Endless Night ~ Three

Rozdział trzeci

„Zanim skupimy się na tym czego nie chcemy pamiętać, spróbujmy wspomnieć to, czego nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć.”

Nad uliczką w centrum Seoulu wisiał przepiękny księżyc w pełni. Gwiazdy świeciły jasno wspomagając latarnie, których wątłe światło nie gwarantowało bezpieczeństwa podczas podróży. Dwaj młodzi mężczyźni szli środkiem wybrukowanego chodnika co rusz mijając, dość okazale wyglądające, budynki mieszkalne. Kolorowe płoty, teraz przybrały barwy ciemne, a w miejscach gdzie docierała poświata księżycowa, zdawały się ukazywać przynajmniej po części swój naturalny kolor. Powietrze było dość ciepłe, a jedynie chwilami przerywane zostało przez powiew chłodnego wiatru.
Nagle nocną ciszę przerwał zaniepokojony głos.
- Minho-hyung…czemu nie lubisz swojego brata? – Pytany wzdrygnął się.
- Nigdy nie powiedziałem, że go nie lubię. – Mruknął.
- Ale Pani Choi…Widziałem twoją reakcję, gdy powiedziała, że twój brat przyjeżdża. – Taemin zamilkł, gdy poczuł przyszywające go spojrzenie towarzysza.
- Kocham mojego brata. Koniec tematu. – Warknął.
- Ty jesteś zły? – Młody wpatrywał się w niego z zaskoczeniem.
- Nie wolno mi? Też jestem człowiekiem. – Wysyczał przez zęby. – To nie twoja sprawa mały. Nie powinieneś wtrącać się w nieswoje sprawy. – Zakończył i spojrzał na zaskoczoną minę towarzysza. Odetchnął głęboko. – Przepraszam, uniosłem się.
- Nie to…to właściwie ja przepraszam. Nie powinienem był pytać. – Lee spuścił głowę i zacisnął zęby. – A tak na marginesie, to masz świetną mamę. Nie znam twojego ojca, ale skoro ma tak fajną żonę, to musi być równie genialny. – Taemin uśmiechnął się promiennie. Minho zatrzymał się. Odwrócił się w stronę młodszego i przybliżył swoją twarz do niego.
- Mój ojciec to zadufany w sobie, zapatrzony w swojego syna egoista i materialista. Nigdy nie porównuj takiej osoby jak on do mojej matki. – Wysyczał z szyderczym uśmiechem. – Gdyby moja matka umarła wolałbym zostać sierotą niż mieć takiego ojca jak on. – Nim młodszy zdążył się odezwać Choi uciszył go gestem ręki. – Zaraz pewnie mi powiesz „O nie Minho! Nie wolno tak mówić! Przecież to twój tata. Jaki by nie było nadal jest twoim rodzicem i Cię kocha.” Otóż nie. Mój ojciec nigdy mnie nie kochał. Zawsze wolał mojego brata. Nigdy nie pasowało mu, że śpiewam i rozwijam się w kierunku muzycznym. Twierdził, że po tym nie będę miał przyszłości i przyniosę mu hańbę. Chciał, żebym został jakimś prezesem firmy, czy innym biurokratą z zapędami materialistycznymi. Zagroził mi, że jeśli po liceum postanowię dalej prowadzić – jak on to pięknie określił – „artystyczną farsę”, to mnie wydziedziczy. Zawsze za to, kochał mojego idealnego brata. On zawsze, ale to zawsze spełniał wszystkie jego oczekiwania. Był idealnym synem, który idealnie się zachowywał, świecił idealnym przykładem. Był „Panem Idealnym” w każdym calu. Wiesz jakie to frustrujące? – Westchnął i kontynuował. – Moja matka jako jedyna stawała w mojej obronie. Powtarzała mi, że mnie kocha i nie pozwoli wydziedziczyć bez względu na to co będę robił w życiu. Dlatego też nie zrobiła mi awantury za to, że podejrzewała, iż jestem gejem. – Taemin wpatrywał się w Minho bez wyrazu. – Dlatego starałem się być taki by inni mnie akceptowali. Zawsze charyzmatyczny, dobrze nastawiony do świata. Niczym nieprzejmujący się licealista, któremu jedyne w głowie to zabawy, śpiew i dziewczyny. – Westchnął i ruszył przed siebie. – Mój brat za chwilę przyjeżdża na tydzień. Dlatego nie chce być w domu, kiedy mój ojciec będzie mnie traktował jak pomywajkę, a mojego brata jak króla. – Skończył swój wywód i zaczął wpatrywać się w gwiazdy.
- To tu. – Usłyszał cichy głos po swojej prawej stronie. W oknach nie paliło się żadne światło.
- Nikogo nie ma u Ciebie o tej porze? – Widać było zaskoczenie malujące się na jego twarzy. Tae zacisnął pięści i otworzył furtkę jednym gestem ręki.
- Dobranoc. – Warknął cicho.
- Taemin poczekaj… - Minho złapał go za ramię. Ten wyrwał się dość szybko i zatrzasnął za sobą furtkę, zostawiając zupełnie ogłupiałego kolegę na ulicy.
- Powiem Ci to jeden jedyny raz. Ciesz się, że masz ojca, który tylko grozi, a nie realizuje groźby. – Warknął i wbiegł do domu po schodkach, zamykając za sobą drzwi z wielkim hukiem.

- Co za beznadzieja. – Warknął Minho zaciągając się papierosem.
- Stary od kiedy Ty palisz? – Brunet zerknął na przyjaciela ze zdziwieniem.
- Od wczoraj. – Oparł beznamiętnie, czym wywołał śmiech u towarzysza.
Siedzieli na ławce w parku nieopodal szkoły i tak jak w każdą sobotę spędzali tu nawet pół dnia rozmawiając.
- Chłopak Cię rzucił? – Zaszydził brunet.
- Czemu chłopak? – Mina Choi zdradzała zaintrygowanie.
- Nigdy nie fascynowały Cię laski. Może jesteś gejem? Zwłaszcza od kiedy Ty i ten… - Nie dał mu skończyć.
- Nie ma mnie i jego. Nie ma nas. Jestem ja i – Tu przerwał na chwilę. – on.
- Obrażasz się jak panienka. To tylko chłopak. Daj spokój. – Brunet podrapał się po głowie i wyciągnąwszy telefon z kieszeni, zaczął coś na nim wystukiwać.
- Co robisz? – Brązowowłosy zapytał się z udawaną ciekawością.
- Piszę.
- Ale do kogo?
- A co Ciebie to obchodzi? – Warknął.
- Jonghyun? – Spojrzał się na niego pytająco. Ten tylko pokręcił głową.
- Mam dziś randkę. – Burknął.
- Czemu ja o tym nie wiedziałem?! – Wykrzyknął, podrywając się z miejsca.
- Bo nie pytałeś. – Mruknął.
- To ja Ci mówię o wszystkim, a Ty się nawet nie chcesz przyznać? – Minho westchnął. – Skończyłeś to pieprzone liceum, a zachowujesz się jak dziecko.
- Wyluzuj stary. – Jjong podniósł głowę i szerokim uśmiechem szepnął do przyjaciela: – O wilku mowa.
- Co? Twoja randka? – Choi podniósł głowę i zaciągnął się jeszcze raz papierosem.
- Nie. Twoja. – Zaśmiał się serdecznie i zeskoczył z ławki. Minho zakrztusił się dymem. – Baw się dobrze kochanie. – Taemin podszedł do nich z wyraźną dozą ostrożności. – Jestem Jonghyun, najlepszy przyjaciel tego frajera. – Zaśmiał się. – Opiekuj się nim, Taeminnie. – Młody zdębiał. – A Ty bądź grzeczny! I wróć przed dziesiątą. Mama kocha. – Ułożył serduszko z rąk i nim Minho w ogóle zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, najzwyczajniej w świecie zwiał, machając do osłupiałego Lee. Nim którykolwiek z nich zdążył się odezwać Choi poczuł wibrację swojego telefonu. Spojrzał na ekran, a jego źrenice zwęziły się, gdy poznał zawartość wiadomości.

Od: Jjong
Te Panie płonąca charyzma, okiełznaj swój popęd
fizyczny i zaproś chłopaka najpierw na randkę.
Wygląda całkiem milusio >D
Kocham Cię, skarbie <3

- Zabije tego pieprzonego dinozaura. Kiedyś nie wytrzymam. – Warknął i szybko odpisał.

Do: Jjong

Papierowe torby na twarz masz w swoim aucie.
Myślę, że jak kupisz prezerwatywy, to jakoś to pójdzie XD
Chyba, że jest ślepa. Wtedy zwracam honor <3

Zaśmiał się pod nosem i wsadził telefon do kieszeni. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem, po czym wyrzucił go na chodnik i przydeptał. Dopiero teraz skupił swój wzrok na koledze. Był na niego wściekły za wczoraj. Taemin jakby obudził się z transu, ponieważ podszedł bliżej Minho i zwrócił się do niego:
- Czemu Ty palisz?
- Kolejny. – Warknął. Lee jakby puścił tę uwagę mimo uszu.
- To był twój przyjaciel, prawda?
- Na moje nieszczęście, owszem.
- Skąd znał moje imię? – Zapytał z nieudawaną ciekawością. Choi lekko się speszył.
- Jakoś tak wyszło, że przez chwilę rozmawialiśmy o tobie. Wspominałem, że masz talent taneczny. – Przerwała mu wibracja w kieszeni. Spojrzał na ekran i się zakrztusił.

Od: Jjong

A kto powiedział, że to dziewczyna?

- Coś się stało? – Zapytał młody troską.
- Tak w ogóle to, co Ty tu robisz? – Minho zignorował telefon i wsadził go z powrotem do kieszeni. Zastanawiał się, czy jego przyjaciel żartował.
- Byłem na spacerze i właściwie szedłem do Ciebie. – Wymamrotał.
- Do mnie? Po co? – Choi był zaskoczony.
- Chciałem przeprosić za wczoraj. – Taemin czuł się zażenowany, a brązowowłosy poczuł się tak, jakby cała jego złość i frustracja nagle go opuściła. A nawet tak jakby jej nigdy nie było.
- Ehh nic się nie stało. Nie powinienem był się wypowiadać w takich sprawach. – Lee pokręcił głową.
- To nie tak. Ja po prostu mam przykre doświadczenia w takich sprawach. Po prostu moja mama umarła dwa lata temu i nadal jest mi się ciężko pogodzić z jej śmiercią. – Minho nie poczuł się zszokowany samą śmiercią, tylko tym, że Taemin powiedział mu coś takiego.
- Tae… - Nie wiedział co może powiedzieć.
- To nic. – Uśmiechnął się pocieszająco. Najdziwniejsze było to, że sam Choi był bliżej rozpłakania się niż chłopiec.
- Może się przejdziemy? – Zaproponował Minho cicho.
- Przejść się? Gdzie? – Po twarzy Lee dało się dostrzec, że jest zafascynowany.
- A znam takie jedno fajne miejsce. Chodź. – Złapał go za rękę i pociągnął w stronę centrum.

- To jest przepyszne! – Taemin siedział na stołku barowym obok Minho i popijał coś w kolorze écru z długiej szklanki, takiej jakiej używa się podczas podawania deserów. W ustach trzymał przygryzioną słomkę i powoli, rozkoszując się każdym łykiem sączył napój.
- Smakuje? – Choi zaśmiał się. Sam trzymał w ręku kubek z kawą, którą pił równie ochoczo, ale nie z takim samym entuzjazmem co karmelowowłosy.
- Taaak. Bardzo. Co to jest? – Pytany zdumiał się.
- Nigdy nie piłeś mleka bananowego? – Taemin zrobił wielkie oczy.
- Już wiem! Mama mi takie robiła, kiedy byłem mały. Już pamiętam. – Nagle zasępił się i spuścił głowę. Choi zareagował dość błyskawicznie widząc, że piękne włosy chłopaka mogą się zaraz pławić w napoju. Złapał karmelowy kosmyk i włożył go przyjacielowi za ucho. Tae speszył się i lekko odsunął od niego, ale po ciele przeszedł mu przyjemny dreszcz. Nagle obydwaj zastygli zastanawiając się skąd się wzięły w nich takie odruchy.

            Pomimo pięknej pogody chłopcy siedzieli w barze prawie cały dzień. Śmiejąc się, rozmawiając i pijąc bananowe mleko. Rozmawiali o wszystkim, tak jak ostatnio. Minho czuł, że powoli zbliżają się do siebie. Zaś Taemin zaczął się zastanawiać, czy powinien czuć się tak dobrze w towarzystwie chłopaka. Jednak długo nie zaprzątali sobie tym głowy, ponieważ zaczęło się ściemniać. Siedzieli na niewygodnych stołkach barowych ponad pięć godzin, ale żaden z nich się nie skarżył.
            Szli w milczeniu od dobrych pięciu minut. Słońce powoli chowało się za horyzontem pozostawiając za sobą ciepłą i jasną łunę, która oświetlała im drogę do domu. Mogłoby się wydawać, że cisza, która zapadła była tą krępującą, powstałą z powodu wyczerpaniu tematów. Jednak było zupełnie odwrotnie. Oni po prostu szli brukowaną uliczką, wspólnie rozkoszując się zachodzącym słońcem.
Nagle Minho zatrzymał się. Wyjął ręce z kieszeni i ogrzał je ciepłym oddechem. Spojrzał na ręce młodszego. Najwyraźniej nie posiadał kieszeni, ponieważ dłonie zwisały bezwładnie przylegając do ciała. Gładka i jasna skóra przybrała barwy niezdrowo-czerwonej. Choi zareagował dość szybko. Wyjął rękawiczki ze swoich kieszeni, zatrzymał Taemina i założył mu jedną z nich na lewą rękę. Zrobił to tak szybko, że ten nawet nie zdążył zareagować. Dla siebie przeznaczył rękawiczkę prawą i szybki ruchem wsunął w nią rękę. Lee patrzył na niego zdezorientowany.
- Dziękuje…przynajmniej będzie mi ciepło w jedną rękę. – Uśmiechnął się delikatnie. Nie bardzo pojmował logikę Minho, ale też dlatego, że nie przyszło mu do głowy, iż jego Sunbae odda mu swoją rękawiczkę.
- Będzie w obie. – Zaśmiał się Choi, po czym chwycił odsłoniętą rękę swojego przyjaciela. Ten podskoczył jak oparzony, ale chwilę później się opanował. Nie wyrwał ręki, jedynie zacisnął palce na miękkiej i ciepłej – w jego odczuciu – dłoni brązowowłosego. Uczucie wszechogarniających go dreszczy tłumaczył dostarczeniem ciepła jego rękom. Jednak zdawał sobie sprawę, że to nie do końca było to. Uśmiechnął się pod nosem widząc roześmianą twarz towarzysza i powrócił do czynności spacerowania.
            Taemin całą noc grał na fortepianie, uśmiechając się do siebie. Był szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy. Nie obchodziło go to, że być może to, co robi jest absurdalne, głupie, niepojęte i co najważniejsze niewłaściwie. Nie obchodziło go to. Już nie chodziło o samą przyjemność spędzania czasu z nim. Chodziło o coś więcej. Taemin nie był pewien, ale chyba chodziło o miłość.

            Przez wielkie dębowe drzwi do domu wślizgnął się Minho, specjalnie uważając na każdy dźwięk. Jednak nagle zatrzymał się raptownie, spostrzegłszy swojego ojca razem z bratem siedzących w salonie. Kanzen fukał wściekle na starszego mężczyznę, a widząc swojego Pana podbiegł do niego i wskoczył mu na ręce.
- Łaskawie zechciałeś się pojawić. Nie masz zegarka, smarkaczu? – Ojciec warknął.
- Odprowadzałem kolegę do domu. – Mruknął.
- A co? On nie ma nóg? – Mężczyzna był zły.
- Ma. Nie muszę Ci się z niczego tłumaczyć.
- Może grzeczniej? – Podniósł się z fotela. – Kto dał Ci prawo, żeby tak się odzywać do własnego ojca?
- Ten sam kto dał Ci prawo do wyżywania się na własnym synu. – Minho wycedził te słowa przez zęby, pomimo zachowanego spokoju. Mężczyzna podszedł do niego i wymierzył mu z otwartej dłoni w policzek. Starszy brat wstał i złapał dłoń ojca, zanim ten uderzył Minho po raz drugi. Młodszy stał w bezruchu wpatrując się stanowczo w rozwścieczone oczy ojca. – Skończyłeś?
- Wynoś się do swojego pokoju. Natychmiast. Jeszcze jeden taki raz i wywalę Cię stąd. Jesteś niewdzięcznym smarkaczem, który w ogóle nie myśli o swojej rodzinie. Jesteś bezużyteczny. Jak mebel. Skoro nim jesteś, to czemu przynajmniej nie stoisz w kącie nic nie mówiąc? Byłoby łatwiej dla wszystkich. – Warknął. Minho nawet go nie słuchał. Minął go i rzuciwszy przez ramię „Hej starszy bracie. Miło Cię widzieć.” Wszedł po schodach do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi z głośnym hukiem.
- Ciebie też miło widzieć, braciszku. – Westchnął chłopak i usiadł z powrotem na fotelu. – Ojcze nie powinieneś podnosić na niego ręki. – Zauważył cicho.
- A ty nie powinieneś się wtrącać do moich metod wychowawczych. – Ojciec syknął.
- Mnie nigdy nie biłeś.
- Bo nie było to potrzebne. Powinieneś być wystarczająco dojrzały by zauważyć, że twój brat nie nadaje się do niczego i nic z niego nie będzie. – Westchnął.
- Bo nie spełnia twoich chorych oczekiwań? – Ojciec wyprostował się na fotelu i spojrzał na swojego syna nic nierozumiejącym wzrokiem. – Ja byłem zawsze tym potulnym i grzecznym. Nie zamierzam pozwolić Ci zniszczyć, tak samo jak mnie, życia Minho. Rozumiemy się? Możesz mnie strofować, poprawiać i ganić. Przecież i tak zrobię wszystko co będziesz chciał. Ale jego zostaw w spokoju, rozumiemy się? – Ojciec oburzony wstał z fotela.
- Słucham? – Warknął.
- Skończyłem. Idę do kuchni. – Wstał z kanapy i zgrabnie wyminął mężczyznę. Nim zdążył on cokolwiek dodać, starszego syna już nie było.
- Niewdzięczne mendy. – Wysyczał nim opadł na fotel i poluźnił sobie krawat.

            Gdy tylko zaczęło świtać Minho otworzył okno, wyrzucił przez nie plecak i przełożył jedną nogę przez jego framugę. Poprawił siedzącego w kapturze Kanzen i ześlizgnął się po ścianie wpadając na altanę, która pomimo drewnianej konstrukcji wytrzymała obciążenie. Zeskoczył z niej złapawszy plecak i po cichu wyszedł z własnego ogrodu. Czuł się tak jak gdyby ukradł stąd coś cennego. Tylko nikt nie umiałby się na tym poznać. Jego jedynym towarzyszem w podróży była muzyka, która cicho głosiła swoją mądrość dzięki małym słuchawkom, które odcięły Minho całkowicie od świata.

And then I found out how hard it is to really change,
even hell can get comfy once you've settled in.
I just wanted the numb inside me to leave.
No matter how fucked you get, the sun will return and you come back down!
The funny thing is all I ever wanted I already had.
There's glimpses of heaven in every day!! In the friends that I have, the music I make, the love that I feel, I just had to start again.1
1 – „Hospital for Souls” ~ Bring me the Horizon (tłumaczenie:)

I wtedy zrozumiałem, jak trudno jest się zupełnie zmienić,
kiedy się zadomowisz, nawet piekło wydaje się miłym miejscem.
Po prostu chciałem, aby moje wewnętrzne odrętwienie odeszło.
Nieważne jak bardzo masz przegwizdane, słońce powróci, a ty wrócisz na ziemię!
Zabawne jest to, że wszystko czego kiedykolwiek chciałem, już dawno posiadłem.
Przebłyski nieba są w każdym dniu! W każdym przyjacielu którego mam, w muzyce którą tworzę, w miłości którą czuję, po prostu musiałem zacząć jeszcze raz…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz