Uciekał. Wybiegł z budynku tak
szybko jak tylko potrafił. Dym drapał go w gardło. Zaniósł się kaszlem i
przyłożył dłoń do ust. Z oczu płynęły mu łzy. Ciało zachowywało się jak
przytwierdzone do sznurków. Jak marionetka prowadzona przez lalkarza biegł przed
siebie chcąc się zatrzymać. Świadom był co się stanie jeśli się nie zatrzyma.
Nie odwróci się i nie pobiegnie w przeciwnym niż teraz kierunku. Wszystko mogło
umrzeć. Wszystko razem z jego miłością.
„Thirteen”
rozdział dziewiąty część II
Płomień. Ogień ślizgał się po
powierzchni budynku jak wąż. Wił się w tę i z powrotem odcinając jego
zakładnikom dopływ powietrza i drogę ucieczki. Tlił się pod sam sufit
sprawiając, że przerażone zwierzęta wierzgały i rzucały się na wszystkie
strony, raniąc nie tylko siebie, ale i swoich towarzyszy. Krzyk. Panika. Swąd
dymu palił uwięzionym gardła. Doprowadzał ich płuca do granic wytrzymałości.
Zatrzaśnięci z potężnym żywiołem. Ledwo przytomni…nie na długo zdołają
powtrzymać ogień. Wytrzymać zadymienie. Nawet nie uda im się wyważyć drzwi.
Większość jest już na kolanach. Budynek stoi w płomieniach. Straży pożarnej jak
nie było tak nie ma. Ale cóż to. Ułamki sekund dzieli ich od śmierci, gdy
rozlega się głos. Przerażony i drżący jakby głos małego dziecka. Wszyscy zgodnie
z poleceniem odsuwają się od drzwi, nim ich deski roztrzaskują się na
kawałeczki, a strop blokujący przejście przewala się dalej, dając ujście
dymowi. Pozorna wolność uderza zebranym do głów. Rzucają się prędko ku wyjściu.
Tak samo jak spanikowane zwierzęta. Ogień z dopływem powietrza rozprzestrzenia
się. Powoli pochłania kolejne fragmenty budynku. Zwierzęta rozpierzchły się
wierzgając dziko. Większości udało się uciec zostały dwa, może trzy, które
ledwo i przy pomocy ludzi wydostały się z budynku. Strop, a raczej jego część,
wisiała niebezpiecznie nad wyjściem, grożąc zawaleniem w każdym momencie.
Jednak w środku ktoś został. Dwa serca. Nierozłączna para jeźdźca i konia.
Wrzeszczał sam na siebie przez
łzy i upadł na kolana. Ręce trzęsły mu się niekontrolowanie, płacz przechodził
w szloch, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Lecz podniósł się. Powoli, ale
stanowczo. Zawrócił. Zaczął biec. Potykał się o własne nogi, ale biegł. Musiał
biec. Wiedział, że to jedyne co może zrobić. Po prostu biegł. Biegł na palący się
budynek, na nieco spróchniałe ze starości drzwi. Krzyknął nawet nieświadomy,
żeby się odsunięto, po czym z całym impetem wpadł na deski. Runął na nie
niesiony chwilowym przypływem adrenaliny. Zagubiony gdzieś pomiędzy szokiem a
panicznym lękiem. Wbił się w nie, a one posypały się z łoskotem. Upadł na
ziemię uderzony kłębem dymu. Gdy otworzył oczy dookoła rodził się jego koszmar.
Płomienie tak silne i niepokonane krążyły wokół niego, tańcząc dzikiego walca
na jego przerażonym sercu. Jego oczy tak szkliste do tej pory wyschły zupełnie.
Zaschło mu też w gardle. Panika sparaliżowała jego ciało. Nie widział osób,
które przebiegły obok niego. Zwierząt, które w panice nawet przez niego
przeskoczyły. Nie widział i nie słyszał już nic. Przed oczami zrobiło mu się ciemno.
Nie poczuł nawet, gdy podniesiono go i zabrano daleko od pożaru. Na ułamki
sekund otrzeźwiło go pewne imię, ale i ono zaginęło gdzieś w dymie wciąż
trwających wydarzeń.
Płomienie rosły. Wraz z dopływem
powietrza ogień wzmagał się i zataczał coraz wścieklejsze koła. Otaczał ofiary,
które otumanione walczyły o życie. Zwierzę kuśtykało lekko ze zwieszonym tuż
przy ziemi łbem. Ciągnięte przez swojego Pana chwiało się na nogach, potykając
się wciąż o połamane belki. Zakryte derką i tak doznało poważnych obrażeń.
Właściciel ciągnął swojego ukochanego kompana i pomagał mu podtrzymując jego
nogi. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś mu się stało. W pewnej chwili wielka bela
płonącego siana spadła na jeden z boksów i roztrzaskała go. Koń odskoczył
gwałtownie i wywrócił się na grzbiet tuż przy samym wyjściu. Dostrzegając jasne
kolory świata wstał niezdarnie i powłóczając jedną nogą wydostał się na
zewnątrz. Złapano go natychmiast tym samym nie dając mu szansy na powrót po
jego Pana.
Obudził się. Nadal wszędzie widać
było dym, ale już stanowczo mniej. Wstał gwałtownie wołając imię swojego
ukochanego. Zobaczył grupę ludzi stojącą przed wciąż płonącym budynkiem. Rzucił
się biegiem w ich stronę unikając patrzenia na dym i ogień. Wpadł między nich,
tracąc równowagę i runął jak długi przed potrzaskanymi drzwiami stajni.
Spojrzał się w górę z niedowierzaniem. Nie mógł uwierzyć, że zostawili kogoś w
środku, ponieważ zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Straż pożarna ponoć już
jechała, ale on ani myślał na nią czekać. W przypływie odwagi rzucił się w sam
środek płonącego budynku. Po omacku wręcz dotarł do belki zagradzającej
wyjście. Wrzeszczał szlochając jednocześnie jego imię. Krzyczał tak głośno, że
dym ranił mu gardło dwa razy mocniej. I zobaczył go. Ledwo oddychał, a jego przygniecione
ciało leżało tak blisko wyjścia. Rzucił się do niego wręcz szarpiąc jego ręce.
Brutalnie wyrwał go z objęć połamanego regału, niegdyś zapełnionego łakociami
dla koni. Teraz zwęglone resztki opakowań uniosły się i zawirowały lekko w
kłębach dymu. Wyciągnął go. Użył całych sił jakie posiadał w swoim drobnym
ciele i wyciągnął go z pod desek. Zmusił go do wstania i podtrzymując,
trzęsącymi się nogami ruszył do przodu z nim pod rękę. Budynek właśnie się
łamał i pękał, kiedy udało im się wyjść a straż pożarna obwieszczała swoje
przybycie. Karetki sygnalizowały pośpiech z jakim pojawiły się po rannych.
W białym jak śnieg pokoju brakło
już dymu. Brakło również ognia. Było za to ciepło. Ciepło dwóch splecionych
ciał, którym biły serca. Biły wspólnym rytmem. O mały włos nie rozdzielone
najsilniejszym z żywiołów leżały teraz razem na białym łóżku. Oddychając równo
w takim samym tempie. Splecione palce nie dziwiły już pielęgniarek. Leżeli tak
od paru dni. Jeden wciąż się nie wybudził. Drugi pilnuje mu snów. Tak
przynajmniej mówi się na korytarzach. Musi mieć piękne sny, skoro się uśmiecha.
Nieprawdaż? A może czuje ciepło swojego ukochanego? Pewnie dlatego. Ale teraz
nie przeszkadzajmy im. Niech śpią. Jeden już wkrótce się obudzi.
Dziewiąta bariera została przełamana.
~ pirofobia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz