Ten
„Diabelski młyn”
Słońce
właśnie wstało nad szczątkami budynku, który spłoną trzy tygodnie temu.
Gdzieniegdzie leżały resztki sprzętu, opalone kawałki drewna czy resztki spalonej
wyprawionej skóry z siodeł i ogłowi. Konie zostały przeniesione do innej
stajni. Wszystkie znajdowały się obecnie na padoku. Wyzdrowiały już po drobnych
uszczerbkach na zdrowiu i pasły się radośnie na trawie. Wszystkie poza jednym.
Wielki siwy koń, teraz tak kruchy i delikatny, stał w najdalszym boksie w
stajni zwisając lekko nad podłogą. Na brzuchu założony miał pas, który
przypięty do sufitu ograniczał jego ruchy. Złamana noga wisiała najczęściej w
powietrzu podczas, gdy reszta kończyn ledwo dotykała ziemi. Stał tak
rozkraczony, a popalona przez ogień skóra goiła się nieco opornie. Bardzo mało
jadł, pił, a jego łeb najczęściej zwisał smętnie nad wyściółką w boksie. Po
tygodniu przestał unosić głowę słysząc kroki. Żadne nie zwiastowały przybycia
jego Pana. Nie kłopotał się zatem by okazać przybyszowi nawet minimalne
zainteresowanie.
Jasnowłosy chłopak siedział na
parapecie i obracał coś trzymanego w dłoniach. Słuchał szumu wiatru, który
wirował za oknem dając ludziom orzeźwienie w tak piękny i słoneczny dzień
czerwca. Przeciągnął się, przylgnął plecami do ściany i wymacał palcami ogonek
trzymanego jabłka. Ugryzł je i oparł się czołem o szybę. Dotknął wolną ręką
czegoś w okolicy swoich oczu i skrzywił się.
Jadł w spokoju jabłko, gdy ktoś wszedł do pokoju. Damskie
obcasy stukały lekko, a dźwięk ten rozpoznał jako przybycie pielęgniarki.
Przyszła jak co dzień zmienić mu opatrunek, przygotować coś do jedzenia i pomóc
w obowiązkach domowych. Zwykle opowiadała mu różne historie albo nuciła coś pod
nosem. Chłopak milczał. Od tygodni siedział w domu, próbując jakoś normalnie
żyć. Nie mógł malować, rysować, tym bardziej czytać ani nawet zrobić sobie
herbaty. W końcu nauczył się wykonywać niektóre prace domowe, znał każdy kąt
swojego mieszkania, a także rozpoznawał o wiele lepiej wszelkie dźwięki i
jeszcze bardziej doceniać zaczął muzykę.
Bał się wyjść z mieszkania. Poczucie, że będzie zdany sam na
siebie w miejscu pełnym dźwięków i sprzecznych bodźców go przerażała. Nie
pozwalał się dotykać pielęgniarce a co dopiero obcym, przechodniom, na których
mógłby wpaść.
Pielęgniarka miała zwyczaj robienia drobnych porządków, gdy
widziała, że jest brudno bądź nieporządek urósł za bardzo, żeby można go było
tolerować. Tego dnia akurat zebrała z blatu pędzle i włożyła je do specjalnego
pudełka. Powkładała farby do szuflad i kredki zamknęła w przeznaczonym do tego
miejscu. Chłopak instruował ją, wysilając swoją pamięć i opisując meble w swoim
domu, a także rzeczy, które dziewczyna tak skrzętnie pielęgnowała. Musiał jej
ufać. Nie miał wyjścia. Ale była to zaufana osoba. Opiekowała się jedną
niepełnosprawną dziewczynką i dwoma starszymi ludźmi w jego bloku. Nie było
więc kłopotu by przyszła i do niego. Za drobną opłatą pomagała mu jak tylko
mogła. Robiła mu również zakupy i gotowała dla niego.
Pielęgniarka spojrzała na jeden z obrazów, który stał w
kącie. Podeszła do niego bliżej i uśmiechnęła się widząc znajomą jej twarz.
-
To ten chłopak ze szpitala, prawda? – Zapytała z
uśmiechem. – Widziałam już pare jego rysunków jak sprzątałam. Przyjaźnicie się?
– Kontynuowała niezrażona ciszą jaka spotykała ją w odzewie. Chłopak natychmiast
załapał o co jej chodzi i pokiwał głową. – Jest bardzo przystojny. – Zaśmiała
się. W odpowiedzi spotkały ją zmarszczone brwi i zaciśnięte usta. – Pasujecie
do siebie. – Zaśmiała się lekko widząc jego reakcje, a uśmiechnęła się jeszcze szerzej,
kiedy zobaczyła, że sam zainteresowany oblał się rumieńcem. – Ach widzę, że
trafiłam. Szczęściarz z niego. – Westchnęła cicho.
-
Nie wiem czy taki szczęściarz skoro się nie
obudził. – Powiedział chłodno jasnowłosy. Pielęgniarka spojrzała na niego
zaskoczona, ale sekundę później dotarło do niej co powiedziała.
-
Przepraszam…nie to miałam na myśli… - Zmieszana
stała na środku pokoju nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-
Wiem. Mogłabyś proszę zrobić mi gorącej
czekolady…? – Zapytał nieśmiało.
-
Czekolady…? Ach tak. Oczywiście. Już robię. –
Pielęgniarka rzuciła mu pytające spojrzenie, ale nie odwzajemnił go. Nie
spodziewała się oczywiście odzewu.
Chłopak stracił wzrok w wyniku
pożaru. Miał ewentualnie odzyskać go po czterech tygodniach od wypadku. Gdy
szok pourazowy, a raczek lękowy miał mu minąć a zmiany w jego psychice ustąpić.
Same nerwy wzrokowe uległy uszkodzeniu, ale nie na tyle trwałemu, żeby pozbawić
go wzroku na całe życie. Lekarz powiedział chłopakowi, że mniej więcej po
trzech tygodniach powinien sprawdzić czy widzi. Termin wizyty kontrolnej minął,
ale chłopak nie stawił się na nią. Lęk, że gdy otworzy oczy zobaczy ciemność
był na tyle przytłaczający i paraliżujący, że nie odważył się zdjąć opaski.
Zwłaszcza, że był sam.
Dużo myślał o swoim ukochanym. Cały czas miał w głowie widok
jego ciała leżącego w stajni, która stała w płomieniach. Wciąż wracał do niego
obraz jego przerażonych oczu. W takich chwilach jak ta chłopak po prostu zwijał
się w kłębek i łkał cicho prosząc to, w co wierzył o przebudzenie.
Zegar oznajmił, że wybiła
dziewiąta. Chłopak wstał, powoli dotarł do krzesła i ubrał się w to, co
zostawiła mu poprzedniego dnia pielęgniarka. Westchnął cicho pod nosem i ruszył
do kuchni. Pomimo poznania swojego mieszkania nadal do poruszania się w głównej
mierze używał rąk. Dotykał mijanych po drodze mebli, ścian, wypustek i
wszystkiego co miało nierówny kształt i mogło go uszkodzić. Dotarł do czajnika,
do którego nalał wody i postawił na podstawce. Burczał cicho i trząsł się lekko
jak to miał w zwyczaju doprowadzając wodę do wrzenia. Chłopak był pod wrażeniem
wszelkich ledwo słyszalnych odgłosów produktów tudzież sprzętów codziennego
użytku. Drobnych dźwięków jakie wydawał z siebie czajnik, czy chlupot
nalewanego mleka do szklanki. Toster robiący ‘dzyń’ również miał swój urok. Tak
samo jak bucząca lodówka.
Paręnaście minut później jadł
śniadanie złożone z tostów z miodem, które nieco przypalone nadal nadawały się
do jedzenia. Popijał właśnie herbatę, kiedy zamek drzwi wejściowych szczeknął i
pielęgniarka weszła do mieszkania. Chłopak zauważył, że nie miała dziś na sobie
obcasów. Był zadowolony, że usłyszał różnicę i uśmiechnął się do siebie, ale
zaraz spochmurniał. Wspomnienie sprzed trzech tygodni mignęło mu bowiem przed
oczami i znów napłynęły mu łzy do oczu.
Pielęgniarka milczała całą drogę do kuchni, która zajęła jej
więcej czasu niż zwykle. Wyglądało na to, że szuka chłopaka po mieszkaniu,
jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że była to codzienna pora na jego
śniadanie. Wreszcie weszła do kuchni i zamiast zwyczajowego ‘dzieńdobry’
milczała. Obeszła chłopaka i postawiła na stole coś szklanego. A przynajmniej
taki dźwięk wydało naczynie w zetknięciu z blatem. Znów okrążyła stół, ale tym
razem podeszła do chłopaka i kucnęła przy nim. Odsunął się lekko z przestrachem
i przylgnął do oparcia krzesła. Położyła ręce na jego dłoniach, które
spoczywały mu na kolanach. Chłopak spanikowany chciał wyrwać się z pod dotyku
dziewczyny, ale poczuł, że to wcale nie są jej palce. Ani jej ciepło. To nawet
nie sposób, w który zwykła oddychać. Chłopak wychylił się lekko i powąchał delikatnie
osobę przed sobą. Poczuł zapach szpitalnego łóżka, pomieszanego z dobrze znaną
mu wodą kolońską i aromatem czekolady. Wyciągnął ręce z pod dłoni przybysza i
powędrował nimi ku górze. Dotarł do jego twarzy i ujął ją lekko przeciągając
kciukiem po policzkach, a potem ustach. Nie zorientował się nawet, kiedy zaczął
płakać. A płacz zmienił się w szloch. Potem już tylko wdychał zapach osoby,
która przytulała go tak mocno jakby właśnie kończył się świat.
Godzinę później siedzieli razem na kanapie wtuleni w siebie,
łapczywie wręcz chłonąc nawzajem swoje ‘bezpieczne’ ciepło. W pokoju panowała
cisza, ale nie przytłaczająca. Wręcz przeciwnie. Cisza pełna ulgi, wytchnienia
i szczęścia.
-
Thirteen. – Powiedział cicho brunet przerywając
ją.
-
Wish? – Mruknął w odpowiedzi jasnowłosy.
-
Jesteś niewidomy… - Stwierdził ze smutkiem i
pogłaskał go czule po policzku.
-
A ty żywy. – Starszy skulił się i wtulił twarz w
grubą bluzę swojego kompana. – Obudziłeś się.
-
Dwa dni temu…nie chcieli mnie wcześniej wypuścić.
I tak ominęła mnie większość badań. Ta pielęgniarka, z którą musiałeś pomylić
mnie dzisiaj wpadła do mnie, gdy zobaczyła, że się obudziłem. Powiedziała mi w
jakiej kondycji jesteś. Oddała klucze do twojego mieszkania i podarowała wielki
talerz ciastek, którego nie omieszkałem przynieść ze sobą. Stoi w kuchni. –
Wish uśmiechnął się smutno.
-
Dziękuje…ja tęskniłem. – Wyszeptał jasnowłosy. –
Bałem się, że już się nie obudzisz. Tak bardzo się bałem…minęły trzy tygodnie,
a ty nadal spałeś…ja… - Thirteen’owi znów poleciały z oczu łzy. Ale tym razem z
ulgi. Brunet przytulił go mocniej i mruczał do niego kojąco tak, że ten wkrótce
zasnął. Ale już bez obaw. Nie był w końcu sam.
Pare dni później szli razem za
rękę. Wish prowadził Thirteen’a wśród śmiechów i wrzasków okolicznych
dzieciaków. Na miejscu pachniało watą cukrową i innymi łakociami. Jasnowłosy z
samych dźwięków wywnioskował, że są w wesołym miasteczku, do którego Wish
zabrał go by świętować ich ponowne ‘zjednoczenie’.
Brunet pociągnął go w stronę jednej z atrakcji, po czym nic
nie mówiąc pomógł mu wejść do małej oszklonej budki. Wznosiła się ona bardzo
powoli. Tak powolnie, że bez patrzenia można było nadal przysiąc, że wcale nie
oderwała się od ziemi. Wish ukląkł przed Thirteen’em i uniósł dłonie do jego
opaski.
-
Ufasz mi? – Zapytał spokojnie. Jasnowłosy
wzdrygnął się, ale pokiwał lekko głową. – Chcesz odzyskać wzrok, prawda? –
Znowu odpowiedziało mu kiwnięcie głową.
-
Tak, ale boję się. – Powiedział nerwowo
Thirteen.
-
Wiem. Dlatego nie jesteś tu sam, ale ze mną. –
Wish pogładził go dłonią po policzku.
-
Gdzie jest tu? – Zapytał nieśmiało starszy.
-
Sam zobacz. – Powiedział brunet i ściągnął mu
opaskę z oczu jednym ruchem. W gondolce panował półmrok, a najbliższy świetlny
krajobraz znajdował się kilkaset metrów pod nim. Drugi drgnął z przestrachem,
ale powoli otworzył oczy. Mrużąc je przez delikatne światło, które dostało się
do jego oczu dostrzegł w oddali zachód słońca.
Następnie malownicze kolory odbijających się w rzece w
oddali budynków. Migające światełka wesołego miasteczka pod nimi. Ciemne niebo,
przecięte słoneczną łuną gasnącego na horyzoncie słońca. Dzieci z kolorowymi
balonikami. Kalejdoskop barw, wesołe, pląsające po niebie chmury o różnych kształtach.
Ceglaste domki, małe samochodziki, wielkie autobusy, ludzie jak mrówki.
Nareszcie widział wszystko. Każdy kolor, każdy szczegół, każdy detal. Każdą,
nawet najmniejszą rzecz. To wszystko tak piękne, barwne, niezwykłe. Wydawać być
się mogło, że odkrywał nowy świat. Świat opętany przez kolory, światła,
rozbłyski. Mieniące i iskrzące się cuda kreacji natury. Dostrzegał wszystko po
kolei z coraz większą radością. Jego serce wypełniało się szczęściem, a każdy
nowo zobaczony kolor zapraszał do kolejnego poznania. W roztańczonym wirze barw
i emocji, w kłębowisku kolorowych stoisk, atrakcji, dzieciaków ujrzał wreszcie
to na co czekał najbardziej. Najpiękniejszą i najwspanialszą mu twarz na całym
świecie. Twarz jego ukochanego. Złapał ją w obie dłonie i nawet nie
zastanawiając się chwili pocałował ją w same usta. Wish odpowiedział na jego
pocałunek, przyciągając go do siebie.
Być może romantyczna chwila zwieńczona pocałunkiem trwałaby
dłużej, gdyby nie uczucie, które targnęło Thriteen’em. Tak dobrze znane mu
uczucie lęku.
-
Nie mów mi, że masz lęk wysokości. – Powiedział
Wish, gdy oderwał się od starszego i któremu nieco brakło oddechu, po
niespodziewanym incydencie. Jasnowłosy zatrząsnął się w odpowiedzi i pokiwał
głową.
-
Powinieneś uprawiać więcej sportu. – Zażartował
drżącym głosem Thirteen. Brunet spojrzał na niego z niedowierzaniem. Patrzył
właśnie na osobę, która po raz pierwszy sama próbowała zbagatelizować swój
paniczny lęk. Wish uśmiechnął się ciepło i wrócił na miejsce siedzące
rozchylając ramiona, w które jasnowłosy natychmiast wskoczył.
-
Masz absolutną rację. – Zaśmiał się i pocałował
starszego w czoło. – Nie patrz w dół. Dobrze? – Thirteen owinął się wokół niego
jak precel i wtulił się głową w jego klatkę piersiową.
-
Nie będę w ogóle patrzył. – Wymamrotał w
materiał.
-
Ej nie bądź taki. Masz takie piękne oczy.
Przynajmniej spójrz na mnie. – Wish patrzył na niego czule i zaśmiał się, gdy
jego uszu dobiegło ciche burknięcie w stylu ‘a idź mi’.
Thirteen’owi po raz pierwszy paniczny lęk nie dał w kość aż
tak jak reszta. Może patrzenie w dół nie sprawiało mu przyjemności, ale nie
było mu niedobrze ani nie miał duszności. Brunet był z niego bardzo dumny.
Po przejażdżce jasnowłosy kazał
sobie obiecać, że drugi oszczędzi mu w przyszłości tego typu niespodzianek.
Zgodził się niechętnie, ale w końcu liczyło się dla niego dobro jego
ukochanego. Thirteen zażądał również waty cukrowej, którą bez zbędnej zwłoki
otrzymał i uszczęśliwiony, z Wish’em za rękę ruszył podziwiać uroki ciepłego,
czerwcowego wieczora okraszonego barwami z najpiękniejszych malarskich palet.
Dziesiąta bariera
przełamana.
~ akrofobia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz