Endless Night ~ Eleven

Rozdział jedenasty

„Jeśli nie jesteś pewien swych uczuć nigdy nie mów, że kochasz. Jeśli jednak jesteś pewien powtarzaj te słowa najczęściej jak tylko możesz. Ludzie zapominają.”

Mały chłopczyk wspiął się po zardzewiałej drabince, siadając okrakiem na najwyżej położonym pręcie. Omiatał powoli wzrokiem okolicę, czekając na coś lub kogoś na kogo wcale czekać nie chciał. Wiatr wiał cicho, rozbijając się o pobliskie drzewa. Gałęzie szeleściły markotnie, co rusz ocierając się o siebie z towarzyszącym temu, nieprzyjemnym dla uszu, dźwiękiem.
U stóp chłopca dostrzec można było niewielki przedszkolny plac zabaw, na którym bawiła się w grupkach – już niewielka liczba, ze względu na późną porę – dzieci. Niektórzy rodzice trzymali swoje pociechy za ręce i ganiali się z nimi w kółko, tym samym witając się z nimi po dniu spędzonym w pracy. Krążyli po placu śmiejąc się i bawiąc nie tylko ze swoimi podopiecznymi, ale i z całą resztą. Nawet dzieci, które nadal czekały na swoich rodziców radośnie pląsały wśród swoich rówieśników, zupełnie nie zwracając uwagi na spóźnienia ich opiekunów.
Mały chłopiec przyglądał się im z nieskrywaną zazdrością. Patrzył na liczne uśmiechy dzieci, na złączone dłonie matek i córek, synów i ojców, rodzin, czyli czegoś, czego on nigdy nie doświadczył. Nawet jeśli odbierał go ktoś z rodziny nigdy nie chwycił go za rękę. Musiał zawsze iść trzy kroki z tyłu nie odzywając się słowem. Nikt również go nie przytulał, nie całował w czoło, nie głaskał, gdy było mu smutno, czy rozbił sobie kolano. Jednak zawsze powtarzał sobie, że to nie jest potrzebne. Mówił, że nie może mu brakować czegoś, co nigdy mu się nie należało. Wychodził z założenia, że tak miało być, że jeśli ktoś go nie dotyka ma ku temu powód. Kolejne lata tylko utwierdzały go w przekonaniu, że tak właśnie jest. Od dzieciństwa był zdany sam na siebie. Jeśli towarzyszyła mu matka, była jedynie cieniem, która przyglądała się bezkarnemu ojcu. Jak kat i anioł stróż. Tak właśnie zawsze widział ich mały chłopiec. Przez brak ciała anioł nie mógł nic zrobić, musiał pozwolić na samowolkę kata, jakoby wspierając duchem i myślą krzywdzącego. Jednak nie chodziło o to, że chłopiec ten był głupi, czy łatwowierny. Miał on do wyboru dwie opcje. Pierwszą była wiara. Wiara w to, że matka naprawdę chce jego dobra i nie może zareagować, jest zbyt słaba, by przeciwstawić się woli męża. By uchronić swoje dziecko przed cierpieniem, które spadało na niego całe życie. Że sama nie radzi sobie z życiem i jedyną możliwością jest wsparcie mentalne swojego dziecka i bezsilne wpatrywanie się w to, co krzywdzi je najbardziej.
Drugą opcją było stawienie czoła prawdzie. Już nawet w podstawówce doszła do niego myśl, że być może ta kobieta nie robi nic dla tego, że nie ma siły. Ona po prostu nie chce. Nie chce mieszać szyków osobie, którą kocha najbardziej – swojemu mężowi.
Chłopiec gubił się w tym coraz bardziej. Zbyt dużo argumentów przejawiało za drugą opcją. ‘Dlaczego nikt tego nigdy nie zgłosił?’ – Pytanie, które dręczyło go odkąd zaczął żyć w pełnej świadomości. Dlaczego jego matka zostawiła go na pastwę losu? Dlaczego nie próbowała nawet zgłosić bicia i znęcania się nad swoim własnym synem? Dlaczego nie zrobiła nic by mu pomóc? Bo w zamian za ratunek swojego dziecka, straciłaby miłość swojego życia. Mały chłopiec sam do końca nie wiedział, dlaczego jego matka kocha swojego męża bardziej niż jego samego. Wtedy myślał tylko o równowadze. Myślał, że tak stworzony został świat, że swoje dziecko kocha się mniej niż drugą połówkę. Jednak pomimo tych stwierdzeń jego ojciec zawsze zachowywał się tak, jak gdyby słowo ‘rodzina’ męczyło go bardziej niż świat. Z czasem dotarło do niego, że całe życie był w błędzie. Kobieta ta nigdy nie kochała swojego dziecka. Był wpadką, był błędem jej przeszłości. Ba, był czymś dzięki czemu jego matka żyła z jego ojcem. Gdyby nie on, mężczyzna już dawno wyrzuciłby ją na bruk. Taka była prawda. Dziecko było tylko punktem przetargowym ich ‘związku’. Jeśli kiedykolwiek można było nazwać w ten sposób małżeństwo tych dwóch osób. Ojciec chłopca był hazardzistą, alkoholikiem, ze skłonnościami do kobiet i innych używek. Jego matka była dziewczyną z dobrego domu, posiadała spory majątek, była piękna, inteligentna i niestety zbyt naiwna. Bardzo szybko dała się oszukać rzeczonemu mężczyźnie, zakochała się w nim, zaszła z nim w ciążę i nie było dla niej ratunku jak wydanie jej za mąż oficjalnie, na łamach gazet. Gdyby mężczyzna ten był pierwszym lepszym hazardzistą, najpewniej zaraz po zajściu w ciąże leżałaby w którejś z kostnic patologów sądowych. Jednak był on synem właściciela wielkiej firmy, która górowała na rynku w Korei. Matka chłopca zaszła z nim w ciąże tym samym doprowadzając do uwikłania mężczyzny w romans, na który nie pozwalała mu reputacja. Więc musiał się z nią ożenić. Nienawidził jej za nieszczęście, które na niego sprowadziła. Ona natomiast naprawdę kochała swojego męża i w niewielkim stopniu była wdzięczna swojemu dziecku za taki obrót spraw. Jednak mężczyzna winił swojego syna za wszystkie nieszczęścia świata. Za spadek reputacji, wymuszone małżeństwo, przymus ratowania firmy i w reszcie za miłość, której nigdy nie chciał.
            Nagle wzrok chłopca przykuł mężczyzna w długim, ciemno-brązowym płaszczu, który podszedł – najprawdopodobniej – do swojego syna i chwycił go za rękę, ciągnąc w kierunku wyjścia. Chłopczyk wpatrywał się w tą scenę z niemałą tęsknotą, czułością i smutkiem. Każde dziecko na jego miejscu pewnie po prostu wzruszyłoby ramionami, nie doceniając tego czułego gestu, tego dotyku. Jednak on wpatrywał się w to z dziwną fascynacją, jakby było to coś niespotykanego, nieznanego powszechnie. A dla innych był to drobiazg. Drobiazg, którego każde dziecko uczyło się od lat najmłodszych.
- Lee Taemin złaź na dół natychmiast. Mam Cię ściągnąć siłą, czy zejdziesz na tych krzywych nóżkach sam, co? – Zaśmiał się szyderczo mężczyzna stojący dwa metry od drabinek. Chłopiec westchnął pod nosem i oderwał wzrok od, odchodzących już, dzieci.
- Już idę, ojcze. – Chłopczyk zwiesił nogi i zaczął schodzić powoli, uważając na każdy swój krok, z drabinek.
- Wolniej już nie można? – Sarknął ojciec, składając ręce na piersi. Taemin westchnął cichutko, tak, by nie usłyszał go mężczyzna, po czym robiąc gwałtowniejszy ruch, zahaczył o jeden szczebel i nie zdołał utrzymać równowagi. Runął w dół, spadając na pupę tuż pod stopami swojego ojca, który zaśmiał się z politowaniem i odwrócił do niego plecami. Chłopiec syknął z bólu, ale zacisnął dzielnie zęby i wstał, po czym podążył pospiesznie za swoim ojcem. Zdążył jeszcze raz obrócić się przez ramię, by zobaczyć jak rzeczony chłopczyk idzie, nadal za rękę, ze swoim tatą i skacze radośnie, po czym potknął się i wpadł do kałuży. – Patrz jak leziesz, szczeniaku. – Zawołał ojciec z gniewnym wyrazem twarzy, widząc jak jego pociecha wygrzebuje się z wody. – Tylko dostarczasz matce prania. Zresztą co mnie to obchodzi. Nie moja robota, nie mój problem. – Mruknął złośliwie pod nosem.
- Tak ojcze. – Chłopiec miał w oczach łzy. Zawsze był dość niezdarnym dzieckiem i często wpadał w przeróżne tarapaty, z których wydostać musiał się o własnych siłach. Tak było też i tym razem. Wstał i otrzepał się, nie zważając na zdarte kolano, po czym dobiegł do ojca. Zastanawiało go jedno: co sprawiło, że ojciec znów wyżywał się na nim bardziej niż zwykle? Robił to coraz częściej, nie potrzebował już ku temu specjalnych powodów. – Ojcze, czemu jesteś zły? – Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na swojego syna.
- Bo sprawiasz mi kłopot. Im większy jesteś tym większym problemem się stajesz. – Syknął w odpowiedzi i ruszył raźnym krokiem przed siebie. Chłopiec patrzył jak jego ojciec zupełnie go ignoruje, marząc o tym, żeby kiedyś złapać jego dłoń i poskakać sobie radośnie, tak, jak jego straszy kolega.

- Możesz przestać do cholery skakać?! – Wysoki mężczyzna w ciemno-brązowym płaszczu szarpnął swojego syna za rękę, próbując go uspokoić. – Robisz mi wstyd, a wystarczającą karą było to, że twoja matka kazał mi Cię stąd odebrać. – Syknął. Chłopiec posłusznie umilkł i odwrócił się przez ramię, by zobaczyć, czy ten mały chłopiec siedzi jeszcze na drabinkach. Od jakiegoś czasu obserwował go, starając się rozgryźć czemu nigdy nie bawi się ze swoimi rówieśnikami albo chociaż z nim samym, który wielokrotnie próbował jakoś do niego zagadać. Chłopiec ten był niziutki i bardzo chudy. Miał jasną cerę, karmelowe, długie i piękne włosy, wielkie, często przestraszone oczy i wiecznie smutny wyraz twarzy. Wzbudzał on niemałą ciekawość w brązowowłosym chłopczyku, który nie umiał zdobyć się na odwagę, by podejść do niego i zaprosić go do zabawy. Zawsze tylko obserwował po kryjomu jak ten siedzi na drabinkach omijając spojrzenia innych i skupiając się na własnym świecie. Nigdy nie widział, żeby robił coś innego na dworze jak tylko siedział w tym jedynym miejscu sam i rozmyślał. W pomieszczeniach zwykle siedział w kącie albo na parapecie, bawiąc się jedną zabawką, czy po prostu wpatrując się w okno. Nigdy też nie widział, żeby którykolwiek z jego rodziców go przyprowadzał.
Poczuł szarpnięcie i zobaczył rozgniewany wzrok ojca, który właśnie sadzał go w foteliku, zapinając gwałtownie pasy.
- Minho! Skup się! Jak mam z Tobą współpracować skoro nigdy nie słuchasz co do Ciebie mówię?! – Jego ojciec zatrzasnął drzwi od samochodu i szybko wsiadł za kierownicę po drugiej stronie auta. Odpalił silnik i wycofał się z parkingu.
- Tato? – Zapytał nieśmiało chłopiec.
- Ne? – Warknął zirytowany mężczyzna.
- Czemu nie było Cię na przedstawieniu? Ja śpiewałem i tańczyłem…mama była dumna. – Szepnął cicho.
- Byłem w pracy. – Mruknął. – Poza tym mam lepsze rzeczy do roboty niż patrzenie jak robisz z siebie błazna przed tysiącami innych rodziców. To rola twojej matki. – Burknął do zawiedzionego Minho.
- Ale do Hyung’a przychodzisz. A on tylko gra na fortepianie… - Westchnął cichutko.
- Oprócz tego wygrywa konkursy matematyczne, językowe, ma wiele talentów i jest najlepszy w swojej klasie. Dlatego warto poświęcać mu uwagę. – Ostatnie zdanie zabolało chłopca o wiele bardziej niż mógłby się do tego przyznać. Jednak nie odezwał się. – Przez Ciebie się spóźnimy, a muszę zawieść Minseok’a na zajęcia z fortepianu. Aish…niewdzięczny bachor. – Ostatnie zdanie syknął, najwyraźniej mając na myśli swojego młodszego syna.
- Kiedyś będę taki wspaniały jak mój brat. – Szepnął, opierając głowę o szybę.
- Nigdy do tego nie dojdzie. – Odciął się stanowczo ojciec, tym samym doprowadzając Minho do łez.

~.~.~.

Wiatr szeleścił cicho w koronach drzew oznajmiając przybycie jesieni. Z budynku wychodziły właśnie pierwsze klasy ubrane na galowo, które podniecone pierwszym dniem szkoły skakały radośnie, ścigając się pomiędzy stojącymi na dziedzińcu rodzicami. Mały, karmelowowłosy chłopczyk ubrany w piękną białą koszulę i ciemno-szare spodnie siedział na ławce, patrząc jak chmury powoli zasnuwają niebo. Nagle jego rozmyślania przerwał głos:
- Mogę się dosiąść? – Zapytał nieśmiało brązowowłosy chłopak. Drugi skinął ledwo zauważalnie głową. Starszy przysiadł się na ławce i podążył wzrokiem za oczami towarzysza.
- Czemu siedzisz sam? – Zapytał cicho. Odpowiedziało mu milczenie. – Czekasz na swoich rodziców? – Młodszy skinął głową. – Jestem Minho. Choi Minho. Jestem z trzeciej klasy. – Uśmiechnął się wesoło. – Chodziliśmy razem do przedszkola, wiesz? – Chłopczyk spojrzał na niego marszcząc brwi ze zdziwieniem.
- Być może. – Wzruszył ramionami. Obojętność towarzysza budziła, w wiecznie charyzmatycznym trzecioklasiście, mieszane odczucia. Trochę frustracji, smutku i rozżalenia. Karmelowowłosy nic nie robiąc sobie z grymasu kolegi jął wpatrywać się ponownie w niebo.
- Na co patrzysz? – Cicho zapytał Minho.
- Chmury. – Wskazał na nie.
- Co w nich takiego interesującego? – Zapytał brązowowłosy próbując doszukać się w nich choćby cząstki zabawy. Młodszy wzruszył ramionami. – Czemu zawsze tylko patrzysz, a nie pobawisz się z innymi? – Słowa brązowowłosego były bardzo nieśmiało wypowiedziane. Jakby się bał, że gdy powie jedno słowo za dużo chłopiec wstanie i po prostu odejdzie. To był pierwszy raz, gdy zdobył się na odwagę by podejść. W przedszkolu tylko to zauważał. A gdy podrósł nareszcie zrozumiał, że musi podejść, by poznać prawdę. Teraz nareszcie ponownie byli razem w szkole i czuł, że dostał szansę od losu. Nie chciał jej zaprzepaścić.
- Nie chcę. – Odparł karmelowowłosy.
- Ale dlaczego? W przedszkolu też się nie bawiłeś z innymi. Tylko siedziałeś całymi dniami na drabinkach albo na ławce i patrzyłeś się w niebo albo na ptaki. Obserwowałeś świat przez okna zawsze sam, jakbyś się bał podejść do nas i się pobawić. Czemu? – Młodszy spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Drugi zmieszał się.
- Skąd?
- Obserwowałem Cię czasami. Przepraszam…Po prostu martwi mnie, że siedzisz tu sam. – Westchnął.
- Lubisz kontrolę. – Dla każdej starszej osoby ta rozmowa wydałaby się wręcz niebywałą w ustach dzieci. Jednak obaj dobrze wiedzieli co mówią. Starsze było o wiele bardziej rozwinięte niż powinno być w swoim wieku, a młodsze po prostu o wiele więcej przeszło w życiu.
- Być może. – Brązowowłosy zawsze lubił sprawować nad wszystkim pieczę. – Lubię jak wszyscy są razem i dobrze się bawią. – Zamilkł na chwilę widząc, że jego towarzysz znów patrzy się na niebo. Po chwili wskazał je dłonią i wyszeptał:
- Chmury. Widzisz? – Starszy nie bardzo wiedział co ma zrobić, więc również skierował swój wzrok do góry.
- Tak. Dlaczego?
- Odpowiem Ci.
- Na moje pytanie? – Karmelowowłosy skinął głową.
- Mhm. Jeszcze raz. – Starszy popatrzył na niego z zaskoczeniem.
- Jeszcze raz zadać pytanie? – Młodszy ponownie skinął głową. Drugi wziął zaczerpnął głęboko powietrza. – Tak więc: Co jest takiego interesującego w chmurach?
- Są razem. Chmury zawsze pojawiają się w grupie. Jakby były rodziną. Jakby nie mogły bez siebie żyć, tylko płynąć razem po niebie. – Straszy spojrzał na niego zaskoczony. To był pierwszy raz, gdy usłyszał z jego ust tak długą wypowiedź.
- Jesteś dziwny. – Chłopczyk wzruszył ramionami.
- A ty bezpośredni. – Minho zaśmiał się.
- Ale nie ma nic złego w byciu dziwnym. – Odciął się młodszy,
- W byciu bezpośrednim też nie. – Obaj uśmiechnęli się. To był pierwszy raz, kiedy starszy ujrzał na twarzy młodszego choćby cień uśmiechu. Musiał przyznać, że był on piękny. Nawet jeśli nie odsłaniał zębów, to nadal ukazywał dużo emocji.

~.~.~.

- Nie chcę. – Chłopak spojrzał na swojego ojca ze złością.
- Co ty powiedziałeś? Nie masz tu nic do gadania, szczeniaku. – Mężczyzna warknął, ciągnąc za sobą syna. – Nie zgadzamy się z matką, żebyś uczęszczał do tak żałosnej placówki edukacyjnej jak ta. Od tej pory będziesz uczęszczał do szkoły z internatem, a do liceum pójdziesz z powrotem tutaj, w Seoul’u.
- Myślę, że mama nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. – Burknął buńczucznie chłopiec.
- Co ty powiedziałeś? – Ojciec spojrzał na niego groźnie, po czym przywołał gestem ręki swojego starszego syna. – Powiedz swojemu bratu to, co musi wiedzieć, ja w tym czasie idę zrobić zakupy na jutrzejszy obiad. Będziemy świętować. – Odwrócił się do synów plecami i ruszył w kierunku samochodu.
- Tato, ale młody wyjeżdża rankiem. – Chłopak spojrzał na ojca, nie do końca rozumiejąc sytuację. Po czym widząc, że odchodzący mężczyzna wcale nie słyszał pytania, po prostu wzruszył ramionami i zwrócił się do młodszego brata: - Appa prosił przekazać, że masz jeden dzień na pożegnanie się z ludźmi ze szkoły, a potem jutro rano odwiezie Cię do internatu. – Mały chłopiec wpatrywał się w swojego Hyung’a smutnymi oczami. – Uwierz mały. Też nie chcę, żebyś jechał…ale sam rozumiesz. Nie mam wpływu na decyzję ojca. – Zamilkł na chwilę, po czym poklepał swojego braciszka po głowie. – Swoją drogą to o co chodzi z tym świętowaniem? – Mruknął pod nosem niedomyślnie. Młodszy po prostu odwrócił się do niego plecami i ruszył w kierunku szkoły, próbując stawić czoło sytuacji, którą po raz kolejny zgotował mu jego ojciec.
- Ze świętowaniem? – Westchnął cicho. Odwrócił się przez ramię i widząc, że jego brat stoi jeszcze na podjeździe z miną pełną zastanowienia, zaśmiał się cicho z zażenowaniem. – Kocham Cię Hyung, ale czasem jesteś taki głupi i niedomyślny. Niby starszy, a daje sobą manipulować jak dziecko. – Ponownie ruszył przed siebie i skierował swoje kroki w stronę budynku, za którym – ku wielkiemu zaskoczeniu – przyjdzie mu jeszcze zatęsknić. – Świętuj sobie, świętuj. Zobaczymy jak będziesz się cieszył, gdy wrócę na stałe i będę miał siłę, by wreszcie stawić Ci czoła. Oczekuj mnie Choi Yungyeom…

- Czyli odchodzisz? – Karmelowowłosy nie dał nic po sobie poznać. Tak, jakby nie chciał ukazać żadnych emocji.
- Nie mam wyboru. – Mruknął przymykając oczy i opierając się o drzewo, które rosło na trawniku, na szkolnym dziedzińcu.
- Podobno ludzie zawsze mają wybór. – Młodszy westchnął i również przymknął oczy.
- Podobno dzieciństwo jest łatwe. – Mruknął drugi.
- Podobno każdy rodzic kocha swoje dziecko. – Przy tym młodszy zaśmiał się z politowaniem krótko, acz bardzo wyraźnie.
- Podobno dzieci nie zadają się z innymi z wyboru.
- Ponieważ podobno wszyscy bawią się wspólnie, są tolerancyjni i nie wychowują ich materialiści. – Minho zaśmiał się szyderczo. Młodszy zawtórował mu.
- Będzie le… - Chłopiec przerwał mu.
- Tylko nie mów, że będzie dobrze, bo wiem, że nie będzie. – Sarknął karmelowowłosy cicho.
- Nie. Będzie lepiej. Byłoby za dobrze, gdyby było dobrze, prawda? – Obaj się zaśmiali.
- Czyli odchodzisz na stałe. – W tonie głosu nareszcie można było dostrzec odrobinę smutku. Starszy pokiwał głową.
- Wrócę. Obiecuje, że wrócę. – Zamilkł na chwilę. – Przecież możemy się spotykać, gdy będę w Seoul’u. – Młodszy pokręcił głową.
- Nie. Jeśli odchodzisz z mojego życia zrób to raz a porządnie. Nie chce się potem zastanawiać gdzie jesteś i czemu Cię nie ma. – Minho zaskoczyły jego słowa. Nie spodziewał się takiej reakcji z jego strony.
- Ale kiedyś wrócę. – Karmelowowłosy nie zareagował na jego słowa. Minho wstał i wyciągnął rękę w kierunku młodszego. – Gdy już wrócę nie dam Cię nikomu skrzywdzić. Znamy się krótko, ale jesteś moim pierwszym, prawdziwym przyjacielem. Tak więc nigdy Cię nie zapomnę, Lee Taemin. – Uścisnęli sobie dłonie, po czym starszy odwrócił się i ruszył w kierunku swojego domu. Na odchodnym obrócił się przez ramię i krzyknął w jego stronę: - Jak wrócę to zrobimy coś razem! – Młodszy skinął głową i uśmiechnął się lekko. - Tylko nie zapomnij o tym, bo ja nigdy nie zapomnę! Do zobaczenia Taemin-ah! – Odwrócił się i pobiegł do domu.
- Nie ja będę pierwszym, który złamie obietnicę. Nigdy nie zapominam tych, którzy choć raz wywołali uśmiech na mojej twarzy. – Westchnął cicho i ponownie zamknął oczy, opierając się o pień drzewa. – Dlaczego wszyscy kłamią? – Zamilkł, po czym wyszeptał: - Żegnaj Minho…

~.~.~.

- Ciekaw jestem, czy pamiętasz nasze pierwsze spotkanie… - Wyszeptał cicho, tym samym sprawiając, że szpitalna szyba zasnuła się parą wodną. – Czy nadal myślisz, że spotkaliśmy się po raz pierwszy na początku roku? – Wyciągnął dłoń i przyłożył ją do zimnej szyby. Zadrżał i uśmiechnął się smutno. - Gdybym umiał wybaczać pewnie już dawno trzymałbyś mnie w ramionach, a ja czułbym się choć przez chwilę bezpiecznie. Gdybym nie był głupcem, którego nie nauczono jak kochać i wybaczać, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Może tak byłoby lepiej? Nie wiem co znaczy to słowo…Miłość. Jeśli określa ono przeszywający ból serca, który mam, gdy nie ma Cię w pobliżu, to w takim razie Cię kocham. Ale jak mogę być pewny swoich słów, skoro nie mam pewności, co one znaczą? – Zaśmiał się smutno. – Jednak złamałeś daną mi obietnicę. Cieszę się, że tak się stało. Gdybyś pamiętał tylko byś cierpiał i przejmował się mną. Oszczędziłem Ci lat cierpienia. Niestety nie udało mi się wytrzymać już dłużej. – Zacisnął pięść na szybie i uderzył w nią czołem. – Przepraszam Minho. Przepraszam. – Po jego policzku spłynęła łza. – „Miłość? A jeśli nauczono mnie, że miłość to ból, odrzucenie i samotność? Że Ty kochasz, ale nie jesteś kochany? Tylko stoisz z boku i musisz wszystko znieść, bez względu na cierpnie? Bo kochasz...i cierpisz. Ból i miłość to dla mnie jedno..." – Zamilkł, tym samym urywając cytowany wiersz. – Człowiek jest jak naczynie, które powinno być pełne, żeby poczuć się spełnionym i szczęśliwym. Każda krzywda odbija się na nim, tworząc dziury i pęknięcia. Jeśli miłość, wiara i to czy komuś zależy jest jak woda, która wypełnia naczynie, przez ubytki zaczyna się sączyć. Wtedy człowiek przez całe życie będzie potrzebował zapewnień ze strony drugiej osoby. A to zwykle je przerasta… - Zamknął usta i otworzył oczy. Ku swojemu zdumieniu dostrzegł płatki śniegu, które powoli zaczęły spadać z nieba, sukcesywnie zapełniając okoliczną roślinnością nieskazitelną bielą.
- Czy da się je naprawić? – Karmelowowłosy podskoczył gwałtownie, gdy strach i zaskoczenie przejęły jego ciało. Cichy głos przeszył jego myśli jak sztylet, nie dając mu nawet chwili na schowanie się z emocjonalnym murem. Chwilę zajęło mu doprowadzenie się do porządku i odwrócił się plecami do okna, stając oko w oko ze swoim przyjacielem. Białowłosy spojrzał na niego ze smutkiem.
- Czy da się naprawić co? – Zapytał cicho. Oczy Key’a mówiły same za siebie. Wyrażały troskę, strach, bezsilność i zagubienie.
- Twoje serce. – Te dwa cicho wypowiedziane słowa przeszyły serce Taemin’a na wskroś. Spojrzał w szoku na swojego przyjaciela i zrobił krok do tyłu.
- Nie. Już za późno. – Wyszeptał z trudem. – Czy popękane naczynie także będziesz chciał skleić, czy je wyrzucisz? Do niczego się już nie będzie nadawało, jeśli płyn, który miało trzymać, będzie się przez nie sączył. Gdy przestanie wypełniać jedyne zadanie, do którego zostało przeznaczone, stanie się bezużyteczne. Bezużyteczne jak moje serce. – Tu zawahał się. – Jak ja. – Ostanie słowa wycedził przez zęby.
- Ludzie to nie przedmioty. Nawet jeśli widzisz siebie i swoje serce jak nic nie warty dzbanek, to nie znaczy, że tak jest. Ludzkiego serca nigdy do końca nie wyleczysz.

„…Nie ma możności by odesłać wspomnienia i zamilknąć
Jakoby gwóźdź wbić w drewno, ażeby wystawał niczym cierń […]
A potem wyszarpnąć, nawet jeśli po chwili i z ostrożnością
Rana zostanie, ukazując ciemny i poszarpany dół
Który nie zasklepi się, tworząc na nowo niedotkniętą fakturę […]
I mimo wybaczenia i najszczerszych chęci pomocy w naprawie
Ono zostanie. Zostanie jak gwóźdź co wyjęty raz na wieki znak zostawia
Żeby wszystko to, co kiedyś zostało wykonane pamiętać…”

- Czy to jest Ten wiersz? – Tae spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Tak, dokładnie ten. Ten sam, który cytowałem na pogrzebie twojej matki. – Zamilkł na chwilę. – Czytałem wywiad z twoim ojcem…tak mi przykro. – Karmelowowłosy rzucił mu zrezygnowane spojrzenie, po czym powiódł wzrokiem do leżącej nieopodal popularnej prasówki. Nagłówek głosił: „Wyjawiamy sekrety niedoszłego prezesa firmy Lee Korean Group Entertainment.”. A pod nim tysiąc pytań: Jak doszło do morderstwa? Czy to wina alkoholu, hazardu, czy zwykłego charakteru prezesa Lee? Czy to prawda, że ich syn był powodem zawarcia małżeństwa? Czy prezes Lee tylko chronił swoją reputację? Czy to prawda, że żadne z rodziców nie kochało swojego syna? Co się stało z potomkiem rodu Lee? Czy to prawda, że znęcano się nad nim fizycznie? Etc.
- Wyśpiewał im wszystko licząc na to, że uratują mu dupę. Wiem, że zrobił to już dawno temu. Dopiero teraz opublikowali materiał, gdy zdali sobie sprawę, że mój ojciec nie wyjdzie z więzienia. Już nigdy. – Zamilkł i spojrzał na zmieszanego Key’a.
- Twoja mama. Wiem, że twój ojciec kłamał. Jest szują, ale nie spodziewałem się, że aż taką. Wszyscy dobrze wiedzą, że twoja matka Cię kochała! – Kibum był wściekły. Taemin zaśmiał się szyderczo.
- Przestań. To prawda. – Białowłosy spojrzał na niego nic nie rozumiejąc. – Każde słowo, które padło w tym artykule, to prawda. No może poza tym, że zabicie mojej matki to wypadek. – Zamilkł. Key stał jak sparaliżowany z szeroko otwartymi ustami.
- Więc dlaczego…? – Wyszeptał.
- Powiedzieć Ci dlaczego? Powiedzieć Ci dlaczego lepiej było założyć, że jedyna osoba, którą w życiu kochałeś również darzy Cię miłością? Że lepiej założyć, że matka kocha swojego syna, a nie nienawidzi go, a tak było w istocie. – Przerwał na chwilę, by wziąć oddech i odwrócił się ponownie przodem do okna. – Przez pierwsze lata myślałem, że mama po prostu nie umie wypowiadać słów ‘kocham Cię’. Zdarza się, gdy ludzie mają problemy z okazywaniem uczuć. Jednak potem dotarło do mnie, że byłem głupcem. Spójrzmy prawdzie w oczy. Mój ojciec nienawidził mojej matki. Ona go kochała tak samo mocno, jak ja kochałem ją. Dla niego byłem tylko problemem, ale nie nienawidził mnie. Myślę, że wyżywał się na mnie za matkę. – Zaśmiał się cicho. – Wiesz, kiedyś zapytałem się mojej mamy, czy mnie kocha. Wiesz co odpowiedziała? Położyła mi rękę na policzku i wyszeptała: „Gdyby faktycznie tak było mieszkalibyśmy bez ojca, gdzieś daleko stąd.” Po czym poklepała mnie po głowie, odwróciła się na pięcie i wyszła. To było zaraz przed tym jak zapadła w śpiączkę. Przez kolejne lata łudziłem się, że żartowała. Chodziłem do niej do szpitala i dbałem o nią. Ojciec chodził od czasu do czasu, ale tylko dlatego, że zwykle śledziły go media. Później wszystko ucichło i ojciec nie musiał już oglądać mamy przez dłuższy czas. – Key stał jak wmurowany w podłogę, nie odzywając się ani słowem. – Nieobecność matki oznaczała wolność. Zaczął pić, brać i uprawiać hazard. A za wszystko co zrobiła mu moja matka, wyżywał się po alkoholu na mnie. Sypiał z kim popadnie, nie dawał mi pieniędzy na jedzenie, a lodówka była prawie zawsze pusta. Chyba, że był trzeźwy. Wtedy robiąc obiad myślał, że jakoś zrekompensuje mi miesiące picia. – Tae westchnął i oparł się czołem o szybę. – Powiedzmy, że byliśmy bogatą rodziną, a ja znałem kod do sejfu. Sejfu matki. Nie kradłem. – Lee pokręcił głową. – Nie sądzę, że ojciec wiedział o jego istnieniu. Gospodarowałem się pieniędzmi tak dobrze, że nigdy mi niczego nie brakowało, ale za dużo też mieć nie mogłem. Mój ojciec, nieważne jak bardzo pijany, w końcu zadałby sobie pytanie ‘skąd mam pieniądze?’, nieprawdaż? – Kibum nieśmiało skinął głową. Karmelowowłosy ujrzał odbicie przyjaciela w szybie, więc kontynuował. – No właśnie. Do teraz żyje z pieniędzy, które zostawiła mi matka. No powiedzmy, że zostawiła. Resztę, której nie przepił albo nie przehandlował ojciec, trafiła w ręce twojego taty, który regularnie wypłaca mi pieniądze, na wszystko to, czego potrzebuje. Właściwie chciałbym móc gospodarować samodzielnie pieniędzmi, które mi ‘zostawił’, ale nie chcę narażać twojego taty na nieprzyjemności. Chociaż i tak mieszka on teraz za granicą, więc może dałoby się coś załatwić? – Zamyślił się.
- Minnie… - Nieśmiało wyszeptał białowłosy.
- Tak? – Taemin odwrócił się przez ramię i zobaczył przerażoną minę Key’a. – Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha… - Ale on nie dał mu skończyć. Wziął zaskoczonego karmelowowłosego w ramiona i przytulił mocno do siebie. – Co-co-co Ty robisz? – Wydusił z siebie.
- Mówisz to tak spokojnie, a wiem, że w środku cały się trzęsiesz. – Lee żachnął się cicho, po czym wtulił w swojego przyjaciela.
- Nienawidzę okazywać słabości. – Mruknął, czując, że w oczach zbierają mu się łzy.
- Okazywanie swoich uczuć osobie, która nie wykorzysta ich przeciwko Tobie nie jest słabością. Jest niemą prośbą o pomoc. A człowiek nie jest na tyle silny, żeby być sam. Nieważne jak bardzo aspołeczny by był, nigdy nie będzie w stanie żyć tak do końca sam. Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Im dłużej przebywa w samotności, tym w większym stopniu zmienia się jego filozofia i sposób patrzenia na świat. Tym trudniej będzie mu się potem dostosować do społeczeństwa. Ale gdzieś w głębi jego serca, będzie czuł, że musi być z ludźmi. Jeśli nie z nimi, to koło nich. – Zamilkł na chwilę czując, że jego koszulka stopniowo robi się mokra od łez. Ale nie obchodziło go to. Przycisnął tylko mocniej Tae do klatki piersiowej i oparł się podbródkiem o jego głowę. – Wielu ludzi zostawia wszystko co ma w pogoni za marzeniami, a jeśli spełnią się one, to po jakimś czasie dochodzi do nich, że powinni być szczęśliwi, a nie są. Wiesz dlaczego? – Młodszy pokręcił nieznacznie głową. –  Bo nie mają z kim dzielić szczęścia spełnionych marzeń. Jak to mówił W. Shakespeare "Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne." Więc należy walczyć o swoje, mając przy boku tych, którym na Tobie zależy. – Lee oderwał się od Kibum’a i spojrzał na niego. Na jego twarzy wykwitł mały, ale piękny uśmiech, który rozpromienił poważnego dotąd Key’a. – Wiem jakie jest twoje marzenie. Znajdź sojuszników i podążaj za nim. – Taemin skinął głową i podszedł do szpitalnego łóżka, by wziąć swoją torbę.
- Jestem gotowy. – Białowłosy skinął z uśmiechem.
- Chodź. Odprowadzę Cię. Już czas byś wrócił do domu. – Wyszli z sali ramię w ramię z podniesionymi czołami, wiedząc, że przyszedł czas, w którym wszystko się zmieni. W którym nareszcie będzie inaczej niż było dotychczas, dzięki prawdzie. Bo nawet najbardziej bolesna prawda, lepsza jest od najmilszego kłamstwa…

            Wspiął się pospiesznie po schodach, powoli tracąc oddech. Biegł przez pięć przecznic sprintem, po czym wpadł jak burza do domu swojego chłopaka. Dziesięć minut wcześniej dostał telefon od białowłosego, że Taemin wreszcie wrócił do domu. Minęły dwa dni odkąd widział go ostatni raz, zapłakanego w szpitalu. Musiał się przekonać, czy wszystko z nim jest w porządku. Liczył się z tym, że być może Taemin nie będzie chciał go wpuścić do domu i będzie musiał przepraszać go tak długo, jak to będzie konieczne. Nie szkodzi. Jego jedynym celem było porwanie Lee w objęcia, żeby upewnić się, że nic mu nie jest. Że pomimo jego głupoty, jego chłopak wybaczy mu te wszystkie nieprzemyślane ruchy.
Jednak drzwi okazały się być otwarte na oścież, więc wbiegł do domu i zatrzymał się dopiero przed sypialnią. Dostrzegł sylwetkę karmelowłosego na tle okna i wstrzymał oddech. Po chwili dotarło do niego, że chłopak śpiewa cicho pod nosem jakąś piosenkę. Nie, nie jakąś piosenkę. Był to utwór, który Minho znał aż za dobrze. W którym uczucia rosły i opadały, a z każdego słowa sączyło się cierpienie.

Don't go
I can't do this on my own
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
Don't go

If I let you in
You'll just want out
If I tell you the truth
You'll fight for a lie
If I spilt my guts
it would make a mess we can't clean up.
If you follow me
you will only get lost.
If you try to get closer
We'll only lose touch
But you already know too much
And you're not going anywhere

Tell me that you need me cause I love you so much
Tell me that you love me cause I need you so much
Tell me that you need me cause I love you so much…

Say you'll never leave me cause I need you so much…*

- I’ll never leave you cause I need you so much… - Dokończył brązowowłosy. Taemin odwrócił się z przestrachem i ujrzał, smutno uśmiechającego się Minho. Starszy wyciągnął do niego rękę i wyszeptał: - „Gdy już wrócę nie dam Cię nikomu skrzywdzić. Znamy się krótko, ale jesteś moim pierwszym, prawdziwym przyjacielem. Tak więc nigdy Cię nie zapomnę, Lee Taemin.” – Usta karmelowowłosego rozwarły się szeroko, a on sam zrobił nieśmiały krok do przodu. – O ile nie pamiętałem wcześniej, tak teraz nie wiem jak mogłem zapomnieć. Jak mogłem zapomnieć osobę, na widok której moje serce pierwszy raz zabiło tak mocno. – Taemin podbiegł do Minho i odtrącając jego rękę rzucił mu się w objęcia. – Już wróciłem Lee Taemin. Już wróciłem na stałe…na zawsze….



* Piosenka BMTH „Don’t go
tłum.:

„Nie odchodź,
Nie poradzę sobie sam.
Nie odchodź,
Nie poradzę sobie sam.

Ocal mnie przed tymi, którzy polują na mnie nocą.
Nie potrafię żyć z samym sobą, wiec zostań ze mną tej nocy.

Nie odchodź.
Nie odchodź.

Jeśli Cię wpuszczę,
Będziesz chciał uciec.
Jeśli powiem ci prawdę,
Będziesz walczył o kłamstwo
Jeśli stracę odwagę,
Może powstać bałagan, którego nie będziemy umieli posprzątać.

Jeśli pójdziesz za mną,
Tylko się zgubisz.
Jeśli spróbujesz się zbliżyć,
Jedynie stracimy ze sobą kontakt
Ale ty już wiesz zbyt dużo,
I nigdzie stąd nie pójdziesz.

Powiedz mi, że mnie potrzebujesz, ponieważ tak bardzo cię kocham.
Powiedz mi że mnie kochasz, ponieważ tak bardzo cię potrzebuję.
Powiedz mi, że mnie potrzebujesz ponieważ tak bardzo cię kocham.

Powiedz, że mnie nigdy nie opuścisz, ponieważ tak bardzo cię potrzebuję.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz