Padał deszcz. Jego krople dudniły o metalowy dach budynku. Na środku
wielkiego pomieszczenia siedział mężczyzna. Był wyprostowany i patrzył
niezmiennie w jeden punkt, nie zwracając uwagi na ludzi krzątających się wokół
niego. Miał skrępowane nogi i ręce. Siedział z obojętnym wyrazem twarzy, a jego
chłodne oczy nie wyrażały niczego. Nie zadawał pytań. Nawet we własnej głowie
nie przeszło mu przez myśl, żeby przeciwstawić się czemukolwiek.
Miały minuty, a on wciąż siedział i nie poruszał nawet głową. W pewnym
momencie powiódł oczami w kierunku krat i spojrzał na mieniący się w deszczu
plac. Na szary skrawek nieba, który udało mu się zobaczyć. Uśmiechnął się i
odetchnął głęboko nucąc pod nosem jakąś wesołą kołysankę. I wciąż czekał…
„Hearing Eyes”
Prolog
Trzy miesiące wcześniej
Padał deszcz. Krople spływały
łagodnie po jasnych dłoniach. Zimne i delikatne ręce leżały na chłodnym drewnie
i drżały lekko. Jedna z nich uniosła się do twarzy i starła zabłąkane krople
krwi. Głowa odchyliła się do tyłu, a z ust dało się słyszeć westchnienie. Zimny
deszcz zmył resztki krwi z podbródka. Jedna z dłoni przeczesała leniwie
popielate włosy, po czym sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej telefon.
Kciuk przetarł jego ekran, który już zdążył pokryć się kropelkami deszczu. Brwi
ściągnęły się na widok wiadomości, a ich właściciel wstał z ławki i biorąc
deskorolkę pod pachę ruszył w stronę budynku.
Miejsce to było szare i niezbyt przyjazne. Wielki, kamienny
gmach i szarobury ogród. Przechodząc przez próg budynku miało się wrażenie, że
wchodzi się do więzienia. Gdyby kraty w oknach nie były wystarczającym
wytłumaczeniem dla określenia tego miejsca, surowy wystrój, ochroniarz z
pistoletem i wielkie ogrodzenie z kolczastym drutem stanowczo nadawały temu
miejscu rzeczony klimat.
Właściciel popielatej czupryny
wszedł do budynku i strzepał z włosów wodę. Ochroniarz burknął coś bardzo
niemiłego na jego widok, ale on nie zareagował. Nawet się nie odwrócił. Szedł
przed siebie ignorując szepty wszystkich uczniów, których mijał. Wszedł na
wyższe piętro po kamiennych schodach i skręcił w jeden z korytarzy. Przeszedł
prawie przez cały, kiedy odwrócił się i jednym ruchem złapał za klamkę,
otworzył drzwi i wślizgnął się wręcz niezauważalnie do środka. W pokoju, do
którego właśnie wszedł siedziała dziewczyna. Miała długie włosy w kolorze
starego złota spięte w kok w połowie i w połowie puszczone luźno na ramiona.
Drobne usta pomalowane bordową szminką, ciemne oczy i czarną obróżkę z koronki
z medalikiem na szyi. Ubrana była w prostą czarną sukienkę z białymi rękawami i
kołnierzykiem.
Dziewczyna poklepała miejsce obok siebie i chłopak
posłusznie usiadł na wypłowiałym ze starości kocu, który okrywał niewygodne
łóżko. Siedzieli razem, ramię w ramię wpatrując się w okno, które z za krat
ukazywało duży i niegdyś piękny ogród. Teraz pełen kałuż, wypełniony był tonami
szarości i zgniłej zieleni. Niebo było nieprzyjemnie jasne. Oczy musiały
pozostać zmrużone jeśli chciało się je skierować w jego stronę. I wciąż padało.
Dziewczyna dotknęła ramienia towarzysza. Zwrócił twarz w jej
stronę.
-
Jak się czujesz Gabrielu? – Popielatowłosy
wzruszył ramionami po czym oparł się czołem o jej obojczyk i westchnął.
-
Średnio. – Dziewczyna pogłaskała go delikatnie
po włosach. – Możemy tak chwile zostać? – Zapytał się jej. Pokiwała głową, po
czym przysunęła się do niego. – Dziękuje Ivette. – Uśmiechnęła się. Zawsze
poprawiała go z rozdrażnieniem, gdy mówił jej pełne imię. Nie przepadała za nim
i wolała je zdrabniać. Jednak w związku z tym, że do chłopaka długo to nie
docierało zaprzestała starań i od tamtej pory akceptuje to jako jeden z
elementów ich długotrwającej już przyjaźni.
Dziewczyna powiodła wzrokiem do
leżącej przy łóżku deskorolki. Pokręciła głową i wzniosła oczy do nieba.
-
Nigdy się nie nauczysz, że nie powinieneś
jeździć w deszczu, prawda? To cholernie niebezpieczne Gabrielu. Zwłaszcza dla
Ciebie. – Westchnęła.
-
Wiem, że coś mówisz Ivette. Jeśli to coś ważnego
powiedz mi to w twarz. – Dziewczyna zmrużyła oczy i spojrzała na niego. Chłopak
uniósł głowę i uśmiechnął się z politowaniem, widząc jej minę. – Twoje kości
policzkowe się poruszają. – Zaśmiał się cicho i przejechał sobie palcami po
żuchwie. – Poczułem. Ive prychnęła.
-
Powiedziałam, że znów jeździsz na desce w
deszczu… - Na jej słowa machnął ręką i położył się na plecach na łóżku, po czym
zamknął oczy.
-
Jeśli chcesz mi matkować to idź się przebierz i
chodź ze mną. Do ciszy nocnej mamy trochę czasu. Przejechałbym się. –
Dziewczyna wstała z łóżka i ze zrezygnowaną miną otworzyła szafę. Wybrała
przetarte w wielu miejscach leciwe jeansy, prostą bluzkę i długą, stanowczo na
nią za dużą, męską bluzę. Przebrała się, założyła wysokie trampki i z dna mebla
wyciągnęła swoją deskorolkę. Nasunęła kaptur na głowę, po czym szturchnęła
chłopaka w nogę.
-
Idziemy. – Gabriel uśmiechnął się z zadowoleniem
i wstał zwinnie łapiąc w locie swój ‘pojazd’.
Chwile później jechali już wąską uliczką sunąc wśród
rosnącego powoli poziomu wody na asfalcie. Ścigali się jadąc z całą prędkością
z górki, przeskakując nad drobnymi przeszkodami. Miasto wydawało się być
uśpione. Nie było późno, ale szare budynki z lekko poczerniałymi ze starości
dachami zdawały się być puste, nienaruszone i jakby pozostawione w innej epoce
przezimowały do czasów obecnych. Większość budowli w miasteczku, w którym się
znajdowali były kamienicami. Kamienicami dla których czas nie był zbytnio
łaskawy. Odrestaurowane w miarę dokładnie nadawały się do użytku, ale ich
funkcjonalność pozostawiała wiele do życzenia. Większość z nich wciąż
przydałoby się ocieplić, chociaż minęło już parę lat odkąd miasto oddało je do
użytku cywilnego.
W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się gwałtownie i
ściągnęła swojego towarzysza z deskorolki za mur. Ten w ostatniej chwili zdążył
ją złapać nim odjechała i oparł się o ścianę, próbując odzyskać równowagę.
Wsunął się głębiej za ścianę i spojrzał się pytającym wzrokiem na Ivette. Ta
skinęła głową w stronę ulicy, prostopadłej do tej, którą jechali wcześniej.
Gabriel powiódł oczami we wskazany przez nią punkt i zamarł. Odwrócił się
ponownie w jej stronę.
-
To mafia. Co mówią? – Zapytała się szeptem.
-
Skąd wiesz, że to mafia? – Chłopak zmarszczył
brwi.
-
Ten z czarnymi włosami i ciemnymi oczami. Znam
go. Znaczy się nie osobiście, ale… - Gabriel zacisnął usta.
-
Kupowałaś od niego prochy? Znowu bierzesz? –
Warknął.
-
Nie od niego i nie dla siebie. – Odcięła się. –
Ale wdziałam go jak spotkał się z tym dilerem, od którego brałam.
-
Ten w czarnych? – Zapytał.
-
Tak. To ponoć głowa mafii. Jakiś chłopak
przechodząc koło mnie gadał o nim z innym kolesiem. Patrzyli się w jego stronę.
To chyba nie jego imię, ale mówi się na niego Fei. – Ive wzruszyła ramionami.
-
Dlaczego nas zatrzymałaś? – Zapytał.
-
Bo chce posłuchać. – Burknęła. Gabriel pokręcił
głową.
-
To idź do nich i posłuchaj. – Westchnął i wziął
deskorolkę do ręki.
-
No weź. Jestem zwyczajnie ciekawa. – Dziewczyna
wychyliła się zza ściany i spojrzała na nich. – Tylko chwilę. – Westchnął, ale
spojrzał w ich stronę. Po chwili milczenia zaczął mówić.
-
Fei: dwieście białej damy, mamy sześć łbów do
wykarmienia, dziesiątka jest na głodzie. Ten drugi: crack z poprzedniej
dostawy, diler dał dupy. Fei: zawsze można mu ją odstrzelić. Chyba warknął.
Potem stwierdził, że hera i hasz na razie nie, bo mały popyt. I powiedział
jeszcze, że mają za dużo towaru na jednego, więc ma załatwić ludzi. – Gabriel
odwrócił się z powrotem do Ive. – Zadowolona?
-
Coś jeszcze mówią. – Wskazała głową w stronę
mężczyzn. Chłopak odwrócił się.
-
Ten drugi koleś mówi, że to za małe miasteczko
na takie ilości, a ten twój Fei stwierdził, że ‘dzieciakom’ da się wcisnąć
wszystko. A oni potrzebują kasy. – Zacisnął szczękę.
-
One są brudne…nie sprzedają czystych, bo im się
nie opłaca. Cholera. – Ivette warknęła pod nosem.
-
Jedyne co może być ‘czyste’ to marycha. Nie jest
aż tak nieopłacalna. – Gabriel patrzył na swoją towarzyszkę z mieszaniną
emocji.
-
Dziękuje, że mi pomogłeś. Powinnam ją ostrzec. –
Chłopak skinął głową. Spuścił deskorolkę na ziemię i wskoczył na nią kierując
się w tą samą stronę, z której przyjechali. Jeszcze raz tylko z czystej
ciekawości odwrócił się i spojrzał się w stronę tych dwóch mężczyzn. I w tej
chwili właśnie jego spojrzenie spotkało się z nieco szaleńczymi i ciemnymi
oczami głowy mafii. Odwrócił się szybko i przyspieszył na desce, żeby jak
najszybciej wrócić do szkoły.
-
Moje organy naprawdę nie nadają się na czarny
rynek…już jestem głuchy, więc jak przeżyje bez jednej nerki, a co dopiero
dwóch? – Gabriel przeklął pod nosem i przeczesał sobie nerwowo dłonią włosy. –
Ty kretynie. Z mafią chcesz mieć przesrane? Mało Ci? Mało? – W tej samej chwili
Ivette dogoniła go i poklepała po plecach.
-
Spokojnie. Nic się nie stało. – Dziewczyna
pokazała mu na migi, zbyt skupiona na patrzeniu na drogę, by móc pokazać mu
usta.
-
Nie chce kurwa skończyć jak mój brat. – Gabriel
warknął i zdjął stanowczo z siebie jej rękę. Ive zatrzymała się. Stanęła w
deszczu i westchnęła cicho patrząc się ze smutkiem w jego plecy.
-
Nie skończysz jak on…nie stracę kolejnego
przyjaciela… - Dotknęła obróżki na szyi, po czym powoli ruszyła za nim. Deszcz
leniwie przybierał na sile.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz