nie chciała go na siłę
zmuszać do chodzenia. Uważała, że on będzie dla niej odpowiedni jako, że oboje
są idealni. Nie przewidziała jednej rzeczy. Że być może Taemin ma już kogoś,
kto nie patrzy tylko i wyłącznie na jego ‘idealność’. Jej drugim celem byłeś
Ty, Minho-yah. – Wskazał głową na zaskoczonego brązowowłosego, który w
milczeniu słuchał jego wywodu. – Nagle się okazało, że jej dwóch wymarzonych
kandydatów, do wolności od ojca, jest nieosiągalnych. To był akt desperacji.
Nie będę jej bronił. Chciałem tylko pokazać wam, że nie ma złych osób. Ludzie
nie rodzą się źli. To przez warunki w jakich są wychowywani zmieniają swoją
wizję świata i zmuszeni są walczyć o swoje. Nawet wiedząc, że mogą za to słono
zapłacić. – Zakończył tonem bez wyrazu. Reszta milczała.
- Czy ojciec się dowiedział? – Zapytał nieśmiało Jonghyun.
Onew kiwnął głową.
- Jutro Raelae wyjeżdża do Ameryki do liceum, a potem
zostaje tam na studiach. To ostatnia rzecz, do której udało się przekonać jej
ojca zanim moja matka rzuciła mu w twarz papierami rozwodowymi. – Westchnął
głęboko. – Cieszę się, że wyjeżdża. To jedyna rzecz, którą mogłem zrobić by jej
pomóc…
- To nie zmienia faktu, że zrobiła to co zrobiła. – Warknął
Key.
- Owszem. – Przytaknął Onew. – Po prostu przyszedłem
przeprosić. Ona…ona ma mimo wszystko za dużo dumy by to zrobić. Jednak wiem, że
żałuje. Byłem jej bratem przez cztery lata. Zdążyłem ją poznać naprawdę dobrze.
– Blondyn wstał z fotela i położył kwiaty na stoliku nocnym, który stał po
lewej stronie łóżka. Ukłonił się bardzo głęboko w stronę Taemin’a i zwrócił się
do przyjaciół. – Naprawdę przepraszam za wszystko co się stało. Mam nadzieję,
że Taemin szybko wróci do zdrowia, ponieważ martwię się o niego. Moja siostra
również…tylko tego nie okazuje na co dzień. Mimo to ostatnie trzy noce
przepłakała. Po prostu przez to co się stało w stołówce, jej czara goryczy się przelała.
Wszystko co zbierała przez swoje dotychczasowe życie, najzwyczajniej w świecie
ją przerosło. To co zrobiła było swoistym aktem desperacji i prośby o pomoc.
Prośby o dostrzeżenie. Zrobiła to w karygodny sposób i nic jej nie
usprawiedliwia. Nie sądzę, żeby miała cokolwiek do Taemin’a. Po prostu myślę,
że znaleźliście się w złym miejscu o złej porze. Dostał zemstą za całe jej
dotychczasowe życie. – Zamilkł na chwilę. – Proszę wybaczcie jej za to. Reszta
jej sługusów została zawieszona i nadal wahają się ich losy w tej szkole.
Dopilnuje, żeby zostali wydaleni. Skończyłem to cholerne liceum dwa lata temu,
a nic się tam nie zmieniło. – Jonghyun otworzył szeroko oczy w zdumieniu.
- Dubu Leader! – Zakrzyknął. Key i Minho spojrzeli na niego
jak na wariata. – Wiedziałem, że Cię kojarzę. Ty byłeś poprzednim
przewodniczącym.
- Ach, czyli Ty jesteś Dino przewodniczący? – Zaśmiali się.
Białowłosy wpatrywał się w Jonghyun’a nic nie rozumiejąc, ale Choi szybko
załapał o co chodzi.
- Już nie. Teraz ta żaba objęła przewodnictwo. – Brunet
wskazał na Minho, który zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
- Twoja siostra wykopała mnie ze stanowiska. – Onew zasępił
się.
- Przepraszam…naprawdę. Za moich czasów nie było takiego
czegoś. Jestem bardzo tolerancyjny, zwłaszcza, że sam mam przyjaciół
homoseksualistów. – Uśmiechnął się ciepło.
- To teraz przyszła kolej na mnie! Amighty Key na
przewodniczącego! – Wszyscy się zaśmiali.
- To nie taki głupi pomysł. – Jonghyun zachichotał przytulając
mocniej swojego chłopaka, który w głowie układał już program wyborczy.
- W takim razie będę leciał. I naprawdę przepraszam za to
wszystko. W ramach nikłej rekompensaty zapraszam was na kurczaka do
restauracji, w której pracuje. Ja stawiam. Przyjdźcie, gdy Taemin wyzdrowieje.
– Onew jeszcze raz się ukłonił i już chciał wyjść, kiedy Key poderwał się z
miejsca i podszedł do niego. Poklepał go opiekuńczo po głowie i uśmiechnął się.
- Nieważne, że jesteś starszy. Jesteś tak uroczą i dobrą
osobą, że mam ochotę Cię przytulić. – Wszyscy się zaśmiali. – Dziękuje za to,
że przyszedłeś. I przyjdziemy razem z Minniem. Obiecuje Ci to. – Blondyn
zachichotał, po czym pomachał wszystkim w pokoju i wyszedł. Przyjaciele
popatrzyli po sobie. Nieważne jak bardzo cierpiała Raelae. O wiele bardziej
nacierpiał się Taemin. A on na nikim nie wyładowywał swoich frustracji. Pomimo
najszerszych chęci Onew, żaden z nich nie był gotowy jej wybaczyć.
- To już dzisiaj. Nie spałem całą noc. Denerwuje się Pani
tak samo jak ja? – Zaśmiał się nerwowo i ukłonił lekko. – Będę się powoli
zbierał. Chce być przy nim, gdy się obudzi. – Uśmiechnął się smutno. –
Obiecuje, że tym razem już nigdy go nie opuszczę.
Dwie minuty
później przechodził przez bramę cmentarza, a chłodny wiatr owiewał go z każdej
strony, przyprawiając jego ciało o dreszcze. Serce biło mu szybko, a oddech
miał nierówny i płytki. Ręce trzęsły mu się, gdy szedł tak dobrze poznanym –
przez ostatnie cztery dni – chodnikiem, który swoim kształtem prowadził go do
szpitala. Miejsca cierpień, realizacji leków, smutku, ale i radości. Symbolu
nowego życia i jego utraty. Śmierć i życie w jednym miejscu. Jak wiele
sprzeczności krył w sobie budynek, który pomagał ludziom? jednak niektórym po
prostu nie da się pomóc.
Telefon w kieszeni Minho wydał z siebie dźwięk, wytrącając
go tym samym z letargu i zamyślenia.
- Yoboseyo? – Choi próbował opanować drżenie w głosie.
~ Obudził się. –
Dało się słyszeć obojętny głos ze słuchawki.
- Już biegnę. – Brązowowłosy rozłączył się i wsunął w biegu
telefon do kieszeni. Nie wiedział, że jest w stanie poruszać się z taką
prędkością. Przy każdym kolejnym kroku brakowało mu sił. Tracił oddech.
Przez dziesięć minut biegł tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
Gdy dobiegł do szpitala miał wrażenie, że zaraz wypluje sobie płuca. Serce
podeszło mu do gardła, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Mimo tego brnął dzielnie
by zrealizować swój cel. By zobaczyć w oczach Lee miłość, którą tak bardzo boi
się utracić.
„Czy to światło? Czemu jest tak jasno? Co ja
tu robię? Wszystko mnie boli. Czuje jak moje ciało ponownie napełnia się krwią.
Zdrętwienie mija, pozostawiając po sobie ból. Kończyny odmawiają posłuszeństwa.
Gdybym mógł, najpewniej wiłbym się z bólu. Nagle czuje dotyk na skórze. Ktoś
chwycił moją dłoń.
- Taemin-ssi? Słyszysz
nas? – Widzę przed sobą niewyraźną twarz doktora. Pragnę odpowiedzieć, ale usta
mam spierzchnięte, a w gardle sucho jak jeszcze nigdy. Więc ostatkiem siły
kiwam głową. – To dobrze. Wszystko już w porządku. Spałeś cztery dni, żeby
twoje ciało wróciło do formy. – Doktor uśmiechnął się promiennie. Cztery dni?
Spałem cztery dni? Co się stało, gdy mnie nie było? Key. Mój najlepszy
przyjaciel spogląda na mnie ze łzami w oczach. Czemu płaczesz? Nie płacz. Dla
mnie nie warto. Szkoda łez…szkoda serca. Gdzie…gdzie on jest? Gdzie jest moja
nadzieja? Czemu go nie ma? Nie chce mnie widzieć?
- Minnie! – Czuję jak
Umma mnie przytula. Za mocno…to boli. Mimo tego czuję szczęście. Ciepło.
Miłość. Key o mnie dba, ale zupełnie niepotrzebnie…nie chce być ciężarem dla
innych.
- Key. – Szepcze
dławiącym się głosem.
- Tęskniłem! –
Wykrzykuje i znowu przytula mnie z płaczem.
- Nie płacz. Nie
warto. – Doktor patrzy na nas z niepokojem, po czym wycofuje się cicho. Próbuję
się podnieść.
- Nie mów tak. – Kibum
spogląda na mnie ze strachem. – Nie podnoś się. Powinieneś leżeć.
- Nie chcę. – Z jego
pomocą udaje mi się podnieść i siadam na łóżku ze spuszczonymi nogami.
- Minho już tu
biegnie. Nie przejmuj się. – Zastygłem. Minho? Mój Minho? Nie chcę…nie chcę.
Nie chcę go widzieć.
- Nie chcę. – Szepczę.
Dlaczego nie chcę? Przecież go kocham…ale on mnie zostawił. On mną gardzi. Nie
chce mnie znać. On mnie nie kocha. Wszystko było kłamstwem. Tak jak moje życie.
Jestem dla niego przeszkodą. Jestem błędem w jego życiu. Czemu marnuje na mnie
swój czas? Jestem żałosny, nie umiem się nawet obronić. Nie umiem sam sobie
pomóc…nie potrzebuje cudzej litości! Nie potrzebuje litości…pomocy. Nie
chcę…już nie chcę. – Nie chcę go widzieć. – Powtarzam dosadniej. W oczach
zbierają mi się łzy.
- Taemin? Minnie co
się stało? Ty płaczesz? – Nawet nie zauważyłem, kiedy z moich oczu popłynęły
łzy. To znowu się stało. Znowu zostałem sam. Nikt mnie nigdy nie kochał. Tak
naprawdę każdy gest ze strony ludzi przepełniony był litością. Jestem sam.
Zostałem sam. Zawsze byłem sam. Czym jest miłość? Czy jestem do niej zdolny?
- Key… - Zaszlochałem
w jego sweter, gdy przytulił mnie mocno.
- No już nie płacz.
Nie płacz kochanie. Nie płacz Tae. Twoja Umma jest przy Tobie. – Wyszeptał
całując mnie we włosy. Chciałem krzyczeć. Chciałem, żeby mnie puścił. A z
drugiej strony tak bardzo pragnąłem jego dotyku. Matczynego uścisku, którego
tak bardzo mi brakowało. Postanowiłem się nie ruszać. Czułem jak moje serce
krwawi. Jakby nadmiar krwi w organizmie powoli sączył się z dziur, które mam w
sercu. Jak gdyby całe moje życie uchodziło z nią, zabierając ze sobą wszystko
co mam. Moją miłość, która nigdy i tak nie była odwzajemniona. Ojciec miał
rację. Moja matka też nigdy mnie nie kochała. Skoro wychowała mnie osoba, która
nie umiała kochać, to skąd ja mam potrafić? Miłość nie istnieje…jest tylko
wytłumaczeniem ludzkiej głupoty…”
Oczy
Jonghyun’a mówiły ‘nie próbuj nawet’. Minho nie odważyłby się przekroczyć progu
pokoju, nawet jeśli przyjaciel nie trzymałby go za ramię. Taemin płakał w
ramionach Key’a. Wyglądało to tak, jak gdyby się w nich rozpadał. Minho patrzył
jak miłość jego życia właśnie tonie. A on nie mógł nic zrobić. Stało się to,
czego bał się najbardziej. Utraty. Dotarło do niego, że jeden błąd być może
kosztował go utratę najcenniejszej dla niego rzeczy. Z chwili na chwilę czas
przypuszczający powoli, acz sukcesywnie zamieniał się w czas dokonany…
„“Itsuwari” “Osore” “Kyoshoku” “Urei”
Samazama na negateibu ni
Torawareru hodo yowaku wa nai
Kodoku mo shiranu trickster
Yozora o tsukisasu biru no mure
Hoshi nado mienai sora miage
“Mayoi wa nai ka” to Jibun ni toikakeru
Kono machijuu afureru mono ni mamire
Utsutsu o nukasu you na koto wa nai
Asu e to tsunagaru michi no hate de
Kono te ni tsukamu mono o mitai kara”5
1 – Wyraz ‘Uhmuhni’ jest używany by wyrazić szacunek niekoniecznie
swojej rodzicielce. Bardzo często osoby blisko związane z dzieckiem danej
kobiety nazywają ją swoją matką.
2 - "Wielu
spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają,
zasługuje na życie...". Na nagrobku zacytowany został fragment powieści
„Drużyna Pierścienia” autorstwa Johna Ronalda Reueal Tolkiena
3 – Piosenka „Destiny” zespołu Infinite
4 – Piosenka „Rose” solowej wokalistki Lee Hi
Tłumaczenie:
,,Kłamstwa" ,,Strach" ,,Oszustwa" a nawet
,,Żal"
Nie złamią mnie one.
Żadne zło mnie nie pokona ani nie oszuka.
Bo to ja jestem tutaj tym, który oszukuje.
Patrzę w górę na budynki przeszywające nocne niebo, gwiazdy
W niewidocznej przestrzeni zastanawiam się:
„Czy się zgubię?”
Całe miasto jest pełne nieszczerych ludzi,
nie złapię się na taki haczyk
Bo chcę zobaczyć coś pochwyconego przez moją rękę na drodze
do lepszego jutra
Mam zamknięte oczy i powoli tracę świadomość
Gdy moje plany się ziściły
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz