Thirteen ~ Ten

Ten
„Diabelski młyn”

            Słońce właśnie wstało nad szczątkami budynku, który spłoną trzy tygodnie temu. Gdzieniegdzie leżały resztki sprzętu, opalone kawałki drewna czy resztki spalonej wyprawionej skóry z siodeł i ogłowi. Konie zostały przeniesione do innej stajni. Wszystkie znajdowały się obecnie na padoku. Wyzdrowiały już po drobnych uszczerbkach na zdrowiu i pasły się radośnie na trawie. Wszystkie poza jednym. Wielki siwy koń, teraz tak kruchy i delikatny, stał w najdalszym boksie w stajni zwisając lekko nad podłogą. Na brzuchu założony miał pas, który przypięty do sufitu ograniczał jego ruchy. Złamana noga wisiała najczęściej w powietrzu podczas, gdy reszta kończyn ledwo dotykała ziemi. Stał tak rozkraczony, a popalona przez ogień skóra goiła się nieco opornie. Bardzo mało jadł, pił, a jego łeb najczęściej zwisał smętnie nad wyściółką w boksie. Po tygodniu przestał unosić głowę słysząc kroki. Żadne nie zwiastowały przybycia jego Pana. Nie kłopotał się zatem by okazać przybyszowi nawet minimalne zainteresowanie.

Jasnowłosy chłopak siedział na parapecie i obracał coś trzymanego w dłoniach. Słuchał szumu wiatru, który wirował za oknem dając ludziom orzeźwienie w tak piękny i słoneczny dzień czerwca. Przeciągnął się, przylgnął plecami do ściany i wymacał palcami ogonek trzymanego jabłka. Ugryzł je i oparł się czołem o szybę. Dotknął wolną ręką czegoś w okolicy swoich oczu i skrzywił się.
Jadł w spokoju jabłko, gdy ktoś wszedł do pokoju. Damskie obcasy stukały lekko, a dźwięk ten rozpoznał jako przybycie pielęgniarki. Przyszła jak co dzień zmienić mu opatrunek, przygotować coś do jedzenia i pomóc w obowiązkach domowych. Zwykle opowiadała mu różne historie albo nuciła coś pod nosem. Chłopak milczał. Od tygodni siedział w domu, próbując jakoś normalnie żyć. Nie mógł malować, rysować, tym bardziej czytać ani nawet zrobić sobie herbaty. W końcu nauczył się wykonywać niektóre prace domowe, znał każdy kąt swojego mieszkania, a także rozpoznawał o wiele lepiej wszelkie dźwięki i jeszcze bardziej doceniać zaczął muzykę.
Bał się wyjść z mieszkania. Poczucie, że będzie zdany sam na siebie w miejscu pełnym dźwięków i sprzecznych bodźców go przerażała. Nie pozwalał się dotykać pielęgniarce a co dopiero obcym, przechodniom, na których mógłby wpaść.
Pielęgniarka miała zwyczaj robienia drobnych porządków, gdy widziała, że jest brudno bądź nieporządek urósł za bardzo, żeby można go było tolerować. Tego dnia akurat zebrała z blatu pędzle i włożyła je do specjalnego pudełka. Powkładała farby do szuflad i kredki zamknęła w przeznaczonym do tego miejscu. Chłopak instruował ją, wysilając swoją pamięć i opisując meble w swoim domu, a także rzeczy, które dziewczyna tak skrzętnie pielęgnowała. Musiał jej ufać. Nie miał wyjścia. Ale była to zaufana osoba. Opiekowała się jedną niepełnosprawną dziewczynką i dwoma starszymi ludźmi w jego bloku. Nie było więc kłopotu by przyszła i do niego. Za drobną opłatą pomagała mu jak tylko mogła. Robiła mu również zakupy i gotowała dla niego.
Pielęgniarka spojrzała na jeden z obrazów, który stał w kącie. Podeszła do niego bliżej i uśmiechnęła się widząc znajomą jej twarz.
-       To ten chłopak ze szpitala, prawda? – Zapytała z uśmiechem. – Widziałam już pare jego rysunków jak sprzątałam. Przyjaźnicie się? – Kontynuowała niezrażona ciszą jaka spotykała ją w odzewie. Chłopak natychmiast załapał o co jej chodzi i pokiwał głową. – Jest bardzo przystojny. – Zaśmiała się. W odpowiedzi spotkały ją zmarszczone brwi i zaciśnięte usta. – Pasujecie do siebie. – Zaśmiała się lekko widząc jego reakcje, a uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy zobaczyła, że sam zainteresowany oblał się rumieńcem. – Ach widzę, że trafiłam. Szczęściarz z niego. – Westchnęła cicho.
-       Nie wiem czy taki szczęściarz skoro się nie obudził. – Powiedział chłodno jasnowłosy. Pielęgniarka spojrzała na niego zaskoczona, ale sekundę później dotarło do niej co powiedziała.
-       Przepraszam…nie to miałam na myśli… - Zmieszana stała na środku pokoju nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-       Wiem. Mogłabyś proszę zrobić mi gorącej czekolady…? – Zapytał nieśmiało.
-       Czekolady…? Ach tak. Oczywiście. Już robię. – Pielęgniarka rzuciła mu pytające spojrzenie, ale nie odwzajemnił go. Nie spodziewała się oczywiście odzewu.

Chłopak stracił wzrok w wyniku pożaru. Miał ewentualnie odzyskać go po czterech tygodniach od wypadku. Gdy szok pourazowy, a raczek lękowy miał mu minąć a zmiany w jego psychice ustąpić. Same nerwy wzrokowe uległy uszkodzeniu, ale nie na tyle trwałemu, żeby pozbawić go wzroku na całe życie. Lekarz powiedział chłopakowi, że mniej więcej po trzech tygodniach powinien sprawdzić czy widzi. Termin wizyty kontrolnej minął, ale chłopak nie stawił się na nią. Lęk, że gdy otworzy oczy zobaczy ciemność był na tyle przytłaczający i paraliżujący, że nie odważył się zdjąć opaski. Zwłaszcza, że był sam.
Dużo myślał o swoim ukochanym. Cały czas miał w głowie widok jego ciała leżącego w stajni, która stała w płomieniach. Wciąż wracał do niego obraz jego przerażonych oczu. W takich chwilach jak ta chłopak po prostu zwijał się w kłębek i łkał cicho prosząc to, w co wierzył o przebudzenie.

Zegar oznajmił, że wybiła dziewiąta. Chłopak wstał, powoli dotarł do krzesła i ubrał się w to, co zostawiła mu poprzedniego dnia pielęgniarka. Westchnął cicho pod nosem i ruszył do kuchni. Pomimo poznania swojego mieszkania nadal do poruszania się w głównej mierze używał rąk. Dotykał mijanych po drodze mebli, ścian, wypustek i wszystkiego co miało nierówny kształt i mogło go uszkodzić. Dotarł do czajnika, do którego nalał wody i postawił na podstawce. Burczał cicho i trząsł się lekko jak to miał w zwyczaju doprowadzając wodę do wrzenia. Chłopak był pod wrażeniem wszelkich ledwo słyszalnych odgłosów produktów tudzież sprzętów codziennego użytku. Drobnych dźwięków jakie wydawał z siebie czajnik, czy chlupot nalewanego mleka do szklanki. Toster robiący ‘dzyń’ również miał swój urok. Tak samo jak bucząca lodówka.
Paręnaście minut później jadł śniadanie złożone z tostów z miodem, które nieco przypalone nadal nadawały się do jedzenia. Popijał właśnie herbatę, kiedy zamek drzwi wejściowych szczeknął i pielęgniarka weszła do mieszkania. Chłopak zauważył, że nie miała dziś na sobie obcasów. Był zadowolony, że usłyszał różnicę i uśmiechnął się do siebie, ale zaraz spochmurniał. Wspomnienie sprzed trzech tygodni mignęło mu bowiem przed oczami i znów napłynęły mu łzy do oczu.
Pielęgniarka milczała całą drogę do kuchni, która zajęła jej więcej czasu niż zwykle. Wyglądało na to, że szuka chłopaka po mieszkaniu, jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że była to codzienna pora na jego śniadanie. Wreszcie weszła do kuchni i zamiast zwyczajowego ‘dzieńdobry’ milczała. Obeszła chłopaka i postawiła na stole coś szklanego. A przynajmniej taki dźwięk wydało naczynie w zetknięciu z blatem. Znów okrążyła stół, ale tym razem podeszła do chłopaka i kucnęła przy nim. Odsunął się lekko z przestrachem i przylgnął do oparcia krzesła. Położyła ręce na jego dłoniach, które spoczywały mu na kolanach. Chłopak spanikowany chciał wyrwać się z pod dotyku dziewczyny, ale poczuł, że to wcale nie są jej palce. Ani jej ciepło. To nawet nie sposób, w który zwykła oddychać. Chłopak wychylił się lekko i powąchał delikatnie osobę przed sobą. Poczuł zapach szpitalnego łóżka, pomieszanego z dobrze znaną mu wodą kolońską i aromatem czekolady. Wyciągnął ręce z pod dłoni przybysza i powędrował nimi ku górze. Dotarł do jego twarzy i ujął ją lekko przeciągając kciukiem po policzkach, a potem ustach. Nie zorientował się nawet, kiedy zaczął płakać. A płacz zmienił się w szloch. Potem już tylko wdychał zapach osoby, która przytulała go tak mocno jakby właśnie kończył się świat.

Godzinę później siedzieli razem na kanapie wtuleni w siebie, łapczywie wręcz chłonąc nawzajem swoje ‘bezpieczne’ ciepło. W pokoju panowała cisza, ale nie przytłaczająca. Wręcz przeciwnie. Cisza pełna ulgi, wytchnienia i szczęścia.
-       Thirteen. – Powiedział cicho brunet przerywając ją.
-       Wish? – Mruknął w odpowiedzi jasnowłosy.
-       Jesteś niewidomy… - Stwierdził ze smutkiem i pogłaskał go czule po policzku.
-       A ty żywy. – Starszy skulił się i wtulił twarz w grubą bluzę swojego kompana. – Obudziłeś się.
-       Dwa dni temu…nie chcieli mnie wcześniej wypuścić. I tak ominęła mnie większość badań. Ta pielęgniarka, z którą musiałeś pomylić mnie dzisiaj wpadła do mnie, gdy zobaczyła, że się obudziłem. Powiedziała mi w jakiej kondycji jesteś. Oddała klucze do twojego mieszkania i podarowała wielki talerz ciastek, którego nie omieszkałem przynieść ze sobą. Stoi w kuchni. – Wish uśmiechnął się smutno.
-       Dziękuje…ja tęskniłem. – Wyszeptał jasnowłosy. – Bałem się, że już się nie obudzisz. Tak bardzo się bałem…minęły trzy tygodnie, a ty nadal spałeś…ja… - Thirteen’owi znów poleciały z oczu łzy. Ale tym razem z ulgi. Brunet przytulił go mocniej i mruczał do niego kojąco tak, że ten wkrótce zasnął. Ale już bez obaw. Nie był w końcu sam.

Pare dni później szli razem za rękę. Wish prowadził Thirteen’a wśród śmiechów i wrzasków okolicznych dzieciaków. Na miejscu pachniało watą cukrową i innymi łakociami. Jasnowłosy z samych dźwięków wywnioskował, że są w wesołym miasteczku, do którego Wish zabrał go by świętować ich ponowne ‘zjednoczenie’.
Brunet pociągnął go w stronę jednej z atrakcji, po czym nic nie mówiąc pomógł mu wejść do małej oszklonej budki. Wznosiła się ona bardzo powoli. Tak powolnie, że bez patrzenia można było nadal przysiąc, że wcale nie oderwała się od ziemi. Wish ukląkł przed Thirteen’em i uniósł dłonie do jego opaski.
-       Ufasz mi? – Zapytał spokojnie. Jasnowłosy wzdrygnął się, ale pokiwał lekko głową. – Chcesz odzyskać wzrok, prawda? – Znowu odpowiedziało mu kiwnięcie głową.
-       Tak, ale boję się. – Powiedział nerwowo Thirteen.
-       Wiem. Dlatego nie jesteś tu sam, ale ze mną. – Wish pogładził go dłonią po policzku.
-       Gdzie jest tu? – Zapytał nieśmiało starszy.
-       Sam zobacz. – Powiedział brunet i ściągnął mu opaskę z oczu jednym ruchem. W gondolce panował półmrok, a najbliższy świetlny krajobraz znajdował się kilkaset metrów pod nim. Drugi drgnął z przestrachem, ale powoli otworzył oczy. Mrużąc je przez delikatne światło, które dostało się do jego oczu dostrzegł w oddali zachód słońca.
Następnie malownicze kolory odbijających się w rzece w oddali budynków. Migające światełka wesołego miasteczka pod nimi. Ciemne niebo, przecięte słoneczną łuną gasnącego na horyzoncie słońca. Dzieci z kolorowymi balonikami. Kalejdoskop barw, wesołe, pląsające po niebie chmury o różnych kształtach. Ceglaste domki, małe samochodziki, wielkie autobusy, ludzie jak mrówki. Nareszcie widział wszystko. Każdy kolor, każdy szczegół, każdy detal. Każdą, nawet najmniejszą rzecz. To wszystko tak piękne, barwne, niezwykłe. Wydawać być się mogło, że odkrywał nowy świat. Świat opętany przez kolory, światła, rozbłyski. Mieniące i iskrzące się cuda kreacji natury. Dostrzegał wszystko po kolei z coraz większą radością. Jego serce wypełniało się szczęściem, a każdy nowo zobaczony kolor zapraszał do kolejnego poznania. W roztańczonym wirze barw i emocji, w kłębowisku kolorowych stoisk, atrakcji, dzieciaków ujrzał wreszcie to na co czekał najbardziej. Najpiękniejszą i najwspanialszą mu twarz na całym świecie. Twarz jego ukochanego. Złapał ją w obie dłonie i nawet nie zastanawiając się chwili pocałował ją w same usta. Wish odpowiedział na jego pocałunek, przyciągając go do siebie.

Być może romantyczna chwila zwieńczona pocałunkiem trwałaby dłużej, gdyby nie uczucie, które targnęło Thriteen’em. Tak dobrze znane mu uczucie lęku.
-       Nie mów mi, że masz lęk wysokości. – Powiedział Wish, gdy oderwał się od starszego i któremu nieco brakło oddechu, po niespodziewanym incydencie. Jasnowłosy zatrząsnął się w odpowiedzi i pokiwał głową.
-       Powinieneś uprawiać więcej sportu. – Zażartował drżącym głosem Thirteen. Brunet spojrzał na niego z niedowierzaniem. Patrzył właśnie na osobę, która po raz pierwszy sama próbowała zbagatelizować swój paniczny lęk. Wish uśmiechnął się ciepło i wrócił na miejsce siedzące rozchylając ramiona, w które jasnowłosy natychmiast wskoczył.
-       Masz absolutną rację. – Zaśmiał się i pocałował starszego w czoło. – Nie patrz w dół. Dobrze? – Thirteen owinął się wokół niego jak precel i wtulił się głową w jego klatkę piersiową.
-       Nie będę w ogóle patrzył. – Wymamrotał w materiał.
-       Ej nie bądź taki. Masz takie piękne oczy. Przynajmniej spójrz na mnie. – Wish patrzył na niego czule i zaśmiał się, gdy jego uszu dobiegło ciche burknięcie w stylu ‘a idź mi’.

Thirteen’owi po raz pierwszy paniczny lęk nie dał w kość aż tak jak reszta. Może patrzenie w dół nie sprawiało mu przyjemności, ale nie było mu niedobrze ani nie miał duszności. Brunet był z niego bardzo dumny.
Po przejażdżce jasnowłosy kazał sobie obiecać, że drugi oszczędzi mu w przyszłości tego typu niespodzianek. Zgodził się niechętnie, ale w końcu liczyło się dla niego dobro jego ukochanego. Thirteen zażądał również waty cukrowej, którą bez zbędnej zwłoki otrzymał i uszczęśliwiony, z Wish’em za rękę ruszył podziwiać uroki ciepłego, czerwcowego wieczora okraszonego barwami z najpiękniejszych malarskich palet.


Dziesiąta bariera przełamana.

~ akrofobia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz