Rozdział pierwszy
„Nienawidzić osoby ofiarującej szczęście, to jak nie chcieć być
szczęśliwym.”
Wstało słońce, które wlewało się
do małego pomieszczenia poprzez jedną szparę, między zasłoną a ścianą.
Oświetlało – na pierwszy rzut oka – stertę koców i kołder zrolowanych jak
niedzielne naleśniki, spoczywające na łóżku. Przy uważniejszych oględzinach
dało się dostrzec stopy w puszystych skarpetkach w kolorze biszkoptów i
karmelowe włosy, rozsypane na poduszce.
Nagle
sterta poruszyła się, wydając z siebie cichy pomruk niezadowolenia, po czym
westchnęła i przeturlała się na drugą stronę łóżka. Po chwili w pokoju rozległ
się dźwięk przeraźliwie wyjącego budzika, który nie wydzwoniwszy nawet trzech
sekund został brutalnie uciszony przez właściciela. Zegar z metalicznym jękiem
zsunął się z krawędzi szafki i spotkał z podłogą. Dla takiego budzika stało się
to już rutyną.
Poranne
czynności naszego zrolowanego przyjaciela nie należały do jego ulubionych.
Posiadał on bowiem dość specyficzny styl życia. Mianowicie kochał egzystować w
nocy i spać w dzień, jednakże przez obowiązek nauki do osiemnastego roku życia
nie miał jak spać. Więc na zdrowy chłopski rozum kłaść się powinien wcześniej –
jak każdy szanujący siebie obywatel – lecz on jak to miał w zwyczaju po prostu
się nie kładł. Jego organizm ku zdziwieniu ludzi po prostu się do tego
przyzwyczaił. Nigdy nie był senny, ospały, czy nawet zmęczony. Jego normą były
cztery do pięciu godzin snu, a nie wyrobiwszy jej po prostu odsypiał podczas
codziennych lekcji. Co noc kład się o wyznaczonej porze - podczas tygodnia o
drugiej, czy trzeciej, a w weekendy nawet o szóstej, kiedy zaczynało świtać –
by obudzić się dokładnie po pięciu godzinach snu. Nie widział sensu w
nastawianiu budzika, jednak – jak zawsze ubezpieczony - nastawiał go na minutę
po przebudzeniu.
Na jakieś dwie
minuty po tym jak wywlekł swoje ciało z zaparowanej łazienki zszedł do kuchni.
Włosy miał jeszcze lekko wilgotne po prysznicu, który wziął naprędce. Umyte
zęby lśniły perłową bielą, a oczy, które same w sobie wydawały się być piękne,
pociągnięte zostały cieniutką kreską, tak dla podkreślenia ich urody. To, że
chłopak używał eyelinera nigdy nie spotkało się z dezaprobatą. Wręcz
przeciwnie. Był on tak nieziemsko przystojny, słodki i rozkoszny, że każda dziewczyna
– nawet jeśli pomalowałby się za mocno albo zupełnie niemęsko – nie miałaby nic
przeciwko by pójść z nim na randkę, dwie albo od razu osiem (nigdy nie spotkał
się z aż tak zachłannymi osobami). Był tak popularny, że dziewczyny chodziły za
nim tabunami, prosząc go by się z nimi umówił. Jednak „Boski” – takie nadano mu
przezwisko – pozostawał nieugięty na każdą prośbę. Kiedyś nawet, któryś z
chłopaków stwierdził, że może Boski jest najzwyczajniej w świecie gejem. Po tym
zdarzeniu nazywali go „Woobin pechowiec”, ponieważ codziennie przydarzały mu
się różne nieciekawe rzeczy, którym przypisywano wytłumaczenie ‘przypadek
losowy’. Oczywiście nim nie były. W miesiąc złamał sobie aż czternaście kości i
trzy razy się zatruł. A potem przepadł bez wieści…Nie, nie został zabity.
Rodzice go przenieśli jak wyznał psychologowi, że biega za nim tłum
rozwścieczonych dziewczyn próbujących uczynić z niego kalekę na stałe. Boski
był naprawdę popularny i wiedział o tym każdy w elitarnej szkole znajdującej
się w Seoulu.
Tak jak zawsze podszedł do
lodówki wyciągnął z niego mleko, zrobił sobie kawę po czym usiadł na stołku
barowym przy blacie, kontemplując ciszę. Rozejrzał się po kuchni i wzrokiem
napotkał oczy swojej matki.
- Ach dzień dobry mamo. – Uśmiechnął się delikatnie i skinął
głową na przywitanie. – Zaraz zbieram się do szkoły. Nie patrz się tak na mnie.
Nie spóźnię się. – Zamilkł, a po chwili wstał od stołu i odłożył pustą już
filiżankę. – Przecież Ci obiecałem, że będę grzeczny. – Podszedł do pięknego
stołu stojącego w jadalni i ukłonił się. – Pa mamo. – Wyszedł przez drzwi
zostawiając kobietę uśmiechającą się na zdjęciu, samą.
Szedł z
wolna rozglądając się wokoło, jakby chciał dostrzec najmniejszy pyłek kurzu na
samochodzie, który mijał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma trzydzieści. Z
wyraźną dozą ostrożności przeszedł przez próg szkolnej bramy i wszedł na
dziedziniec szkoły. Rozejrzał się. Nigdzie nie było widać jego fanek. Odetchnął
z ulgą.
- Taemin! Lee Taemin! – Zatrzymał się raptownie, gdy
usłyszał swoje imię. Westchnął, ale zaraz odwrócił się na pięcie i uśmiechnął
beztrosko.
- Tak? – Zapytał najmilszym tonem jakim umiał.
- Nie udawaj.- Warknął białowłosy/blondwłosy chłopak ubrany
w taki sam mundurek jaki posiadał Taemin. Kolor jego włosów był tak jasny, że
spokojnie można go było uznać za écru z płynnym przejściem w biały.
- Key. – Blondyn przyjrzał mu się uważnie i mruknął z
dezaprobatą.
- Schudłeś. Nie było mnie dwa tygodnie, znowu schudłeś Tae.
– Ten spojrzał na niego z obojętnością w oczach i wzruszył ramionami. – Jadłeś
cokolwiek?
- Jakby się tak zastanowić to ostatnio nie. – Zamyślił się.
- Do cholery, Taemin! Jak możesz się tak zaniedbywać?! – Key
warknął na swojego przyjaciela i szarpnął go za krawat.
- Puszczaj mnie. Ludzie się schodzą. – Wypowiedział te słowa
tak lodowatym tonem, że blondyna przeszły ciarki.
- Taeminnie-oppa! – Krzyknęła jakaś dziewczyna, biegnąca w
ich stronę.
- Do zobaczenia później. Zjedz coś. – Syknął blondyn po czym
się ulotnił.
- Heejun, witaj. – Uśmiechnął się zawadiacko. Brunetka
zarumieniła się.
- Cześ-ś-ć. – Wyjąkała. – Chciałaby-by-ś zjeść ze mną dziś
lunch? – Wymówiła jednym tchem.
- Z wielką przyjemnością. – Uśmiech nie schodził z jego
twarzy. Rozanielona dziewczyna skinęła głową w podziękowaniu i wycofała się na
miękkich nogach w stronę szkolnych drzwi. – I tak nie będę jadł. – Mruknął
zaraz po tym jak odeszła.
Taemin
siedział w przedostatniej ławce pod oknem. Zamyślony wpatrywał się w bawiące
się na podwórku dzieci. Każdej normalnej osobie przyszło by na myśl coś
przyjemnego i przypomniałby sobie swoje dzieciństwo, czy coś w tym rodzaju.
Taemin zaś zacisnął usta i odwróciwszy wzrok jął się wpatrywać pustym wzrokiem
w tablicę.
Z letargu wyrwał go odgłos pukania do drzwi. Nauczyciel
zaprosił do środka przybysza i uśmiechnął się serdecznie na widok swojego
ucznia.
- Minho-ssi! Nareszcie wróciłeś. Cóż za przemiła
niespodzianka. Minęło tyle czasu, że nie wiem, czy Cię jeszcze pamiętają. –
Zachichotał, a klasa mu zawtórowała.
- Hej ludzie. – Zawołał wesoło chłopak z ciemno-brązowymi
włosami i uśmiechnął się pociesznie. – Wróciłem z Japonii. Mimo wszystko wolę
chyba Koree, chociaż żebyście widzieli te wszystkie przepiękne i seksowne… -
Przerwało mu chrząknięcie nauczyciela, który zdusił śmiech. - …Zabytki! – Minho
uśmiechnął się wesoło. – Seonsangnim (nauczyciel), zabytki.
- Seksowne zabytki, powiadasz? – Zaśmiał się jeden z jego
kolegów. – Tutaj też nie ma na co narzekać Min. – Dziewczęta zachichotały.
Taemin przyglądał się tej całej szopce z zażenowaniem, a z drugiej strony w
sercu czuł nieznane mu dotąd ciepło.
- Dobra, starczy tego dobrego. Minho-ssi siadaj za Taemin’em,
zaczynamy lekcje. – W chwili, gdy nauczyciel wymówił imię chłopaka z
przedostatniej ławki oczy przybyłego zatrzymały się na nim. Zlustrował go
wzrokiem, po czym raźnym krokiem podszedł do swojej ławki i siadł za kolegą.
Nawet siadłszy, oczy cały czas spoczywały na karmelowowłosym. Jeśli ktoś
uważniej by się przyjrzał to dostrzegłby, że mimo uśmiechniętej twarzy, rzeczą,
która ‘śmiała’ się najbardziej były jego oczy. Przez wszystkich nazywane
żabimi, chociaż wcale, ale to wcale żaby nie przypominały.
Wraz z
dźwiękiem dzwonka Taemin poderwał się pospiesznie i skierował w stronę drzwi.
Zatrzymała go czyjaś ręka, łapiąc go za ramię. Odwrócił się powoli.
- Hej Tae. – Minho uśmiechnął się do kolegi. – Co tam? –
Brązowowłosy był jedyna osobą w całej szkole, która była go w stanie
wyprowadzić z równowagi. Nie był się też w stanie zmusić do uśmiechu widząc
jego twarz.
- Ta. Hej. – Mruknął. – Jak było w Japonii? – Zapytał
bardziej z grzeczności niż z ciekawości.
- Naprawdę wspaniale. Musisz tam kiedyś pojechać ze mną! –
Zaśmiał się. Taemin zdębiał.
- Czemu miałbym jechać z Tob…- Ale Minho nie dał mu dojść do
słowa.
- Gdzie masz następną lekcję? - *Taemin i Minho nie chodzą
ze sobą do klasy, ponieważ dzielą ich dwa lata różnicy. Mają dwa razy w
tygodniu dodatkowe lekcje języka angielskiego, na które uczęszczają razem.*
- Na drugim piętrze. – Mruknął ze znudzeniem.
- Ja też! Chodźmy razem. – Minho miał w sobie tyle pozytywnej
energii, że aż przytłaczała ona Taemin’a. Wiecznie cichy chłopiec, który
uśmiecha się do wszystkich byle tylko dali mu spokój. Najzwyczajniej do siebie
nie pasowali. A przynajmniej tak twierdził Taemin.
Pod koniec
dnia karmelowowłosy miał serdecznie dość swojego starszego kolegi.
- Sunbae (starszy kolego), może na dziś już wystarczy? –
Mruknął Tae.
- Czemu tak formalnie? Mów mi Hyung (starszy bracie). –
Minho uśmiechnął się.
- Chyba spasuje, sunbae. – Towarzysz wydął usta jak małe
dziecko i złożył ręce na piersi. - Tak,
jeszcze tupnij – pomyślał Taemin. – Muszę już iść. Do zobaczenia jutro!
- Tak. Do zobaczenia. – Mruknął brązowowłosy posmutniawszy.
Padał lekki
i dość zimny deszcz, który potrafił otrzeźwić nawet najbardziej splątane i
zagubione myśli Minho. Chłopak poruszał się po chodniku, który w malowniczy
sposób pokryty był nowopowstałymi kałużami, które przy każdym stąpnięciu
‘wydawały’ z siebie odgłos cichego klapnięcia. Trampki przesiąkły mu już
całkowicie wodą, a nogawki spodni brodziły raz po raz w otchłani kałuż. Nic z
tego mu nie przeszkadzało. Ani przenikliwe zimno rażące jego nogi ani siąpiący
z nieba deszcz. Szedł zamyślony ze zwieszoną głową. W uszach miał słuchawki, a to
czego słuchał zdecydowanie pasowało do panującej wokół atmosfery:
„Soon oh soon the light
Pass within and soothe the
endless night
And wait here for you
Our reason to be here „1
Na dźwięk znanej mu melodii uśmiechnął się pod nosem i
wyprostował. Ze spokojem przyglądał się mijanemu właśnie cmentarzowi. Podziwiał
pięknie wykuty, żelazny płot, którego finezyjne kształty błyszczały dzięki
spływającym kropelkom wody. Minąwszy bramę ukrytą w bluszczu zatrzymał się.
Dostrzegł coś. A raczej kogoś, pochylającego się nad nagrobkiem, prawdopodobnie
od dłuższej chwili. Po uważniejszym przyjrzeniu się dostrzegł mężczyznę,
trzymającego w ręku naręcze białych lilii. Postanowił przybliżyć się jeszcze
trochę. Przeszedł zgrabnie przez małą bramę i zaczął skradać się za nagrobkami.
Ukucnął tuż za wielkim drzewem wiśniowym, które nie
wyglądało tak okazale jak podczas rozkwitu kwiatów. Wyjrzał z za niego i
spostrzegł, że przed nagrobkiem nie siedzi nikt inny jak Lee Taemin. W pozycji
na w poł klęczącej z czołem pochylonym do ziemi trwał dłuższy czas. Tak jakby
czegoś wyczekiwał. Minho był bardzo ciekawy czyj grób przyszedł odwiedzić jego
kolega. Jego ciekawość została zaspokojona w momencie, gdy Taemin podniósł
głowę i przysiadł na krawędzi marmurowej płyty.
- Witaj mamo. Przyniosłem Ci kwiaty. Ładne, prawda? – Minho
aż się zachłysnął. Zatkał usta własną ręką i wpatrywał się z zaskoczeniem przed
siebie. Bardzo szybko doprowadził się do porządku, upewniając się, że nikt go
nie zauważył. – Nie było mnie wczoraj. Musisz mi wybaczyć, ale nie mam po
drodze tego cmentarza, a ostatnio z nauką nie jest najlepiej. Nie masz się o co
martwić. Radzę sobie świetnie, ponieważ wiem, że cały czas się mną opiekujesz,
mamo. – Uśmiechnął się promiennie. Chłopak wsłuchiwał się w słowa młodszego
kolegi z niedowierzaniem. Nie wiedział niczego na temat rodziny Taemin’a. Nie
sądzę, że ktokolwiek był w stanie powiedzieć na jego temat choćby jednego
słowa. Ten chłopak był jak zagadka, jak niemająca wyjaśnienia intryga, uknuta
tak by grać na emocjach i nie dać po niej poznać jak bardzo myli się
obserwator. Tae zawsze był skryty. Nigdy nie rozmawiał o swojej rodzinie,
upodobaniach, korzeniach, dzieciństwie, czy chociażby miejscu zamieszkania. Tak
więc, której osoby by się nie zapytało można mieć było pewność, że nikt nie
powie więcej niż ktokolwiek inny. Wszyscy wiedzieli tylko jedno. Taemin Lee to
człowiek, który nie zadaje pytań, ale też na żadne nie odpowiada. Taki był
karmelowowłosy chłopak o dziewczęcej urodzie.
Minho postanowił się wycofać i powoli z towarzyszącym mu
świszczącym wiatrem począł iść w kierunku bramy, którą tędy wszedł. Zanim
przekroczył jej próg usłyszał jeszcze: - Kocham Cię mamo. Widzimy się po
jutrze, trzymaj się. – Brązowowłosego zamurowało. Po chwili otrząsnął się z
szoku i wyszedł z cmentarza.
- Czyli jednak masz uczucia, Taeminie. – Uśmiechnął się ze
smutkiem.
Dochodziła
druga w nocy, gdy stojąc samotnie przy barierce balkonu niejaki Lee Taemin
wpatrywał się w gwiazdy. Patrzył zafascynowany na nieliczne spadające komety,
czy meteoryty, które rozświetlały i przecinały niebo raz po raz. Jego oczy
mieniły się, a na samym ich dnie można było dostrzec dziecięcą radość, która
nie mogła znaleźć ujścia.
Chłopak westchnął i wszedł do domu, zamykając balkon. Wślizgnął
się do swojej sypialni, zapalając światło i rozmarzony położył się na łóżku,
zwijając w kłębek. Po chwili wyprostował się, wstał i siadł po turecku na
parapecie. Wziął herbatę ze stolika i zaczął wpatrywać się w księżyc za oknem.
Westchnął ponownie. Nagle wszystkie myśli, które krążyły cały dzień po jego
głowie zrobiły się bardziej intensywne niż zwykle. Uderzyły go z taką siłą, że
chcą nie chcą musiał się z nimi zmierzyć. – Po
pierwsze muszę się zastanowić jak długo jeszcze zamierzam ciągnąć tę farsę z
udawaniem kogoś kim nie jestem. Czy to jest w ogóle zdrowe? Nic na to nie
poradzę właściwie. – Odchylił głowę, opierając ją o filar. – A co z Key’em? Może gdybym wykrzesał choć
odrobinę entuzjazmu umiałbym się z nim zaprzyjaźnić? W końcu to on utwierdzał
mnie cały czas w przekonaniu, że mogę mu ufać i na niego liczyć. Być może
nareszcie zyskał bym przyjaciela. On jako jedyny zna prawdę. Przyjaźniłem się z
nim od zawsze…co takiego się stało? A tak. Zmieniłem się. – Upił łyk
herbaty, warknął i postawił kubek z trzaskiem na blacie. Rzucił się na łóżko z
bezsilnym jękiem i wpełzł pod kołdrę. – Pozostaje
jeszcze kwestia Minho. Jest tak charyzmatyczny i uśmiechnięty, że robi mi się
niedobrze. Ale przecież ja też kiedyś byłem taki… Ach! Nienawidzę mojego życia!
– Taemin wbił palce w poduszkę ze złości. Największym ciosem dla niego był
fakt, że nie umiał być szczęśliwy. A osoba, która była zawsze szczęśliwa i
pełna entuzjazmu wydawał się być nim żywo zainteresowana.
Bardzo długo nie mógł zasnąć.
Udało mu się to koło czwartej nad ranem, kiedy przestał padać deszcz i powoli
zaczęło wschodzić słońce. Całą noc myślał o tym co powinien zrobić. Czy dać
szansę się poznać, czy trwać w niekończącym się pytaniu, na które nie chciał
dać odpowiedzi, choć doskonale ją znał. Pragnął ją zapomnieć przez te wszystkie
lata, ale jakaś siła nie chciała mu na to pozwolić. Wyglądało na to, że będzie
musiał ją komuś przekazać nim wymaże ją ze swojej jaźni.
„Żeby być szczęśliwym trzeba je od kogoś otrzymać. Lecz żeby to się
udało trzeba uwierzyć, że ktoś będzie chciał je Tobie ofiarować.”
*1 – piosenka „ Soon” zespołu Yes. W tłumaczeniu:
„Niebawem, oh,
niebawem światło
Przybędzie do nas o
czasie i ukoi niekończącą się noc
I zaczeka tu na ciebie
Ponieważ ono jest
naszym powodem by być tutaj.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz